dsc03913

Wczesnym rankiem jedziemy do starej przystani rybackiej, która obecnie służy za port, z którego wyrusza 4 razy w tygodniu statek transportowy na Peleliu. Wysiadamy z samochodu (hotel zapewnił nam za darmo podwózkę) i kierujemy się ku niewielkiej łodzi. Wygląda trochę jak miniprom. Służy do dostarczania na Peleliu wszystkiego, co niezbędne do życia mieszkańców. Większość miejsca zajmują beczki z paliwem, kartony z żywnością, jest też sporo zgrzewek piwa. Teoretycznie prom może zabierać 5 pasażerów, ale nikt nie zwraca na to uwagi i w sumie płynie ponad 20 osób. Ruszamy. Podróż zajmuje w sumie 3 godziny. Bilet kosztuje 15 dolarów + dolara za każdy bagaż (plecak, walizka itp.). Czas mija bardzo szybko – płyniemy między pięknymi skalnymi wyspami (Rock Island) znanymi z niemal każdej pocztówki z Palau. Kilka minut po 17.00 dobijamy do przystani na Peleliu i nasz host, którego znaleźliśmy poprzez serwis Airbnb, odbiera nas busem. Czytaj więcej

img_0228

Poranek budzi nas upałem. Mimo klimatyzacji jest bardzo gorąco. Śniadanie i… nie, nie zwiedzać. Wszak w Polsce zimno, a tutaj upał i piękny basen, palmy i inne takie „gadżety”. Po kilku godzinach lekki obiad i ruszamy zwiedzać Palau. Pierwsze kroki kierujemy do informacji turystycznej. Niestety bardziej pełni ona rolę informacji hotelowej, bo materiałów o samym kraju tutaj jak na lekarstwo. Największe miasto na wyspie można zwiedzić w gruncie rzeczy w maksymalnie godzinę – tyle zajmuje spacer po nim. Po krótkim, ale wyczerpującym, marszu ustalamy plan zwiedzania. Pierwsze kroki kierujemy do muzeum narodowego. Ukryte w dżungli prezentuje historię kraju, głównie w XIX i XX wieku. Obejrzeć można kilka wystaw – całość jest bardzo ciekawa, ale raczej skromna. Bilet kosztuje 10 dolarów. Spędzamy tutaj około 2 godziny i zadowoleni wracamy do „centrum” miasta, które stanowi jedyne w kraju „centrum handlowe”. Zjadłszy obiad, kierujemy się do drugiego muzeum – znacznie ciekawszego. Etpison Museum, bo o nim mowa, to fascynująca instytucja. Jest to muzeum etnograficzne prezentujące kulturę ludów wyspiarskich tej części świata. Pozwala ono także zapoznać się z historią badań etnograficznych na Palau. Wystawy są absolutnie fenomenalne. Eksponaty wyglądają jakby dopiero co wywieziono je z lokalnej indiańskiej wioski, a całość jest opisana w języku angielskim. Nasze zainteresowanie budzą meble ogromne rzeźbione stoły i ławy w kształcie zwierząt. Moją uwagę zwrócił szczególnie gigantyczny aligator. Budynek w którym mieści się ta instytucja to jeden z najbardziej niezwykłych gmachów na Palau. Przed drzwiami ustawiono dwa posągi, mężczyzny i kobiety, podtrzymujące balkon, na którym znajduje się płaskorzeźba przedstawiająca narodziny pierwszych mieszkańców Palau. Zgodnie z mitologią ludów pierwotnie zamieszkujących wyspę pierwsi mieszkańcy nie wiedzieli, w jaki sposób rodzić dzieci i rozcinali sobie brzuchy (co ciekawe mitologia nie rozróżnia płci), w konsekwencji większość dzieci rodziło się martwych. Widząc to, bogowie zesłali pająka, który pokazał ludziom jak należy rodzić. Od tamtej pory pająk odgrywa szczególną rolę w miejscowej mitologii. Czytaj więcej

img_0070

Pobudka wcześnie rano – w sumie w środku nocy. Po zaledwie godzinie snu, o 3 nad ranem budzik nakazuje zerwać się z łóżka. Szybkie ostatnie pakowanie, ogarnianie się, bo o 4:30 taksówka zabiera nas na lotnisko Ławica w Poznaniu. Pierwszy etap podróży wiedzie przez Monachium do Amsterdamu. Lecimy Lufthansą. Muszę przyznać, że nieco poprawił się serwis pokładowy w tej linii. Jeszcze rok temu na fali cięć kosztów nie można było liczyć na darmowy serwis pokładowy. Teraz dostajemy kawę/herbatę, sok oraz ciastko à la drożdżówka. Nieźle – krok w dobrą stronę. Szybka przesiadka w Monachium i po kolejnych 90 minutach lotu lądujemy w Amsterdamie. Mamy tutaj nocleg w całkiem niezłym hotelu, który zapewnia nam transfer z lotniska. Jest 11.00, gdy się meldujemy, więc mamy cały dzień na zwiedzanie. Pogoda nam sprzyja – niemal 17 stopni, słonecznie. Naszą przechadzkę zaczynamy od rynku, potem szwendając się po zaułkach miasta obserwujemy życie mieszkańców. Jest czas zarówno, aby zajrzeć do dzielnicy Czerwonych Latarni (jak się okazuje wycieczka tutaj i poprzyglądanie się wystawom okiennym, a konkretnie paniom tam stojącym, gwarantuje iż każda kobieta będzie dla nas okazem urody i wdzięku), jak i na spróbowanie miejscowych lizaków i ciastek. Czas mija szybko – wieczorem wracamy do hotelu i padamy na łóżko po intensywnym dniu. Budzimy się znów przy dźwięku budzika. Szybkie śniadanie i na lotnisko. Pierwotnie założyłem sobie, że w ciągu maksymalnie godziny się uwiniemy i półtorej godziny przed odlotem spędzimy w saloniku business class, ale niestety okazało się to mrzonką. Ogromne kolejki do kontroli bezpieczeństwa sprawiają, że niemal 2 godziny schodzi nam na „formalności” lotniskowe. W końcu, zmęczeni siadamy w Business Lounge. Wstęp zapewnia nam karta Priority Pass. Salonik jest raczej skromny, ale z ładnym widokiem. W końcu, godzina 13:30, zaczyna się boarding. Pierwszy raz będę miał okazję lecieć liniami China Airlines. Czytaj więcej

palau

Jeszcze nie skończyłem wpisów z poprzedniej podróży (niebawem nadrobię) a już powoli trzeba zbierać materiały do kolejnej. Za tydzień lecimy do Republiki Palau. To niewielkie państewko wyspiarskie na końcu świata… dzięki Biblii Taniego Latania udało się znaleźć bilety w dwie strony w niesamowitej cenie: 750 zł os! Mapka przedstawiająca to w jaki sposób tam polecimy i jak wrócimy poniżej! ☺ Trzymajcie kciuki – relacja będzie na bieżąco :)! 

map

Protected with SiteGuarding.com Antivirus