Autobus z Limy do Cusco

Wstaliśmy bardzo wcześnie. Zimno. Hotel jakoś nie obdarowuje nazbyt hojnie swoich gości kocami i innymi drobiazgami, które umilić mogą pobyt. Wstajemy przed wschodem słońca. Bardzo chcemy jeszcze przez chwilę poczuć Starą Limę, zanim ruszymy do serca państwa Majów – Cusco. Wczesne (i równie co wczesne, to i ohydne) śniadanie i ruszamy do miasta. Znacznie smaczniej i przyjemniej zjeść na ulicy. W pierwszej lepszej budzie można dostać jedzenie pyszne i (mimo braku kontroli sanepidu) jak najbardziej zdrowe. Spacer głównym deptakiem miasta pozwala zrobić małe zakupy na podróż. Kilka kanapek z kurczakiem, chicha morena do popicia (nigdy się nie nadziwię chyba, jak to możliwe, że tak bardzo mi smakuje napój, który przypomina w smaku mieszankę soku z buraków, czarnej porzeczki i przypraw z cynamonem na czele) i możemy kierować nasze kroki na dworzec autobusowy. Bilety kupiliśmy dzień wcześniej.

Na dworcu autobusowym stawiamy się przed południem. Wsiadamy do naszego pojazdu. Ostatni rzut oka na Limę i ruszamy. Autobus jest wygodny (mimo mojego wzrostu). Niemal natychmiast wlepiam wzrok w szybę. Podziwiać Limę „z góry” tzn. z górnego pokładu autobusu też bardzo przyjemnie. Poza tym pewnego rodzaju podniecenie daje znać o sobie… w końcu jedziemy do magicznego Cusco! Autobus w klasie Semi Cama (teoretycznie) jest wygodny. Ruszamy…24 godziny zajmie nam droga, a duża jej część będzie wiodła przez góry. Widoki na pewno będą niezapomniane… Moje nadzieje bardzo szybko okazują się zupełnie zasadne! O tym jednak za chwilę. Droga mija całkiem przyjemnie. Krajobraz z czasem zaczyna się zmieniać coraz bardziej. Noc… oglądanie w ciemnym autobusie filmów to niemal rytuał. Jedno jest pewne. Nadrobiłem co najmniej kilka lat „filmografii” światowej. O filmach, które są puszczane w autobusach w Ameryce Południowej można by napisać naukową dysertację. W zależności od kraju repertuar filmowy jest różny. Zawsze jednak można liczyć na filmy amerykańskie (czyżby jakiś kompleks, a może po prostu Latynosi lubią w podróży oglądać amerykańskie filmy – najlepiej sensacyjne). Jakoś nigdy nie trafiłem na autobus, w którym byłyby wyświetlane rodzime, np. peruwiańskie filmy. Szkoda, bo miejscowa kinematografia jest ciekawa, nawet bardzo! Próbowałem nieco rozpytać, ustalić skąd bierze się ten dziwny repertuar filmów w autobusach w Peru. Najbardziej prawdopodobna (tzn. tak mi się wydaje) odpowiedź jaką usłyszałem mówi, że „miejscowe filmy nie nadają się do podróży”. Na filmach peruwiańskich trzeba bowiem się skupić, oglądać je z namaszczeniem, niemal kontemplować. Autobus zaś temu nie sprzyja. Stąd kino amerykańskie króluje we wszystkich autobusach, wszystkich linii w tej części świata. Miejscowi jakoś na to się nie skarżą. Odnoszę nawet wrażenie, że traktują telewizję trochę tak jak w Europie ją traktowano w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, tzn. jako źródło wiedzy i obcowania z kulturą. Naturalnie ogląda się telewizję dla rozrywki (która jest głośniejsza i chwilami bardziej „amerykańska” niż ta w USA), ale zasadniczo tutejszy tryb życia i pracy sprawia, że na telewizję czasu jest mało, a zatem, gdy się już ten czas na nią poświęca to trzeba wybierać to co się ogląda z dużą rozwagą. W autobusie zaś, jak to w autobusie, to nie jest najważniejsze.

Poranek przywitał nas na autostradzie. Piękne widoki. Wschód słońca…

Jedziemy coraz wyżej. Chwilami osiągamy wysokość ponad 4 tysięcy metrów nad poziomem morza. Uwielbiam widoki górskich dróg. Nie wiem, czy to jakiś atawizm (jeśli tak, to chyba genetyczny z czasów kiedy człowiek marzył o lataniu), czy też po prostu mam jakieś skrzywienie psychiczne, które powoduje, że lubię widzieć rzeczy mniejszymi niż są w rzeczywistości. Nawet największa droga w porównaniu z ogromem gór wydaje się zaś maleńka… Uwielbiam patrzeć na to jak droga, wytwór naszej cywilizacji dzielnie stawia czoła potędze góry, ale summa summarum jest tylko niewielką jej częścią, tak niewiele znaczącą, co po prostu nikłą. Jedziemy coraz wyżej. Chwilami widać lodowce. Górskie lodowce. Aż chciałoby się wysiąść z autobusu, założyć plecak, raki na nogi, wziąć linę do wspinaczki i wejść na szczyt. Lśniące niczym kryształ górski lodowe języki dumnie przyozdabiają najwyższe otaczające nas szczyty. W pewnym momencie, daje się wyczuć pewną zmianę. Coś jakby przesilenie… autobus osiąga najwyższy punkt na swojej trasie i… nagle przestaje się wspinać. Najpierw jedzie chwilę po dość płaskim asfalcie a w pewnym momencie zaczynamy zjeżdżać coraz niżej. Andy to góry niezwykłe. Jeździłem po wielu górach, ale tylko tutaj daje się tak wyraźnie wyczuć, że już pokonaliśmy najwyższy punkt. Albo cały czas pod górę, albo cały czas w dół. Ma to zasadniczy plus – ewentualną chorobę wysokościową dość łatwo przejść.

Powoli, po 24 godzinach zbliżamy się co Cusco… Już tak blisko do celu i nagle… autobus zatrzymuje się wśród gór na drodze. Dlaczego? Co się dzieje? Okazuje się, że miał miejsce jakiś wypadek. Hm… kilka godzin postoimy. Trzeba to wykorzystać. Zostawiam rzeczy w autobusie i postanawiam zażyć orzeźwiającej kąpieli w nieodległym górskim strumieniu. Słowo strumień nie wiem czy najlepiej oddaje to gdzie i na co się rzuciłem. W praktyce bowiem w Europie byłby to nie tyle strumień, co rwąca rzeka. Chodzenie w górskiej peruwiańskiej rzece to niezapomniane przeżycie. Wokół wysokie góry. Jesteśmy jakieś 3 tysiące metrów nad poziomem morza. Słońce grzeje coraz mocniej… Postój to też doskonała okazja, aby obserwować jak wspaniale w Peru działają zasady wolnego rynku. Wystarczy, że droga zostanie zablokowana choć na godzinę, a samochody muszą stać i czekać (w końcu nie wiadomo jak długo). Niemal natychmiast pojawia się wokół takiego przymusowego postoju „mini-bazar”. Jak spod ziemi (a do miasta było jeszcze kilkadziesiąt kilometrów!) wyrosły przenośne (oraz „przewoźne”) „budki” z jedzeniem, napojami, a nawet lodami. Jak to możliwe, że Ci ludzie wiedzieli o zablokowanej drodze i tak szybko zorganizowali przenośne stragany – tylko oni wiedzą. Faktem jest jednak, że kupić można niemal wszystko. Od ciepłego obiadu poczynając, a na zabawkach dla dzieci kończąc. Największym powodzeniem cieszą się jednak lody…

W końcu sygnał! Droga odblokowana, można jechać.

Błyskawiczny odbiór plecaków z ładowni autobusu i pierwszą taksówką (po niewielkich targach – udaje się zbić cenę za przejazd do hotelu z 10 do 8 soli) jedziemy do hotelu. Szybki prysznic (jednak po tak długiej podróży konieczny) w o dziwo gorącej wodzie (!) i ruszamy zwiedzać jedno z najbardziej znanych miast Ameryki Południowej!

Comments

comments