Boliwia. W krainie czarów i szamanów

Przekroczenie granicy Peru z Boliwią to przeżycie samo w sobie. Nie chodzi broń Boże o to, że tu jest niebezpiecznie czy też np. o to, że panuje jakaś szczególnie wielka korupcja. Co to, to nie. Rzecz w tym, że wjeżdżając do Boliwii, wkraczamy do… krainy czarów, magii, szamanów i złych (oraz dobrych) duchów.

Są takie miejsca, gdzie magia, w którą w Europie nikt już nie wierzy (nie liczę oczywiście psychowyznawców Harrego Pottera), jest obecna i odgrywa nie tylko istotny wpływ na życie jednostek, ale oddziałuje na całe społeczności. Z magią zaś jest ten problem, że kiedy w Europie się o niej mówi, to zazwyczaj czyni się to „z przymrużeniem oka”, np. przy okazji Halloween czy też wizyty w kinie na kolejnej wersji filmu „Egzorcysta” czy też np. „Czarownic z Salem”. Jeśli zaś doszukiwać się kogoś, kto magię traktuje na Starym Kontynencie poważnie (nie liczę oczywiście mało znanych zakątków Bałkanów, o tym jednak w innym wpisie) to będzie to najpewniej jakiś katolicki duchowny, który wykrzykuje z ambony (zazwyczaj dzieje się to w okolicach „pogańskiego” Halloween), że czary „to zło” i „grzech śmiertelny” – nie liczę naturalnie wystąpień pewnego księdza, który o ciemnych mocach mówi dość często, a każde zdanie kończy słowami „wiedz, że coś się dzieje”.

Magia zaś (często identyfikowana niepoprawnie z „czarami”- co zostało nawet poświadczone przez „najwyższą wyrocznię”, jaką dla wielu ludzi stanowi Wikipedia) w wielu miejscach świata istnieje i ma się całkiem dobrze. W Boliwii obecna jest magia, obecne są czary, obecni są czarownicy i obecni są szamani. Są tutaj zaklęcia, klątwy, uroki i duchy przodków. To wszystko zaś krąży i przenika świat pełen komputerów, nowoczesnej medycyny, Internetu i odbiorników GPS. Odnieść można wrażenie, że złym i dobrym duchom, czarownikom i wiedźmom, amuletom i magicznym eliksirom ten nowoczesny świat w ogóle nie przeszkadza – co więcej, weszły one w symbiozę z tym światem i dostosowały się do niego. A może to świat pod ich wpływem dostosował się do nich i sprawił, że przestano zwracać na nie uwagę ?

Miało jednak być o Boliwii i granicy z Peru…

Przekroczyliśmy most dzielący Peru i Boliwię. I tutaj małe zaskoczenie. Telefon złapał darmowe Wi-Fi. Paradoks. Darmowy Internet wita nas u bram krainy czarów. O ile odprawa paszportowa po stronie peruwiańskiej poszła bezproblemowo, to po stronie boliwijskiej zaczęły się schody. Ogromny, gigantyczny tłum oczekuje do zaledwie dwóch okienek „imigration office”. Trzeba wypełnić długie druki celne oraz dokumenty wjazdowe. No tak, w końcu czymś zapełnić trzeba czas oczekiwania, a wypisywanie w maleńkich kratkach najdziwniejszych danych pozwala zabić kilkanaście minut. Tłum kolorowy, żywy, każdy przyjechał tu w jakichś interesach. No dobrze, prawie każdy. Wśród pakunków, wózków, indiańskich chust czasami przewinie się plecak turysty. Nie ma ich tutaj zbyt wielu, a Ci którzy są, przyjeżdżają jakby nieco zdezorientowani. Turyści wjeżdżający do Boliwii dzielą się na dwie zasadnicze grupy. Pierwsza to osoby, które nie bardzo wiedzą co to Boliwia i gdzie ona mniej więcej leży. No ale skoro już odwiedzają Peru, to zahaczą o Boliwię – będzie kolejny kraj do zaznaczenia na Facebook jako „zaliczony”. Druga grupa to ludzie, którzy powoli przemierzają tę część świata. Nie muszą zobaczyć wszystkiego od zaraz. Mogą pojechać do Cuzco na tydzień i nie fatygować się do Machu Picchu, podobnie mogą przyjechać do La Paz i patrzeć na życie miasta godzinami…

W końcu udaje się otrzymać pieczątki do paszportów, krótka rozmowa z pogranicznikiem i ruszamy w poszukiwaniu naszego autobusu. Nie jest to zadanie łatwe. Pozornie mogłoby się wydawać, że ogromny autobus znaleźć łatwo, jednak nie w Boliwii. Gdy siedzi się w autokarze wszystko wydaje się takie „małe”. Ludzie, domy, pojazdy. Gdy jednak autokar opuszczamy i odejdziemy na kilka kroków, a kierowca odjedzie kilkanaście metrów, to… może się okazać, że autokar nagle znika. Po prostu, był pojazd, nie ma pojazdu. Magia? No może niezupełnie, aczkolwiek można tak pomyśleć. Rzecz w tym, że nierówności terenu sprawiają, że wystarczy, że autobus przejedzie 50 metrów i stanie w jakimś „dołku”, a tłum ludzi skutecznie go zasłoni. Korzystając z tego, że do odjazdu mamy jeszcze sporo czasu (nie bardzo wiemy ile dokładnie, bo czas jest rzeczą względną, a porę odjazdu wyznacza to, kiedy nasi kierowcy skonsumują kilkudaniowy obiad na targu – na szczęście jedzą powoli) ruszamy rozejrzeć się po przygranicznym targu.

Trafimy do… sklepu szamanki. O tym napiszę w kolejnym wpisie. Kupujemy także coś do jedzenia i wracamy do autobusu. Z leżącego po obydwu stronach granicy Desaguadero do La Paz jest niecałe 110 kilometrów. Nie najlepsza jakość drogi (przynajmniej na początku) oraz fakt, że przy granicy autobus musi przebijać się przez tłumy, sprawia, że podróż zajmuje prawie 3 godziny. Boliwia wita nas widokiem płaskiego terenu i czerwonej ziemi po obydwu stronach szosy. W końcu po około 2 godzinach jazdy zaczyna w oddali być widoczne miasto. La Paz, jedna z najbardziej niezwykle położonych miejscowości w Ameryce Południowej. Autobus przez około 50 minut przebija się przez korki uliczne i w końcu udaje się wysiąść na zaprojektowanym przez Gustawa Eiffela centralnym dworcu autobusowym. Hotel mamy tuż przy dworcu. Szybki prysznic i ruszamy zwiedzać!

Comments

comments