Casablanka — afro-arabska egzotyka pod płaszczykiem komercji

Hotel, który znalazłem w Casablance jest niezwykły. Afro-arabsko-orientalny. Po wejściu do recepcji wita mnie rzeźba ogromnego indyjskiego słonia oraz tajskiego lwa. Po prawej stronie meczet, po lewej restauracja z najohydniejszymi śniadaniami (o tym dopiero jutro się przekonam), jakie kiedykolwiek podano mi w jakimkolwiek hotelu. Tymczasem recepcja. Ksero paszportu, klucz i wchodzę do pokoju. O dziwo — internet całkiem przyzwoicie działa. Mój pokój jest wyposażony w lodówkę (jej otwarcie sprawia, że wysypuje się na mnie pożywienie, które zostawili podróżnicy nocujący tutaj w ciągu ostatnich kilku miesięcy) łazienkę (zapomniano o ręcznikach) i mydło. Niestety jakoś nie bardzo mogę odnaleźć kołdrę — jej funkcję pełni prześcieradło. Eee… przecież w nocy temperatura spada w okolice zera! Póki co zostawiam rzeczy i ruszam na podbój Casablanki. Pierwsze kroki kieruję ku starej medynie. Precyzyjniej rzecz biorąc, kieruję się ku „Starej Medynie” Takie rozróżnienie jest dość nietypowe jak na Maroko. Uzasadnione, jeśli chodzi o Casablankę, jest tym, że kiedy w latach 30. XX wieku przybyli tutaj Francuzi i zbudowali własne osiedle, to zamiast jak zwykle zastosować nazwę „Nowe Miasto” po prostu nazwali swoją dzielnicę „Nową Medyną”. Ludzie na terenie starej medyny mieszkali „od zawsze”. Niestety niewiele zachowało się ze starożytności czy średniowiecza. Powodem był fakt, że miasto było wielokrotnie nękane trzęsieniami ziemi. Stara medyna otoczona jest w dużej mierze murem obronnym wysokim na około 8 metrów i długim na prawie 4 kilometry. Do roku 1907 mur był bardzo szczelny. W roku tym zaczęto rozbiórkę murów, i zachowała się do dziś dnia zaledwie połowa ich długości. Wchodzę do starej medyny przez chyba najbardziej znaną z jej bram — Bab Marrakesz, czyli Bramę Marakeszu. Nietrudno się domyślić, że jest ona skierowana właśnie w kierunku tego miasta. W przeszłości przy tej bramie swoje mieszkania i kramy mieli Żydzi. Obecnie zostało ich niewielu. Wnętrze starej medyny to plątanina straganów i sklepów. Nie są one tak duże ani kolorowe, jak te w Marrakeszu (nie licząc stoisk z lampami, z których słynie Casablanka), ale i tak warto tutaj pospacerować dłużej, aby poczuć atmosferę miasta. Ponieważ chcę mniej więcej wyobrazić sobie, jak wyglądało Stare Miasto w średniowieczu, staram się je oglądać, trzymając się ulicy Dar al-Makhzen, która do XVIII wieku była główną arterią Casablanki. Przy niej znajduje się m. in. Wielki Meczet, który wzniesiono w roku 1880, a który po wzniesieniu meczetu Hassana II został niemal zapomniany.

Niedaleko Wielkiego Meczetu znajduje się maleńki plac. Na nim zbudowano niemal mikroskopijne jak na tego typu budowle w świecie arabskim sanktuarium. Skryte pod zielonym dachem w kształcie kopuły (bo kopułą tego nazwać nie można) zostało poświęcone Sidiemu bou Smarowi. Jest to postać niezwykle popularna w świadomości ludowej mieszkańców Casablanki i okolic. Miał on być pielgrzymem, który przybył pod mury miasta i poprosił napotkanych mieszkańców o wodę. Niestety był to okres największej suszy w historii miasta i zamiast wody podano Sidiemu piasek, który także bywa wykorzystywany do ablucji, gdy wody brakuje. Pielgrzyma poruszył los mieszkańców miasta i uderzył swoim kijem o ziemię. Miała trysnąć z niej woda, co uratowało los miasta. Wychodzę poza obręb murów i kieruję się ku jednemu z najbardziej znanych zabytków Casablanki — wieży zegarowej. Dobudowano ją do murów medyny od zewnętrznej ich strony między bramami Bab es-Souk oraz Bab al-Kebir w 1910 roku. Stała spokojnie przez 30 lat, ale w roku 1940 podjęto decyzję o jej wyburzeniu. Odbudowana została w 1992 roku w ramach zakrojonego na szeroką skalę programu restauracji zabytków Maroka, jaki podjął król Muhammad V.

Spod wieży ruszam eksplorować francuskie nowe miasto. Gdy Francja przejęła protektorat nad Marokiem, Casablanka stała się centrum administracyjnym kraju. Ogrom ludności z Francji, który tutaj napłynął, w połączeniu z przeludnioną medyną sprawił, że rezydent generalny w Maroku gen. Louis Hubert Lyauteu podjął decyzję o budowie ogromnej nowej dzielnicy przeznaczonej dla Europejczyków. Dzielnica jest pełna zabytków znanych nie tylko we Francji, ale także takich, które na trwałe weszły do kultury światowej, czy to poprzez literaturę, czy też np. film. Wchodzę na Plac Narodów Zjednoczonych, mijając niezbyt zgrabną „rzeźbę” w kształcie kopuły wykonaną ze stalowych wstęg, które mają symbolizować narody zjednoczone. Moim zdaniem ani to ładne, ani symboliczne, a obecnie pełni funkcję wielkiego śmietnika. Naprzeciwko, po drugiej stronie placu, wznosi się słynny Hotel Excelsior. Zbudowano go w 1916 roku i jest chyba najlepszym przykładem stylu art deco w Maroku. Przed II wojną światową był najbardziej ekskluzywnym hotelem w mieście. Dziś popadł w ruinę. Spaceruję uliczkami wokół Placu Narodów Zjedoczonych. Przypadkiem natknąłem się na słynne kino Rialto, którego gmach, także wzniesiony w stylu art deco, wszedł na trwałe do kinematografii francuskiej jako symbol doskonałej sali kinowej. Niedaleko oglądam słynny w pierwszej połowie XX wieku hotel Transatlantique, który niestety zachował się w nie najlepszym stanie. Kawałek dalej oglądam ruiny hotelu Lincoln, który w czasach protektoratu był wizytówką Maroka. Spacer kończę przy głównym targu. Pora poszukać obiadu! Siadam w jednej z kawiarń, zamawiam pieczoną rybę (wszak jesteśmy nad oceanem) i obserwując życie miasta, planuję sobie popołudnie… o tym jednak w kolejnym wpisie.

Comments

comments