Cel Górski Karabach–3 dni w podróży

Kończy się Azerski etap  wyprawy. W ostatni dzień przed opuszczeniem Baku, rzutem na taśmę, udało się obejrzeć wieś Qala i mieszczący się tam park archeologiczny. Park jest bardzo interesujący, prezentuje historię regionu od paleolitu do XX wieku. Obejrzeć tutaj można doskonały park archeologiczny, świetnie odrestaurowany zamek oraz muzeum, którego wygląd zewnętrzny przewyższa zawartość (prawie w całości poświęcone jest sprzętowi do parzenia herbaty). W okolicy znajduje się też ogromny cmentarz. Zaniedbany, z setkami grobowców, krypt i mauzoleów. Najstarsze mają setki lat.

Wracając zaś do głównego wątku. Udało się przemierzyć dużą część tego kraju co prezentuje mapa powyżej. Cel drugi jest bardziej skomplikowany w realizacji. Dojazd do Górskiego Karabachu nie jest rzeczą łatwą. Mimo, że miasto Gandża leży zaledwie 30 km od jego granic, to sytuacja polityczna (zamknięte Armeńsko-Azerbejdżańskie granice) sprawia, że aby do niego się dostać trzeba przemierzyć Gruzję oraz Armenię. Zatem najpierw nocny pociąg relacji Baku-Tbilisi. Pociąg wygodny, druga klasa, miejsce w wagonie sypialnym. Wyjazd z Baku o 22.15. Na granicy z Gruzją jesteśmy dopiero o 8.30 rano co za tym idzie można się spokojnie wyspać. Miło. dsc_0197Po 11 pociąg dojeżdża do Tbilisi. Znów trzeba cofnąć zegarek o godzinę. Dworzec centralny w Tbilisi niewiele się zmienił od ostatniej na nim wizyty. Kolejka do kasy jest niedługa i udaje się kupić bilet na kolejny nocny pociąg relacji Tbilisi-Erywań. Pociąg również wygodny, także 2 klasa. Jedyny minus jest taki, że tutaj nie dają pościeli. Pociąg odjeżdża o 22.16, a co z tym się wiąże, cały dzień można poświęcić na przypomnienie sobie co bardziej uroczych zakątków miasta. Tbilisi bardzo się zmienia, coraz więcej turystów, coraz więcej żebraków na ulicach. Czas mija szybko. Czytam w cieniu jednego z najładniejszych (w mojej ocenie – zdjęcie obok) widoków z parku w centrum miasta.  W międzyczasie następuje oberwanie chmury, ulice zamieniają się w rwące potoki, częściowo zalało metro. Po 20-tej siedzę już na dworcu, bawiąc się z córeczką przypadkowo spotkanego małżeństwa, przy okazji korzystam (jak zawsze będąc na Tbiliskim dworcu) z elektronicznej wagi połączonej z urządzeniem do mierzenia wzrostu. W czasie wyjazdu schudłem prawie 7 kg . O 21.40 podjeżdża pociąg relacji Batumi-Erywań. Zainstalowanie się w przedziale chwilę zajmuje. Trochę próbuję spać, ale świadomość, że o 2 w nocy będziemy na granicy, nie sprzyja oddaniu się objęciom Morfeusza. Trzeba wypełnić formularz wizowy o armeńską wizę. Kosztuje ona 3000 dram czyli około 27 złotych. Kolejka dsc_0296cudzoziemców na granicy liczy kilkanaście osób. Są Niemcy, Japończycy, Anglicy… Co ciekawe celnik, wyjątkowo miło odnosi się do posiadacza polskiego paszportu. Formalności zajmują chwilę, koszt wizy to 10 dolarów i można wracać do pociągu. Niektórzy turyści mnie bawią. To, co mnie śmieszy, celników co najmniej denerwuje. Para dwudziestokilkuletnich Niemców próbuje wytłumaczyć celnikowi, że 3000 dram do nie 10 ale trochę ponad 8 dolarów. Pochodząca z za naszej zachodniej granicy kobieta lat około 50ciu swojego 10cio dolarowego banknotu szuka w saszetce z pieniędzmi, którą ma wszytą w… majtki. Wszyscy zaś obcokrajowcy po swoją wizę poszli objuczeni niczym wielbłądy. Plecaki, torby walizki… Ja mam tylko paszport. Wszystko zostawiłem w przedziale. Wzbudza to sympatię celników, bo w końcu traktowanie kogoś jak złodzieja, taszczenie ze sobą całego bagażu, ukrywanie paszportu i pieniędzy w majtkach, itp., skutkuje tym, że osoba taka zaczyna być traktowana jak ktoś kto uważa się za kogoś lepszego, jak kolonizator albo po prostu człowiek bez odrobiny zaufania do otoczenia. Kiedy pociąg rusza, zasypiam. Myślę, że musieli celnicy dość dokładnie przetrzepać pozostałych cudzoziemców. O to co ja przewożę, nawet nie pytali. Chcieli nawet ze mną pamiątkowe zdjęcie, a na pytanie “ile masz wzrostu”, gdy odpowiadałem, mruczeli coś pod nosem (myślę, że było to coś między zdziwieniem, modlitwą a radością wyrażaną uśmiechem). Erywań… Ostatnim razem z tego miasta jechaliśmy do Stambułu, aby w dalszej kolejności dolecieć do Nepalu i Indii. Teraz to tylko miasto tranzytowe. Dworzec w Erywaniu to klasyczny przykład socjalistycznego budownictwa monumentalnego. Spod dworca można metrem dostać się do centrum (koszt biletu to około 80 groszy) a potem kawałek trzeba przejść pieszo, aby dotrzeć do centralnego dworca autobusowego. Trzeba zaciągnąć języka odnośnie marszrutek do Górskiego Karabachu przez miejscowych nazywanego Artsakh. Okazuje się, że marszrutka do stolicy tego regionu – Stepanakertu odjeżdża o 18tej. Szybka kalkulacja. csc_0375Marszrutka jedzie co najmniej 8 godzin. Dojechanie o 2 nad ranem do nieznanego sobie miasta, gdzie nie ma się upatrzonego noclegu to nie najlepszy pomysł. Następnego dnia marszrutka jedzie o 7 rano. Idealnie. Biegniemy do znanego już miejsca noclegowego u Stiepy. Koszt noclegu to 3000 dram za osobę za dobę. Niewiele. Dla porównania 2 hamburgery w KFC w centrum miasta kosztują około 2000 dram. Cóż, mamy zatem cały dzień na Erywań. Niestety, dzisiaj (w 14 niedzielę po Wielkanocy) wypada Vardavar– jedno ze świąt ormiańskich, coś jak nasz śmigus dyngus polegające na tym, że ormianie oblewają się wodą na potęgę. Przejście przez miasto suchą stopą jest wykluczone. Drżę o kamerę w plecaku, paszporty  i pieniądze. Te dwie ostatnie rzeczy są w teoretycznie nieprzemakalnym etui, ale kamera… Przed wyjściem na miasto trzeba wziąć prysznic. Pierwszy od 3 dni… Czuję się jak nowo narodzony i zasypiam na 3 godziny. Popołudniowy spacer owocuje niezwykłą zdobyczą. Panuje świetna pogoda i idealna widoczność. Widać bardzo dobrze Ararat – mityczną górę, na której osiadła Arka Noego! Jest to rzadka okazja do zdjęć. Ararat jest obszarem zamkniętym, leży po tureckiej stronie granicy. To szczególnie dobrze chroniony teren wojskowy, chociaż nikt nie wie dlaczego. Co ciekawe kilka ekspedycji wysokogórskich na Ararat w latach 20-tych, 30-tych i 50-tych kończyło się zaskakującymi wynikami. Zawsze znoszono z góry kawałki obrobionego drewna pochodzące na pewno z jakiegoś statku, datowanego na minimum 5-7 tysięcy lat. Wszystkie te kawałki obecnie zaginęły. Co ciekawe w latach 80-tych przypadkiem amerykański satelita meteorologiczny sfotografował Ararat, a na zrobionych zdjęciach widać coś, co przypomina bardzo duży statek. Nazwano to “anomalią Araratu”, ale to temat na inną historię… Póki co trzeba podjąć próbę dostania się do Górskiego Karabachu!

Comments

comments