Colombo – metropolia buddyzmu, pieniędzy, zieleni i muzeów…

Nasza podróż do stolicy Sri Lanki zaczyna się na niepozornym dworcu kolejowym położonym przy Main Street w Negombo. Dworzec niewielki, ale doskonale zorganizowany. Warto tutaj poczynić pewne spostrzeżenia, które podróżującemu po Sri Lance Polakowi życie mogą ułatwić. Przede wszystkim nie można kupić, w mniejszych miejscowościach takich jak Negombo właśnie, biletu kolejowego o dowolnej porze dnia i nocy. Można go kupić wyłącznie, gdy jest otwarta kasa biletowa. To banalne spostrzeżenie nabiera nieco więcej sensu, jeśli uświadomimy sobie, że kasy otwiera się na około 40 minut przed odjazdem pociągu. Wszystkie odjazdy są wypisane na rozkładzie jazdy oraz na tablicy kredowej wywieszonej przy tychże kasach, gdzie możemy przeczytać: „Next train…”, a poniżej kierunek oraz godzina odjazdu. Niestety, nie wiedzieliśmy o tym. Efekt? Korzystając z doświadczeń w Indiach, chciałem kupić bilet co najmniej dzień przed odjazdem pociągu, a tutaj niespodzianka – kasa zamknięta. Dnia następnego, kilkadziesiąt minut przed odjazdem pociągu, kupujemy bilety. Przejazd kosztuje 40 rupii za osobę. Pociąg przypomina trochę bardzo wysłużone składy polskich Przewozów Regionalnych. Pierwsze wrażenie jednak okazuje się nieco mylne, bo fakt, że pociąg nie posiada drzwi i części okien sprawia, że w środku jest czym oddychać w tutejszym upale. Wszak jedziemy metalową puszką w lankijskim pełnym słońcu. Udaje się zdobyć miejsce siedzące. Do stolicy kraju nominalnie nie jest daleko, ot 40 kilometrów. Fakt jednak, że pociąg zatrzymuje się na każdej stacji, w nawet najmniejszych miejscowościach, sprawia, że mamy wrażenie, iż jedziemy bardzo wolno poruszającym się tramwajem. Po drodze można posłuchać występów artystycznych (na bardzo wysokim poziomie!) w postaci trupy (inaczej tego nazwać nie sposób) śpiewających i grających muzyków. Umilają podróż przez kilkanaście minut, zbierają napiwki i idą do kolejnego wagonu. Poza tym niewiele można zobaczyć. Trasa nie jest ciekawa, krzaki po obydwu stronach drogi. Czasami stacja, z której i na którą wylewają się tłumy ludzi. W końcu docieramy na miejsce. Dworzec w Colombo, a konkretnie rzecz biorąc stacja Colombo Fort, nie robi najlepszego wrażenia. Przez chwilę czuję się niczym w Indiach. Tłok, ogrom ludzi… Jak najszybciej z bagażami do wyjścia. Obowiązkowe sprawdzenie biletów w czasie opuszczania terenu dworca i Colombo wita nas upałem.

Tuk-Tuki, wszędzie Tuk-Tuki. Jak zwykle negocjacje. Cena wyjściowa: 1000 rupii. Udaje się stargować do 500. Jedziemy do hotelu. Dzięki kodom rabatowym udało się znaleźć hotel czterogwiazdkowy, bardzo dobrej jakości, ale niestety oddalony o około 5 km od dworca kolejowego. A że Colombo to miasto niezwykle zatłoczone i w dodatku o dość skomplikowanym układzie ulic – dojazd zajmuje jakieś 40 minut. Mimo że kierowca doskonale (chyba) zna miasto, to i tak nie jest w stanie wiele zrobić (aczkolwiek przyznać trzeba, że świetnie manewruje między innymi pojazdami). Pierwsze wrażenie mimo wszystko pozytywne. Jeśli nie trzeba tu jeździć jakimkolwiek pojazdem w charakterze kierowcy, to wydaje się, że miasto – mimo pozornego chaosu – jest nieźle zorganizowane. Docieramy do hotelu. Krótkie zameldowanie i można chwilę odpocząć. Prysznic, wysuszenie rzeczy (co nam odbiło, aby przed podróżą iść pływać w oceanie ?!) i ruszamy zwiedzać stolicę Sri Lanki.

Zwiedzanie Colombo trudno zorganizować sobie w sposób, nazwijmy go… „zorganizowanym”. To zdanie brzmi dziwnie, ale nic innego mi do głowy nie przychodzi. Wyobraźmy sobie ogromną masę wszystkiego: ludzi, zwierząt, Tuk-Tuków, samochodów, autobusów, kramów, „mobilnych świątyń” najróżniejszych wyznań i wszystkiego innego, co da się umieścić w jakiejkolwiek formie na kołach. Cała ta masa posuwa się jednolitym ogromnym strumieniem po ulicach Colombo. Czasami oddziela się od tej rzeki ludzi mniejszy strumień i wlewa w którąś z bocznych uliczek. Wyobraźmy sobie teraz, że ten ocean wszystkiego obejmuje kilkadziesiąt kilometrów kwadratowych, a niczym wyspy wystają z niego zabytki czy też miejsca interesujące z turystycznego punktu widzenia. Dodać do tego trzeba jeszcze jeden drobiazg. Niektóre (zazwyczaj te główne) ulice są wypełnione do granic pojemności. Inne zaś (zazwyczaj boczne, ale niekoniecznie) bywają zupełnie puste. Wystarczyłoby, aby część mieszkańców wybierała inną drogę niż „main street’” i problem korków by zniknął – tak przynajmniej wygląda to pozornie. Dlaczego zatem wszyscy w upale uwielbiają się tłoczyć na jednej i tej samej, zazwyczaj bardzo rozgrzanej ulicy? Powód jest tyleż prosty do przedstawienia, co niemal absurdalny. Za wszystko odpowiada bowiem najbardziej nielogiczny jak tylko można sobie wyobrazić sposób organizacji ruchu ulicznego. Władze Colombo przejęły system oznaczeń dróg jednokierunkowych po Brytyjczykach. Mamy więc drogę czteropasmową jednokierunkową z zakazem skrętu w boczne ulice, która nagle, ni stąd i z owąd zmienia się w ulicę dwukierunkową, i już jak najbardziej skręcać można. O ile w pierwszej połowie wieku XX to, co było dobre dla wozów konnych, sprawdzało się wspaniale, to obecnie przy wozach z nieco większą ilością koni mechanicznych – absolutnie nie jest funkcjonalne. Dodać zaś trzeba, że w międzyczasie liczba ludności stolicy wzrosła już nie do kwadratu, ale do sześcianu. Obserwujemy chwilę życie miasta i podejmujemy jedyną wydaje się sensową decyzję. Wynajmujemy tuk-tuka „na godziny” i polecamy kierowcy, aby pokazał nam miejsca, które chcemy zobaczyć. Takie rozwiązanie ma jeszcze jeden plus – kierowca pokazuje nam wiele miejsc, o których nie mieliśmy pojęcia. W sumie kosztuje nas takie „wynajęcie” 12 dolarów (rzecz jasna po targach, gdyż pierwotnie cena miała być niższa… ), a całość zwiedzania zajmuje nam 5 godzin.

Ruszamy wzdłuż oceanu. Mijamy kilka reprezentacyjnych budynków po prawej, w tym słynny Galle Face Hotel, który wznieśli Anglicy w roku 1863 i wjeżdżamy w Galle Face Green. Teoretycznie (tak chciałyby foldery reklamujące stolicę Sri Lanki) to „nadmorski obszar zielony”, w praktyce tłumy ludzi codziennie tutaj spacerujące skutecznie wytrzebiły większość trawy. Powstał w ten sposób plac, który gdzieniegdzie pokryty jest wysepkami trawy. Zatrzymujemy się na chwilę przy najwyższych budynkach na Sri Lance: World Trade Center. Wieże mają 152 metry wysokości. Kilka zdjęć i ruszamy do Muzeum Narodowego. Muzeum powstało w roku 1877 dzięki inicjatywie ówczesnego gubernatora Sri Lanki Henry’ego Gregory’ego. Kompleks muzealny jest ogromny. Obejmuje kilka potężnych gmachów. Niestety mamy pecha, gdyż część wystaw jest wyłączona ze zwiedzania z powodu remontu. Przyznać trzeba, że Lankijczycy bardzo uczciwie podeszli do zwiedzających. Normalnie bilet do muzeum kosztuje 500 rupii. Z uwagi na remont cena jest dla nas obniżona o połowę. Spacer po muzeum rozpoczynamy od obejrzenia imponującego tronu królów Sri Lanki. Dalej zwiedzamy materiał obejmujący prehistorię, okres przedkolonialny oraz czasy panowania Brytyjczyków. Spacer po muzeum jest niesamowitą podróżą w czasie. Niestety budynki muzealne niewiele zmieniły się od przełomu XIX i XX wieku. Nie ma tutaj klimatyzacji, a tylko w niektórych salach znajdują się wentylatory. Nie ma także miejsc do siedzenia. W konsekwencji po przejściu kilku sal, przy dość dokładnym czytaniu opisów zabytków człowiek czuje się bardzo, ale to bardzo zmęczony.

DSC_9314Opuszczamy muzeum z pewnym niedosytem – czasu mało, a do oglądania mnóstwo. Stolica Sri Lanki ma jednak do zaoferowania ogromnie wiele. Ruszamy przez przyległy do muzeum Park Viharamahadevi w centrum którego znajduje się niedroga kawiarnia. Początki istnienia parku sięgają początków XX wieku. Rozsiadamy się w kawiarni między miejscowymi, którzy jedzą obiad. Jakoś nie jesteśmy głodni – chyba organizm Europejczyka nie jest jeszcze przestawiony na miejscowy tryb żywienia się. Coś do wypicia, lekki posiłek i kierujemy swoje kroki w kierunku Białego Domu. White House to gmach ratusza. Imponuje śnieżnobiałymi ścianami, które wznoszą się pośrodku dużego zielonego skweru. Kilka zdjęć, a kierowca naszego Tuk-Tuka nawołuje do pojazdu. Jedziemy nad Jezioro Beira. Pierwszą świątynią do jakiej kierujemy nasze kroki jest Seema Malaka. Jest to nie tyle świątynia (aczkolwiek jak najbardziej są tutaj miejsca do medytacji), co miejsce, w którym mężczyźni wchodzący do kasty mnichów otrzymują prawa i obowiązki. Świątynia zbudowana została na częściowo sztucznej wyspie w pierwszej połowie XX. Wstęp nic nas nie kosztuje, niemniej przyznać muszę uczciwie, że lepsze wrażenie świątynia robi z zewnątrz niż od środka. Opuszczamy ją i kierujemy się do najbardziej znanej buddyjskiej świątyni w tej części Sri Lanki: Gangaramay. To powstałe pod koniec XIX wieku sanktuarium jest dziełem jednego z ojców lankijskiej nauki, który zasłynął m. in. tym, że dzięki jego staraniom powstał na Sri Lance pierwszy uniwersytet. Mnich imieniem Hikkaduwe Sri Sumangala Thero, bo o nim mowa, ufundował bowiem Vidyodaya Pirivena, na bazie której to szkoły dla mnichów rozwinęła się świecka wyższa edukacja na dziewiętnastowiecznym Cejlonie. W pierwszej kolejności należy zdjąć buty. Wstęp do sanktuarium kosztuje 100 rupii. Cały kompleks obejmuje kilka elementów, które obejmują szereg mniejszych i większych sali i placów. Przyznać trzeba, że z zewnątrz całość wygląda znacznie skromniej niż w środku. Budda, wszędzie wyobrażenia Buddy. Nieco przytłaczają, aby nie powiedzieć, że onieśmielają. Najważniejszym miejscem w świątyni jest drzewo, pod którym sam Budda miał doznać oświecenia (lub któryś z jego uczniów – jakoś mnichom nie przeszkadza fakt, że drzewo jest nieco zbyt młode w stosunku do czasów, w których żył Budda Siakjamuni). Spacerujemy po świątyni, podziwiamy gigantycznego świętego słonia, którego wypchano (choć może lepiej powiedzieć, że zakonserwowano w formalinie niczym Lenina na Placu Czerwonym), robimy kilka zdjęć jego żywemu następcy (niestety mniejszemu i otoczonemu nieco mniejszym nimbem świętości), aby w końcu wejść w progi… „muzeum”. Słowo musi być wzięte w cudzysłów, gdyż jest to coś, co tylko przez miejscowych może być za placówkę muzealną uznane. Całość przypomina ogromny skład wszystkiego. W gablotach na stosach umieszczono wyroby ze złota, srebra, metali nieszlachetnych, figurki buddy, wszelkiego rodzaju przedmioty, a nawet tak „bezużyteczne” przedmioty jak np. radzieckie zegarki.

Obejrzawszy świątynię spacerujemy po okolicach i kierujemy się ku dzielnicy Petta. Pora zrobić zakupy na chyba najbardziej znanym bazarze na Sri Lance. Spacerujemy, targujemy się, kupujemy kilka drobiazgów. Czas wśród straganów mija stanowczo zbyt szybko. Pora zbierać się do hotelu. Zapada zmrok a intensywny dzień daje znać o sobie…

Comments

comments