Dookoła Grande-Terre. Najpiękniejsze plaże Gwadelupy i nie tylko…

Pobudka znów wcześnie rano. Śniadanie jak zwykle na tarasie. Owoce, miejscowe przeciery i doskonały chleb. Trochę można poczytać przy śniadaniu, poobserwować jaszczurki, chrząszcze, ptaki, owady. Jest ich mnóstwo. Na stoliku stoi wazonik, niewielki wazonik. W wazoniku kwiaty. Na jednym z płatków pełznie powoli mała, zielono-czerwono-brązowo-kolorowa gąsiennica. Pełznie bardzo dzielnie. Biorę ją na patyk i… przyczepiła się mocno. Nie chce puścić jedynej podpory. Można przyjrzeć się jej dokładnie, zrobić zdjęcie (chociaż nie, bo aparat został w pokoju☹) i wypuścić stworzonko. Śniadanie zbliża się do końca. Pół godziny czytania i trzeba ruszać. Plan na dziś jest ambitny. Objechać Grande-Terre i zatrzymać się na najpięknieszych, znanych z folderów i kolorowych reklam biur podróży, plażach Gwadelupy. Do tego jeszcze dwa niezwykle ciekawe i przyciągające turystów z całego świata (chociaż przyznać trzeba, że albo zamożnych albo bardzo wytrwałych w dążeniu do celu) punkty widokowe. Wyobrażenie karaibskiej plaży jest dość charakterystyczne dla mieszkańców Europy. Przyznać trzeba, że niewiele odbiega od rzeczywistości! Złoty piasek, kilka palm na których zwisają apetyczne kokosy, brak ludzi i kryształowe morze. Wszystko z wyjątkiem braku ludzi można na Gwadelupie znaleźć bez problemu, celem jednak jest znalezienie miejc, gdzie nie zaglądają zbyt licznie turyści.

Jedziemy na wschód. Pierwszym punktem jest dwudziesto-trzytysięczne miasto Sainte Anne z plażą a właściwie plażami do niego przylegającymi. Jest to jeden z najbardziej znanych wczasowych ośrodków Gwadelupy. Jest to też miasto wyjątkowe gdyż… nie ma tutaj dużych hoteli, ani sieci gastronomicznych. Przyjechać tutaj można tylko na indywidualny wypoczynek, na własną rękę. Znalezienie noclegu na miejscu to nie problem, można ponegocjować a ceny są znacznie, znacznie niższe niż np. w miedzynarodowych systemach rezerwacji miejsc noclegowych takich jak np. booking.com. Tutejsza społeczność bardzo mocno i skutecznie opiera się przed napływem dużych sieci hotelowych. Dzięki temu miasto zachowało prowincjonalny, dziewiętnastowieczny urok. Zasada, jaka obowiązuje wśród mieszkańców, jest utrzymywanie wyglądu miasteczka w niezmienionym stanie. Jedyne remonty, które tutaj się przeprowadza są wykonywane po przejściu huraganów. Huragany to oddzielna historia tego miejsca. W 1989 roku zostało ono niemal spustoszone przez huragan Hugo, który rzucał statki pełnomorskie w centurm miasta, jeden wylądował na schodach największego w mieście kościoła. Miasto ma jeszcze jeden ogromny plus – można tutaj dotrzeć w pół godziny z lotniska. Miało jednak być o plażach. Plaże oczywiście piękne, urokliwe, ale trzeba nieco się napracować, aby znaleźć miejsce gdzie nie ma zbyt wielu turystów. Jest to jednak możliwe przy odrobinie wytrwałości. Atutem tutejszych plaż jest piaszczysty brzeg oceanu, który obniża się powoli i bardzo daleko od brzegu można jeszcze dotknąć dna. Poza tym są tu miejsca, gdzie np. można wypożyczyć kajaki i popływać. Jest to zdecydowanie najspokojniejsza część oceanu, która otacza wyspę. Niestety, nie można zbyt długo tutaj zabawić bo wyspa jest ogromna i ma tak wiele do zaoferowania. Pół godziny na plaży i ruszamy dalej drogą na wschód.

Docieramy do jednego z najpiękniejszych punktów widokowych na Kraibach, oddalonego o 11 km na wschód od Saint-François – La Pointe des Châteaux. Drogado tego miejsca to w istocie ślepa uliczka. Trzeba koniecznie upewnić się, czy ma się wystarczająco dużo benzyny w baku samochodu, bo kupić jej tutaj na przestrzeni kilkunastu kilometrów nie sposób. La Pointe des Châteaux słynie z doskonałego punktu widokowego, na szczycie którego stoi monumentalny krzyż. Widać stąd przy dobrej pogodzie wyspę La Désirade czy tez wulkan La Soufrière. Teren jest fascynujący: u wierzchołka, spadający nagle ostro grunt, przeszkodził w formowaniu się koralowców. Fale Atlantyku rozbijają się więc z hukiem o wzgórza Petite Saline, La Roche lub o Cypel Kolibrów, które tworzą to skaliste wybrzeże. Każdego roku całe ściany skał zawalają się i możliwe, że pewnego dnia morze całkowicie zawładnie tym zakątkiem. Być może ze względu na perspektywę zniknięcia La pointe des Châteaux z powierzchni ziemi ludzie tak tłumnie tu przyjeżdżają. Jeśli chcecie spokojnie nacieszyć się tym miejscem, przyjdźcie tu raczej rano, przed godziną 9.00 lub po południu, po 16.30. Kiedykolwiek jednak się nie przyjedzie to takich krajobrazów i zdjęć jak tutaj nie zrobi się chyba nigdzie na świecie. Dwie godziny w tym miejscu mijają niemal niezauważenie. No może z jednym wyjątkiem. Przekonałem się na własnej skórze, że nie można bagatelizować potęgi ocenau. Mimo, że w dość dużym oddaleniu obserwowałem fale, niespodziewanie przyszła nieco (czytaj o kilka metrów) wyższa fala i omal nie zmyła mnie z nabrzeża. Summa summarum poza napiciem się słonej wody, przemoczeniu ubrania i kilku otarciach straciłem także telefon komórkowy. Ech… piersza materialna strata na tym wyjeździe. Cóż, pozostaję odcięty od świata. Jedziemy dalej. Tyle pięknych plaż, opisać wszystkich nie sposób. Jedną jednak trzeba umieścić na blogu. Nie sposób jej pominąć. Chodzi oczywiście o Le Moule, tu Plage de l’Autre Bord.

Nazwa ta wywołuje najpierw uśmiech (po francusku oznacz ona bowiem jadalnego małża – miejscowy przysmak – a w przenośni znaczy tyle co: tępak, głupiec), zwłaszcza że szyldy sklepowe i afisze reklamowe wydają się mocno z tego dworować. Pochodzenie le Moule nie ma jednak nic wspólnego ze słynnym mięczakiem o podwójnej skorupie: podobne słowo: „môle” oznacza konstrukcję drewnianą, która w końcu XII wieku ochraniała wejście do portu (po polsku: „molo”). Tutejszy port był tak dobrze chroniony przez swoje „molo”, że pozostał najważniejszym portem Gwadelupy aż do początku XX wieku, kiedy to stracił hegemonię na rzecz Pointe-à-Pitre. W międzyczasie, pod wpływem przemysłu i miejscowej „arystokracji cukrowniczej”, le Moule przekroczyło rzekę Audoin i przekształciło się w miasto. Na planie prostokąta, mieszkańcy le Moule wznieśli magazyny i fabryki, mieszczańskie domy i skromne domostwa, tak że powstało drugie miasto Gwadelupy. Zmierzch le Moule wynikł z upadku przemysłu cukrowniczego, ale również z położenia geograficznego. Usytuowane frontem do wiatrów, chłostane było silnymi uderzeniami cyklonów. Choć obecnie przypomina nieco wyglądem śpiącą królewnę, umiało jednak pozostać główną podporą gospodarki rolniczej i cukrowniczej archipelagu, ze swoją rafinerią cukru, jedyną, która uchowała się w Gwadelupie. Dziś zaczyna uświadamiać sobie powoli wartość swego dziedzictwa kulturowego i naturalnego, często niedocenianego przez zwiedzających. Merostwo wdraża wielkie projekty, wśród których są przywrócenie małych fortów i armat, które broniły portu oraz zagospodarowanie okolic ujścia rzeki Audoin. W planach jest również „Wioska rybacka”, morska promenada (częściowo zrealizowany – wzdłuż brzegu można przejść się deptakiem i skorzystać z kilku zadaszonych, na podniesieniu punktów widokowych) i sztuczna plaża. Krótki spacer, kąpiel w dość wysokich falach (niestety podłoże jest usiane koralowcami), trochę zdjęć.

Czas biegnie nieubłaganie, trzeba ruszać dalej. Celem są bowiem słynne La trace des Douaniers. Mówiąc najogólniej są ogromne liczące do kilkudziesięciu metrów klify. Ciągną się kilometrami, a spędzić można tutaj cały dzień. Także tutaj woda nieustannie podmywa fragmenty terenu. Miejsce jest dobrze oznaczony, można odnaleźć tutaj ścieżki dla spacerowiczów a samochód pozostawić na parkingu. Trudno opisać wrażenie, jakie robi to miejsce. Niestety drogi czytelniku, znacznie więcej niż słowa wyrażają w tym wypadku zdjęcia. A jest na co popatrzeć… Dzień zbliża się ku końcowi. Znów zmęczenie. Trochę wypadkowy dzień (poza telefonem prawie złamałem sobie palec u stopy – ech te skały i nienajmądrzejszy pomysł, aby chodzić w sandałach – co prawda trekkingowych – ale co zrobić w takim upale?). Do samochodu i jak zwykle po 17 robi się ciemno a my wracamy do Petit-Bourg… Wieczór. Niemal rytuał. najpierw obiado-kolacja. Miejscowe potrawy. Potem walka z moskitami. Nabrałem już w tym wprawy i nie budzę się z krwawiącymi łydkami. Lektura na tarasie, słuchanie odgłosów przyrody. Pisanie bloga i pora iść spać…

Comments

comments