Kierunek Flores – czyli 600 kilometrów w autobusie

Wstajemy wcześnie. Będzie najpierw kilka uwag praktycznych. Do Flores, które stanowi bazę wypadową, aby zwiedzić kompleks świątynny Tikal można dotrzeć na dwa sposoby (nie licząc samolotu – koszt około 100 USD za lot w jedną stronę). Sposób pierwszy (wygodny i zajmuje mniej czasu). Kupujemy (tak jak w naszym przypadku) bilet za 55 dolarów z Panajachel do Flores z przesiadką w Guatemala City. Jeśli jedziemy z Gwatemali, nie warto korzystać z usług biur podróży, bo ten sam bilet kupiony na dworcu kosztuje ledwie 20 dolarów. Niemniej, w naszym przypadku trzeba by z Panajachel dojechać do Antigua, a potem do Guatemala City. Summa summarum nie wyszłoby dużo taniej, a szkoda nam było czasu, bo sprawdzamy w praktyce nasz przewodnik. Można też z Gwatemali pojechać do Flores za 12 dolarów zwykłym autobusem (tak zrobiliśmy wracając – zob. w kolejnym wpisie).

Autobus First Class jest wygodny. Klimatyzacja działa bez zarzutu, nigdzie się nie zatrzymuje no i jest w nim toaleta (po kilkuset kilometrach okazuje się ona przekleństwem, gdyż 1. Klimatyzacja roznosi zapachy; 2. Część osób cierpi na chorobę lokomocyjną…). Do Santa Anna docieramy rano. Punkt siódma wysiadamy z autobusu i idziemy na dworzec. Pytamy w kilku biurach podróży o dojazd do Tikal (można dojechać też autobusem miejskim, ale to trochę mordercze wyzwanie – więcej w przewodniku globtrotera po Gwatemali, który ukaże się w ciągu kilku tygodni). W jednym z biur wytargowujemy taki deal. Przejazd do Tikal w dwie strony za 80 quetzali (11 dolarów) plus kierowca tego biura zawiezie nas do naszego hotelu we Flores za darmo. W sumie się opłacało bo tuk tuk (mototaksówka) wzięłaby pewnie ze 40 quetzali (po ciężkich targach). Zmęczeni jesteśmy – trochę się nie chce targować po nie najlepiej przespanej nocy. Wysiadamy pod naszym hotelem i po zameldowaniu, prysznicu i posiłku na tarasie z niesamowitym widokiem na jezioro, ruszamy zwiedzać. Ponieważ mieszkamy bardzo blisko katedry obieramy ją sobie za cel numer 1. Znów sprawdza się reguła, że świątynia znacznie bardziej imponująco prezentuje się na zewnątrz niż w środku. Przy katedrze znajduje się niewielki park, bank (warto wymienić walutę – dobry kurs!) oraz kilka pozostałości po Majach. Obejrzawszy katedrę ruszamy na wybrzeże. Celem naszym jest to, aby przespacerować się wokół całego Flores. Okazuje się jednak, że nie jest to takie proste, gdyż bardzo wysoki poziom wody w jeziorze sprawia, że część promenady jest zalana… Nie zrażeni tym faktem, ruszamy. Trochę to chwilami kłopotliwe, ale można podziwiać niewielkie, urokliwe wyspy oraz wspaniałą panoramę jeziora. Po drodze zaglądamy jeszcze do informacji turystycznej. Okazuje się, że jest nieźle „wyposażona”, a co ważniejsze – bardzo pomocna. W końcu zachodzimy na obiad… dzień zbliża się ku końcowi, niemniej pora ruszać obejrzeć miasteczko Santa Elena, które leży po drugiej stronie mostu prowadzącego na wyspę, na której leży Flores. Co prawda może będzie jeszcze okazja, aby tu zajrzeć ale… lepiej iść wcześniej niż później. ☺ Santa Elena to miasteczko, które generalnie nie ma zbyt wiele do zaoferowania turyście. Jest niewielkie, raczej przypomina slumsy i pozornie nie wydaje się bezpieczne. To jednak raczej pozory. Mimo że – co tu ukrywać – nie ma tu zabytków, to warto tu zajrzeć chociażby, aby zrobić zakupy spożywcze (są markety przypominające polskie „Biedronki”) czy jakiekolwiek inne. Co ważne, wiele produktów (i wyrobów rękodzieła) jest tutaj dużo tańsze. Przykład: obiad przy dworcu autobusowym (fasola, ryż i kawał mięsa – baranina, kurczak, wieprzowina – do wyboru) kosztuje 15 quetzali (8 zł). Taki sam posiłek w restauracji we Flores (różnica polega na tym, że w restauracji dostaniemy na talerzu porcelanowym, a nie papierowym) kosztuje 70-100 quetzali (25-40 zł). Faktem jest, że turyści omijają okolice dworca szerokim łukiem (każą się wozić taksówką „idealanie na autobus”). Z pozoru faktycznie może wydawać się, że jest tu niebezpiecznie, ale to pozory. Jest czysto (jak tylko warunki pozwalają), infrastruktura miejska (toalety, ławki, drzewka, budki telefoniczne, itp.) nie jest absolutnie zniszczona (gdybym był złośliwy, napisałbym, żeby porównać z kilkoma polskimi dużymi miastami…), a to że ludzie śpią na ulicy (gorąco jest!) czy też bardzo ciekawi ich widok turysty (częściej chcą zagadać albo sobie zdjęcie telefonem zrobić, ale raczej nie krzywdę!) to nic niezwykłego. No nic, rozgadałem się. Pora wracać do hotelu. Spać, a rano ruszamy do Tikal…

Comments

comments