Kulturalny trójkąt Sri Lanki, część I: Kandy

Cztery dni wylegiwania się na plaży i dwa dni zwiedzania stolicy Sri Lanki. Wypoczęci ruszamy do serca wyspy, określanego często mianem Kulturalnego Trójkąta. Wystarczy spojrzeć na mapę Cejlonu, a następnie połączyć prostymi liniami miasta: Polonnaruwa, Anuradhapura i Kandy właśnie. Naszym oczom ukaże się trójkąt, w którym mieszczą się prawie wszystkie znajdujące się na Sri Lance miejsca wpisane na listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego UNESCO. Tutaj narodziły się pierwsze królestwa na Cejlonie. Trójkąt stanowił centrum życia kulturalnego, intelektualnego i ekonomicznego, aż do roku 1815, kiedy wyspą zawładnęli Brytyjczycy.

Pobudka wcześnie rano w Colombo. Prysznic, pakowanie. Jakoś tak trochę żal opuszczać bardzo wygodnego hotelu. Najbliższy tydzień spędzimy w warunkach nieco mniej luksusowych, ale za to bliższych tym, w jakich żyją przeciętni mieszkańcy Cejlonu. Dzień wcześniej kupiliśmy bilety na pociąg do Kandy. Wybraliśmy (trochę z ciekawości) najwyższą klasę pociągu tzw. Expo Rail. To prywatny przewoźnik, który oferuje niezwykle (nawet jak na standardy europejskie – nie wspominając o polskich) komfortowe warunki przewozu. Bilet w pierwszej klasie (innej nie ma) kosztuje nas 1800 rupii za osobę. Pierwsza klasa zaś stanowi doczepiany dodatkowy wagon do standardowego składu jadącego do Kandy. Wagon podzielony jest na dwie części: dla obsługi i dla pasażerów. Kiedy wchodzimy do pociągu, wita nas steward, który odbiera bagaż. Większe walizki trafiają na stelaże w przedniej części wagonu, a mniejsze można umieścić w schowkach nad fotelami, które do złudzenia przypominają te, znane z samolotów. Do dyspozycji podróżnych są 3 pokaźnej wielkości telewizory. Wagon jest w pełni klimatyzowany. Po zajęciu miejsc, obsługa rozdaje nam chusteczki odświeżające. Następnie serwowane jest śniadanie. Na zdjęciach niżej można zobaczyć, że skromne, ale bardzo smaczne. Kanapka + ciastko. Do tego kawa/herbata do wyboru. W zestawie jest też mała butelka wody mineralnej. Podróż mija miło, można obejrzeć film (jakoś nie potrafię sobie przypomnieć tytułu, ale był całkiem ciekawy i z angielskimi napisami) czasami za oknem da się zauważyć, że wjechaliśmy w góry. Dżungla jest gęsta, ale uskoki terenu sprawiają, że chwilami widzimy ogrom Sri Lanki. Po dwóch godzinach i trzydziestu minutach jazdy zatrzymujemy się na dworcu w Kandy. Standardowy ścisk, tłok w korytarzu prowadzącym do wyjścia. Setki osób chcą jak najszybciej opuścić dworzec, a uczynić można to jedynie przez dwie niewielkie bramki, przy których należy oddać swój bilet kolejowy – w celu kontroli. Łapiemy tuk-tuka. 300 rupii i jedziemy do naszego hotelu. Po drodze dogadujemy się z kierowcą, że następnego dnia wynajmiemy go wraz z pojazdem za 25 dolarów, w zamian za co obwiezie nas po wszystkich interesujących miejscach w Kandy i w okolicach. Zostawiamy rzeczy w hotelu, spacerujemy po mieście, małe zakupy i wizyta na targu. Następnego dnia z samego rana po śniadaniu kierowca wraz ze swoim tuk-tukiem melduje się pod naszym hotelem. Ruszamy zwiedzać Kandy. To niegdyś jedno z najpotężniejszych miast na Sri Lance było nazywane Sri Wardanapura lub też Kandy Ude Rate. Po podboju brytyjskim pełna nazwa wydała się Anglikom nazbyt długa i pozostał tylko jej pierwszy człon. Co ciekawe, jeśli dziś chcemy dojechać do miasta komunikacją miejską „lokalną”, czyli np. autobusem z okolicznych wiosek, to równie często jak słowo „Kandy” na pojeździe zamiast niego spotyka się „Maha Nuwara” co znaczy „Wielkie Miasto”. W ten sposób nazywają je bowiem miejscowi.

Centralnym miejscem w mieście jest najważniejsza buddyjska świątynia w tej części Sri Lanki, zwana Sri Dalada Maligawa przez Lankijczyków, a w Europie słynie jako Świątynia Relikwii Zęba Buddy. Dostanie się do jej serca – do wspomnianego zęba – nie jest rzeczą najprostszą. Nasz kierowca wysadza nas w okolicach pierwszej bramy. Najpierw musimy wejść na zewnętrzny dziedziniec. Aby się na niego dostać trzeba przejść przez dość drobiazgową kontrolę. Sprawdzany jest strój (musi zakrywać kolana i ramiona) oraz bagaże (nie wolno na teren kompleksu świątynnego wnosić broni, narkotyków, alkoholu, pornografii oraz strojów z nadrukami przedstawiającymi buddę, bogów hinduistycznych, a nawet chrześcijańskich świętych. Po wejściu na dziedziniec – niespodzianka. Można przy użyciu smartfona połączyć się z siecią Wi-Fi i skorzystać z darmowego przewodnika audio po całym kompleksie. Większość interesujących miejsc jest ponumerowana i wystarczy wybrać odpowiedni numer na stronie internetowej, z którą połączy się nasz telefon. Trzeba pamiętać koniecznie o słuchawkach! Cały kompleks nie obejmuje tylko świątyń, ale także pałac królewski, muzea, budynki użyteczności publicznej, jakie znajdowały się przy pałacu monarchy. Po przejściu przez pierwszą bramę idziemy bardzo długim dziedzińcem. Po drodze mijamy kilka pomników, w tym pierwszego premiera i „Ojca Narodu” Don Stephena Senanayake. W końcu docieramy pod mury właściwego kompleksu pałacowo-świątynnego. Stajemy w niezbyt długiej kolejce do zdjęcia budów. Oddajemy obuwie, dostajemy numerek i można ruszać zwiedzać. No tak, najpierw bilety. Jak zwykle osobna kasa (i cena! J) dla miejscowych i osobna dla obcokrajowców. Przechodzimy przez zewnętrzną świątynię i wchodzimy do właściwego sanktuarium. Świątynię Zęba Buddy wzniesiono najprawdopodobniej na początku XVII wieku, ale nie ma co do tego absolutnej pewności. Zwyczajnie nie wiadomo, co rozumieć pod słowem „świątynia”. W innym czasie powstało obecne sanktuarium, a w innym budynki przyległe np. pomniejsze świątynie czy pałac. Po przejściu przez świątynię, gdzie mieści się ząb (pielgrzymom pokazuje się jego replikę) ruszamy obejrzeć przyległe do niej Muzeum Zęba Buddy, które wzniesiono w roku 1984. Najciekawszym elementem w muzeum jest kolekcja obrazów, które powieszono pod sufitem po obu stronach głównego korytarza. Przedstawiono na nich historię relikwii – zęba. Autorzy podeszli do tematu bardzo precyzyjnie, gdyż historia zaczyna się wraz z narodzeniem Buddy, a kończy w wieku XIX wieku, kiedy Brytyjczycy zwrócili relikwię do świątyni.

Po zwiedzeniu muzeum wychodzimy na zewnątrz, a naszym oczom ukazuje się przeszklony korytarz, wewnątrz którego znajdują się półki, na których rzędami płoną lampki oliwne. Przechodzimy między płonącymi lampami i wchodzimy do Muzeum Słonia Raja. Ten prawdopodobnie najbardziej znany słoń na Sri Lance zmarł w roku 1988. Słynął z tego, że był ponadprzeciętnie duży. Co roku uczestniczył w świętach religijnych. Zakonserwowane zwierzę stoi w centrum specjalnej gabloty. Dookoła ułożono ozdoby i sprzęty wykorzystywane w czasie procesji ze słoniem oraz zdjęcia zwierzęcia z czasów świetności.

Spacerujemy po ogrodach otaczających pałac i powoli musimy zbierać się do wyjścia. Jeszcze rzut oka na muzeum archeologiczne i wracamy do naszego kierowcy. Celem naszym jest drugi najwyższy na Sri Lance posąg Buddy. Statua znajduje się kilka kilometrów od (a może lepiej napisać „nad”) Kandy, i już sama droga do niej jest niezwykle ciekawa. Jedziemy skrajem urwiska – widoki niesamowite. Na chwilę zatrzymujemy się, aby zrobić kilka zdjęć. W oddali widzimy ogromną skałę przypominającą do złudzenia Sigriję – o której będzie w jednym z kolejnych wpisów. Wspinaczka na posąg buddy (koszt biletu to bagatela 100 rupii!) jest przyjemna, ale dość niebezpieczna – mokre marmurowe schody a my musimy iść pieszo. W końcu docieramy na szczyt – posąg ma kilkadziesiąt metrów, a widok jest niesamowity. Widzimy Kandy oraz okoliczne wzgórza…

Nie chce się, ale wracamy. Nie, nie do Kandy. Wracamy do naszego Tuk-Tuka. Kilka kilometrów jazdy i zatrzymujemy się pod bramą cmentarza wojennego. Upamiętniono na nim tych Lankijczyków i mieszkańców Sri Lanki, którzy walczyli w czasie II wojny światowej. Nazwiska Anglików, Niemców, Holendrów – trochę dziwne, że nie ma żadnego Polaka. Jakoś trudno mi uwierzyć, że nasi rodacy tutaj nie dotarli. Zapewniają jednak miejscowi, że to niemożliwe, aby polskie nazwiska były wyryte na nagrobkach. Moje historyczne „zboczenie” na pewno kiedyś każe wrócić do tego problemu. J Kilkanaście minut na cmentarzu pozwala przekonać się, że miejsce to niemal idealnie oddaje to, co zwykło się określać w Europie „tolerancją religijną”. Tolerancją rozumianą w sposób słownikowy i nie myloną z „akceptacją”. Mamy groby chrześcijan- najróżniejszych wyznań, hindusów czy buddystów i jakoś nikomu nie przeszkadza, że znajdują się obok siebie, ale… da się wyczuć wyraźną granicę między poszczególnymi religiami. Jest tutaj szacunek wzajemny, ale już niekoniecznie hindusi są szczęśliwi, że nad wszystkimi grobami dominuje chrześcijański krucyfiks…

Opuszczamy cmentarz i kierujemy się do fabryki herbaty. Po drodze mijamy jedno z najbardziej niezwykłych muzeów jakie widziałem. „Przydrożne muzeum techniki”. Słowo „przydrożne” zostało przez Lankijczyków potraktowane w sposób ortodoksyjny. Oznacza to, że ustawiono przy drodze tabliczkę z informacją, że „zaczyna się muzeum”, a za tabliczką, wzdłuż tej samej drogi ustawiono najrozmaitsze pojazdy mechaniczne. Nie ma tutaj biletów, nie ma tras zwiedzania. Zwiedza się, jadąc samochodem/tuk-tukiem/rowerem lub innym pojazdem po drodze. Pomysł przyznać trzeba genialny w swej prostocie.

W końcu zatrzymujemy się przed fabryką herbaty… Być na Sri Lance i nie odwiedzić miejsca, gdzie produkuje się najbardziej znany towar eksportowy Cejlonu trudno sobie wyobrazić. Zwiedzanie nic nie kosztuje. Obejrzeć można cały proces produkcji herbaty. Wszystko zaczyna się od ogromnej sali na poddaszu, gdzie suszą się liście herbaty. Oczywiście wcześniej zostają one posegregowane. Po wysuszeniu trafiają do kontroli jakości, następnie segregacja, ponowne sprawdzanie, czy nie zostały żadne odpadki i pakowanie. Zwiedzanie kończymy na degustacji herbaty i robimy niewielkie zakupy. Pół kilograma doskonałej herbaty kosztuje średnio 1000 rupii. Oczywiście są tak droższe, jak i tańsze odmiany. Zaopatrzeni w herbatę wracamy do Kandy. Bardzo intensywny dzień dobiega końca, pora pomyśleć o obiedzie. Jak zwykle szukamy miejscowego zakątka, gdzie serwuje się lokalne potrawy. Rice & curry, a do tego mięso. Jemy, obserwujemy życie w mieście. Oglądamy małpy, które opanowały nieodległe drzewo, aligatora w jeziorze oraz warany, które wygrzewają się w popołudniowym słońcu…

Comments

comments