La Paz – miasto w chmurach z więzieniem w swoim sercu

W poszukiwaniu obiadu dotarliśmy do niewielkiej restauracji tuż przy kościele pod wezwaniem świętego Franciszka. Lokal bardzo ładny, a ceny niesamowicie niskie. Za 4 daniowy obiad płacimy około 10 zł. Niesamowite wydaje się, że można tak wiele dań otrzymać za tak niewielką kwotę. Poniżej kilka zdjęć – każde przedstawia inne danie. Naturalnie rozpoczęliśmy od przystawki i zupy, następnie dwa dania główne, deser. Summa summarum, przy deserze już nie było sił na konsumpcję. Nie mogę przestać się dziwić, jak to możliwe, że to kosztuje tak mało…

Po obiedzie wspinamy się ponownie w kierunku dworca autobusowego. Bierzemy taksówkę. Naszym celem jest dotarcie do co najmniej kilku punktów widokowych górujących nad La Paz. Tak niezwykłe miasto musi z góry wyglądać niesamowicie – jak się okaże, nie zawiedziemy się pod tym względem. Najpierw negocjacje z taksówkarzami. Taksówkarz to chyba najbardziej niezwykły zawód na tej planecie. Można odnieść wrażenie, że każda osoba, która prowadzi taksówkę, jest połączona w metafizyczny sposób z innymi kierowcami. Niezwykłe zaś jest to, że nieważne, czy bierzemy taksówkę w Madrycie, Warszawie, Delhi czy La Paz – zawsze możemy być pewni dwóch rzeczy: 1. Cena dla turysty będzie zawsze nieco inna niż dla miejscowych, 2. Taksówkarz nie będzie miał wydać reszty. O ile w kwestii drugiej można się zabezpieczyć, mając przy sobie drobne, to rozwiązanie problemu numer jeden wymaga już nieco więcej wysiłku. Poradziliśmy sobie z tym w sposób następujący. Najpierw grzecznie maszerujemy do punktu informacji turystycznej. Pytamy tam ile powinna kosztować taksówka do interesujących nas miejsc. Następnie wiedzę tę potwierdzamy w co najmniej jednym niezależnym źródle (idealnie – w kantorze/barze). Dlaczego wymagane jest potwierdzenie/weryfikacja wiedzy z informacji turystycznej/kasy biletowej? Otóż często zdarza się, że… korporacje taksówkarskie „współpracują” (mówiąc inaczej opłacają) z pracownikami tychże instytucji. Szansa zaś na to, że taksówkarz współpracuje z właścicielem kantoru jest nikła (aby nie powiedzieć, że żadna). W naszym przypadku wiedza uzyskana w punkcie informacji turystycznej jak najbardziej się potwierdza. W przeliczeniu nasz kurs nie powinien kosztować więcej jak 10 zł do każdego z interesujących nas miejsc. Krótkie negocjacje (z podkreśleniem, że znamy cennik) i wsiadamy do pojazdu.

Ruszamy! Celem pierwszym jest Mirador Killi Killi. Punkt widokowy wznosi się na wysokość prawie 3700 m n. p. m. Rozpościera się z niego wspaniała panorama miasta. Platforma zapewnia widok niemal na 360 stopni wokół nas. Wchodząc na punkt widokowy, mija się rodzaj łuku triumfalnego. Miejsce to jest ważne nie tylko z turystycznego, ale także z historycznego punktu widzenia. Tutaj został skazany na śmierć poprzez poćwiartowanie dowódca antyhiszpańskiego powstania Tupac Katari. Miało to miejsce pod koniec XVIII wieku. Robimy kilka zdjęć i ruszamy do Mirador Alto Pampahasi. Punkt widokowy położony wyżej po ponad 3800 m n. p. m. To miejsce ma także znaczenie historyczne oraz religijne. Od niepamiętnych czasów było ono miejscem kultu Pachamamy. Do dziś odbywają się tutaj ceremonie na jej cześć. Znów za mało czasu, aby się „napatrzeć”. Ponieważ niedługo będzie ciemno, musimy zdecydować gdzie pojechać. Możliwości jest kilka – który punkt widokowy wybrać? Decydujemy się ostatecznie na Mirador Jacha Apacheta. Wybraliśmy go z kilku powodów. Po pierwsze jest to najwyżej położony punkt widokowy w La Paz (4100 m. n. p. m.), a po drugie rozciąga się stąd niezwykły widok na wiecznie ośnieżone szczyty Cordillera Real.

Wracając z punktów widokowych, przechodzimy koło chyba najbardziej niezwykłej „atrakcji” La Paz. Stanowi ją zlokalizowane w centrum miasta więzienie nazywane San Pedro. Więzienie jest chyba najbardziej niezwykłą „instytucją” tego typu na naszej planecie. W istocie to „miasto w mieście”. Podzielone jest ono na sektory, a każdy ma nieco inny standard „życia”. Najbiedniejsi więźniowie zajmują przeludnione cele o bardzo niskim standardzie. Jeśli więźniów zaś na to stać, mogą „wykupić sobie” cele przypominające standardem całkiem przyzwoite hotele (telewizja satelitarna, prywatna łazienka czy Internet są wliczone w cenę „celi”). Generalnie na teren więzienia wchodzić nie wolno (chyba, że jest się członkiem rodziny któregoś z osadzonych, wówczas można tutaj bywać tak często, jak mamy na to ochotę). Na terenie zakładu karnego panuje zasada, że każdy musi zapracować na swoje utrzymanie. Więźniowie prowadzą więc „mini” biznesy (nawet budki z jedzeniem!). Więzienie San Pedro posiada nawet… własną ligę piłki nożnej. Każdy sektor posiada „reprezentację”, a mecze rozgrywają się na największym placu w tym „minimieście”. Więzienie stało się sławne dzięki książce pt. „Marching Powder”, która została wydana w roku 2003, a jej autorem jest Rusty Young. Powstanie tej książki to dość niezwykła historia. Wszystko zaczęło się, gdy do więzienia w połowie lat dziewięćdziesiątych za przemyt narkotyków trafił Brytyjczyk: Thomas McFadden. Przedsiębiorczy obywatel Zjednoczonego Królestwa zorganizował coś na kształt biura turystycznego. Załatwiał dla zamożnych turystów zaświadczenia, że są oni członkami rodzin skazanych, a następnie organizował im „wycieczki po więzieniu”. Wszystko byłoby wspaniale i interes zapewne kręciłby się do dziś, gdyby jednym z takich „turystów” nie był wspomniany autor książki. Panujące tutaj zwyczaje (zwłaszcza fakt, że „turyści” mogli bez ograniczeń kupować bardzo tanio kokainę, która była tu produkowana) opisał on ze szczegółami. Władze, które dotychczas tolerowały praktyki „biura turystycznego” podjęły stanowcze kroki i zakład bardzo dokładnie jest od tamtej pory pilnowany.

Pora wracać do hotelu. Jutro o 5 rano ruszamy z powrotem do Chile. Naszym celem będzie Arica! Pojedziemy jedną z najbardziej niezwykłych dróg w Ameryce Południowej, która prowadzi przez samo serce Andów… Piękne widoki gwarantowane!

Comments

comments