La Soufrière znaczy „ujście siarki”

Najwyższym szczytem Małych Antyli jest wulkan La Soufrière. Nazwa wulkanu „ujście siarki” idealnie pasuje do tego miejsca. Siarki jest na szczycie mnóstwo, wybucha, czasami płonie, osadza się na wszystkim dookoła, a chwilami jej woń jest wręcz dusząca. Momentami można ją wyczuć już od podnóża góry. Zobaczenie tego miejsca to punkt obowiązkowy dla każdego low-costowego podróżnika odwiedzającego Gwadelupę.

Pobudka jak zwykle wcześnie rano. Wcześnie, no może jest to pojęcie względne. Pobudka po 7. Po przebudzeniu stwierdzam, że coraz lepiej radzę sobie z walką z moskitami, bo nie czuję pogryzień na ciele. Miła odmiana. Wczorajsze ich wieczorne mordowanie przy użyciu elektrycznej packi zaowocowało. Śniadanie: owoce, doskonały tradycyjny chleb, jakieś słodkie przeciery produkcji miejscowej. Wszystko smaczne, zdrowe i bardzo syte. Miło. Po śniadaniu można poczytać. Lektura na dziś to stara, bardzo znana książka Arkadego Fiedlera. Jedząc śniadanie obserwować można coś, co musiało się stać. Załamanie pogody. Leje, bardzo leje. W kilka chwil po wszystkim dookoła spływa woda. Kwiaty uginają się od jej nadmiaru. Chyba tylko jaszczurki są zadowolone. Mimo to ruszamy. Najpierw samochodem (dzięki należy oddawać mądrym ludziom, że wymyślili napęd 4×4 w samochodach terenowych) prawie godzinny podjazd. Poza własnym środkiem transportu praktycznie nie ma tu innego sposobu, aby dotrzeć. Komunikacją miejską można się dostać do Saint-Claude, bądź Gourbeyre, ale wtedy samo podejście pod wulkan jest czasochłonne i bardzo nużące. Nie chodzi o kondycję fizyczną lecz o… to, że trzeba kilkanaście kilometrów pokonać w dość płaskim terenie. La Soufrière to szczyt wysoki – 1467 metrów (wikipedia angielska podaje 1234 metry, choć chyba powinno się przyjąć wersję miejscowych). Może nie brzmi to imponująco, ale pamiętać trzeba, że jesteśmy na stosunkowo niewielkiej wyspie. Wulkan jest aktywny. Kolejne jego erupcje wyznaczają lata: 1718, 1821, 1902, 1971 i 1976. Erupcja z 7 maja, roku 1902 pociągnęła za sobą śmierć 1680 osób. Po wybuchu w 1976 roku 80 000 mieszkańców zostało ewakuowanych na kilka miesięcy, a niektórzy z nich do swoich domostw mogli powrócić dopiero po kilku latach. W czasie wspinaczki, daje on znać, że tylko śpi… Na szczęście dziś można już dość dokładnie przewidzieć eksplozję wulkanu, co nieustannie kontroluje obserwatorium wulkanologiczne w Mont Houelmont w Górach Karaibskich. Samochodem udaje się dojechać do parkingu u stóp wulkanu (zorganizowane wycieczki mogą podjechać jeszcze trochę wyżej), który jednocześnie stanowi wejście Parku Narodowego. Dookoła odnaleźć można liczne gorące źródła a kąpiel w nich to prawdziwa przyjemność. Jedno z nich (z dość dużym basenem) znajduje się przy samym parkingu. Skorzystać trzeba z niego będzie w drodze powrotnej. Wspinaczka. Najpierw jungla. Gęsta, dość strome podejście. Podziwiać można kwiaty, roślinność tropikalną. Park narodowy a dotknąć można niemal wszystkiego. Miłe. Po przejściu około 20 minut wychodzi się na płaskowyż. Gdyby nie deszcz, nisko wiszące chmury i brak słońca byłoby widać wulkan w całej okazałości, a poza nim przy dobrej widoczności wspaniałe wybrzeże i praktycznie wszystkie wyspy Gwadelupy. No nic. Widać tylko zarys szczytu. Ale to i tak imponujący widok. Około 2 kilometrów trzeba iść płaskowyżem i dochodzi się do podstawy właściwego wulkanu. Znów wspinaczka. Już nie ma jungli, roślinność wyraźnie się zmienia. Coraz niższe rośliny, coraz więcej mchu. Mech to roślina niezwykle ciekawa w tych okolicach. Jest go wiele gatunków i każdy ma nieco inne właściwości. Szkoda, że pogoda okropna możnaby tyle podziwiać widoków. A tak to tylko dużo błota. Bardzo dużo. Buty trekkingowe ledwo dają radę. Cóż, miejscowy urok, w końcu ludzie przyjeżdżają tu głównie na plaże a nie po to, aby chodzić po górach. Łatwo poślizgnąć się na mokrych skałach. W końcu po około 2 godzinach wspinaczki w deszczu, mimo przemoczenia i zziębnięcia (na dole było 25 stopni a tu może kilkanaście) udaje się osiągnąć szczyt. Właściwie to jest to kilka szczytów, kilka kraterów. Kierujemy się do krateru południowego. Widać erupcje siarki, wybuchy, chwilami duszący zapach. Mimo, że wulkan jest pokryty chmurami i tak robi wrażenie. Stąpa się tutaj po skałach wulkanicznych, można przyjrzeć im się z bliska. Można je rozetrzeć a następnie natrzeć skórę. Maź mieni się różnymi kolorami: szaro-metalicznym (najlepsza), różowa, błękitna, żółto-brązowa. Podobno (tak zapewniają miejscowi) to doskonała maseczka i znakomity środek poprawiający cerę. W każdym razie kolorowym mazidłem należy natrzeć sobie twarz, a umyć się dopiero u podnóża w ciepłym źródle. Prawie godzinę udaje się wytrzymać na szczycie. Coraz zimniej. Trzeba wracać. Zejście nie jest rzeczą najłatwiejszą bo ślisko i zimno. Można jeszcze raz podziwiać rośliny, chmury które przesłoniły okoliczne doliny. Trzeba jednak zaznaczyć, że la Soufrière to cały masyw, w którym można podziwiać wspaniałe wodospady, strumienie i rzeki, a także wybrać liczne trasy górskie o różnym stopniu trudności (np. drugim kraterem, oddalonym o około 2 godziny drogi od parkingu jest Citerne). Udaje się zejść szczęśliwie i odpocząć. Odpoczynek zaś jest niezwykle przyjemny bo… można wykąpać się w gorącym źródle. Ech… jakie to przyjemne, temperatura powietrza to około 16-18 stopni a wody około 30 stopni. Nie chce się wychodzić. Stanowczo się nie chce, ale trzeba. Szybkim krokiem w przemoczonym ubraniu biegnę do samochodu. Zastnawiam się czy nie wrzucić ubrania do gorącego źródła i nie założyć na siebie, zawsze to trochę cieplej. Trzeba jak najszybciej zjechać, im niżej tym cieplej. Ubranie powoli schnie…

Powrót do Petit-Bourg minął szybko. Znów mijamy postument przedstawiający Krzysztofa Kolumba. Zegarek pokazuje godzinę 17tą. Niedługo będzie ciemno. Kolacja. Dzisiaj ziemniaki. W Wielkopolsce (albo inaczej pyrlandi) ziemniak to rzecz niezwykle istotna. W Polsce znany jest zasadniczo jeden gatunek ziemniaka. Tutaj aż cztery i każdy smakuje nieco inaczej, każdy ma nieco inny kolor i nieco inną konsystencję. Mamy zatem patate douce, czyli bataty. W smaku i wyglądzie najbardziej przypominają gatunek polski, a wyróżnia je to, że mają różowawą skórkę. Kolejne dwa to igname i madère. Są to określenia miejscowe, bowiem słowem igname (yam, „niam” – czyli jeść), często określa się wszystkie jadalne rośliny bulwiaste. Te trzy gatunki rosną w ziemi. Czwartym jest fruit-á-pais, czyli owoc z drzewa chlebowego. Ciekawe, cztery gatunki ziemniaka i można się najeść tylko ziemniakami. Co więcej nie chce się jeść nic innego. Bardzo smaczne. Codzienny rytuał wieczory czas zacząć. Najpierw prysznic, potem czytanie, pisanie, zgranie zdjęć przejrzenie filmów. Potem walka z moskitami i pora iść spać….

Comments

comments