Lima – pierwsze spotkanie ze stolicą Peru

Rzadko się zdarza, abym po 40 godzinach w podróży odczuwał taką nieodpartą ochotę nie na odpoczynek, ale na zwiedzanie. Udało się mi zwiedzić kawałeczek świata i jedna z najważniejszych rzeczy, jakich się nauczyłem to to, że organizm ma swoje prawa i nie można go przeciążać – niezależnie od wieku. Świat jest ogromny i musi on na długo wystarczyć, aby docierać do jego najodleglejszych zakątków. Poza tym… o ileż przyjemniej się zwiedza będąc wypoczętym. Są jednak takie miejsca, dla których odchodzi się od utartych reguł, miejsca które mają specjalne względy. Takim miejscem jest Lima. Z dworca autobusowego łapiemy taksówkę za 8 soli (w sumie można by iść te półtorej kilometra pieszo, ale szkoda czasu!) i do hotelu. Szybkie zameldowanie się, prysznic (ciepła woda jest!) i ruszamy na miasto. Ekscytacja tym, że Lima czeka sprawia, że nie zauważam pewnych „niedociągnięć” hotelu takich jak np. brak ogrzewania…

Nasz hotel znajduje się stosunkowo blisko centrum – do większość miejsc można dojść na własnych nogach. Plan na dziś jest dość prosty: obejrzeć Plac Centralny oraz przylegające do niego (bezpośrednio!) zabytki. Czasu mamy niewiele (zbliża się południe), ale trzeba być dobrej myśli. Celem naszym jest centrum starej Limy, czyli mówiąc inaczej Centro Histórico. Najstarsze zabytki tutaj się znajdujące, pamiętają pierwszych konkwistadorów. Stara Lima została wpisana w całości na listę światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO. Ponieważ czasu mamy mało, skupić się postanawiamy dziś tylko na Plaza Mayor. Inna nazwa tego placu to po prostu Plaza de Armas (jak większość centralnych placów w miastach w Ameryce Południowej). Początki tego miejsca sięgają czasów Francisca Pizarra, który miał osobiście wytyczyć jego granice. Pizarro starał się przy wytyczaniu placu zachować wszelkie wymogi, jakie stawiano przed tego typu konstrukcjami tak w Hiszpanii, jak i w koloniach. Opierając się na wytycznych króla założył plac, a odchodzące od jego czterech boków regiony nowopowstałego miasta podzielił na cztery „strefy wpływów”. Obszar na północ od placu zarezerwował na potrzeby konkwistadorów (w praktyce na swoją siedzibę). Aby zagwarantować sobie życie wieczne, tereny na południowej stronie placu oddał kościołowi. Struktura taka zachowała się do dziś czego wyrazem są stojące naprzeciwko siebie Pałac Prezydenta Peru oraz Katedra – siedziby władz świeckiej i biskupiej. Pozostałe części placu oddano rajcom miejskim oraz mieszkańcom.

W centrum placu znajduje się zbudowana w roku 1651 fontanna, która obecnie jest najstarszą oryginalną budowlą w Limie. Wszystkie inne zostały zniszczone przez któreś z trzęsień ziemi. Fontanna robi spore wrażenie. Jak przed laty, woda delikatnie tryska w górę, a opadając, obmywa marmurowe ciała rzeźb ją tworzących… Stojąc przy niej, zastanawiamy się od czego zacząć zwiedzanie. Wybór jest dość trudny, a czasu niewiele. Decyzja. Ruszamy do katedry. Niestety nie pamięta ona czasów pierwszych konkwistadorów, gdyż oryginalną budowlę zniszczyło trzęsienie ziemi. Obecną konstrukcję budowano prawie dwa wieki, bo zaczęto budowę w połowie XVI, a ukończono w połowie XVIII wieku. Po wejściu do środka podziwiać można trzy nawy oraz harmonijną konstrukcję. Z katedrą wiąże się też historia, która pokazuje, że czasy konkwistadorów nie przeminęły – wręcz przeciwnie, wrócili oni do katedry. W latach 80tych XX wieku narodził się pomysł, aby rozczłonkowane ciało najbardziej znanego z konkwistadorów przenieść do katedry i złożyć pod posadzką. Nie bez protestów udało się uroczyście złożyć czaszkę oraz korpus Pizarra pod podłogą katedry – dziś można zobaczyć to miejsce niedaleko wejścia. Obok katedry po lewej stronie znajduje się Pałac Arcybiskupi. Architektem, który wzniósł fasadę świątyni był (mający dziwnie swojsko brzmiące nazwisko) Ryszard de Jaksa Małachowski. Trzeba przyznać, że polskiemu (no dobrze, półpolskiemu) inżynierowi udało się dokonać rzeczy zwalającej z nóg. Mauretańskie balkony harmonijnie współgrają z rzeźbami wykonanymi przez miejscowych artystów. Nieźle sobie to nasz rodak wykombinował. Połączyć styl arabski, europejski i kolonialny… niestety trwa renowacja (któraś już z kolei – bo niestety misterne wykończenia, mimo że kamienne, nie są zbyt trwałe przy tutejszym klimacie i wiatrach) i nie można przyjrzeć się dokładnie wszystkim detalom. Oglądanie robotników przy pracy, potomków budowniczych Machu Picchu, którzy w imię wyższych celów wiszą kilkanaście metrów nad ziemią na wątłych linach i milimetr po milimetrze konserwują rzeźby – samo w sobie jest ciekawe. Nad nimi groźnie na plac spogląda zamknięty w kamiennym posągu Turybiusz de Mogrovej – XVII-wieczny biskup Limy, który jest nadal żywo obecny w pamięci mieszkańców, gdyż wsławił się jako obrońca ciemiężonych Indian przez władzą hiszpańską. Pałac który skrywa się za rusztowaniami budowano prawie 300 lat. Wewnątrz mieści się muzeum. Same wnętrza pałacu, nawet gdyby pozbawić je jakichkolwiek wystaw byłyby warte wydanych pieniędzy na bilet. Obejrzeć tu zaś można, oprócz architektury, także najlepsze przykłady sztuki sakralnej z okresu od XVI do XVIII wieku.

Po obejrzeniu tego, co przy placu należy do kościoła, ruszamy w stronę przeciwną. Celem naszym jest Palacio de Gobierno, który pełni funkcję Pałacu Prezydenckiego. Przed południem odbywa się tutaj zmiana warty (którą jutro przyjdziemy obejrzeć). Niestety pałac jest niedostępny dla zwiedzających. Strzeże go nieustannie wojsko i policja. Mimo to warto przyjrzeć mu się z zza ogrodzenia. Gmach obecnie stojący wzniesiono w drugiej połowie lat 30tych XX wieku. Jest mieszanką baroku z neoklasycyzmem. Patrzymy, patrzymy i  powoli robi się ciemno. Rzut oka na miejski ratusz i pora wracać do hotelu. Dwa dni w podróży jednak dają znać o sobie… Jutro czeka nas bardzo intensywny dzień. Lima jest ogromna, a czasu mało!

Comments

comments