Lima znaczy nieustający karnawał. Kilka refleksji, obserwacji i zabytków

Lima to miasto karnawału. Nie chodzi o to, że tutaj nie ma podziału na okres postu i okres zabawy, na sacrum i profanum. Wręcz przeciwnie. Jeśli miałby wskazać, gdzie taki podział jest najbardziej widoczny to oprócz krajów arabskich i kilku regionów Azji Centralnej wskazałbym właśnie Amerykę Łacińską z Limą na czele. Niemniej w większości miast tej części świata nigdy nie brakuje pomysłu (ani chęci) do zabawy. Trzeba zaś wiedzieć, że kiedy Peruwiańczycy się do czegoś zabierają, robią to z właściwą dla siebie pasją i z typowym dla tej nacji rozmachem. Jeśli się modlą – trudno znaleźć bardziej żarliwe modlitwy, jeśli płaczą – nie ma żalu większego niż tutaj, a jeśli się bawią, to wraz z nimi bawi się cały kraj, zarówno jego „żywa” część (do zabawy zaprzęga się – czasami dosłownie – nawet zwierzęta i rośliny) oraz ta „mniej ożywiona” – budynki, ulice, pojazdy a nawet… zmarli.

Wstaliśmy wcześnie. Mimo że w Ameryce Południowej mamy zimę (tak za oknem, jak i w hotelowym pokoju – jakoś nikt nie wymyślił ogrzewania w tym kraju?!), Lima nie pozwala długo pospać. Skromne hotelowe śniadanie (właściwie to namiastka śniadania) i ruszamy zwiedzać. Zresztą – jeśli macie możliwość, bierzcie hotele bez śniadania. Po pierwsze zaoszczędzicie na noclegu, po drugie za ułamek tego, co wydalibyście na śniadanie hotelowe, zjecie posiłek na ulicy, a – zapewniam – będzie on zarówno świeższy jak i stokrotnie smaczniejszy niż hotelowa breja.

Cel na dziś: wyjść poza ścisłe centrum miasta, poszukać zabytków Limy czasów wielkich konkwistadorów, poza obrębem najbardziej „turystycznym”. Wychodzimy z hotelu i… bardzo szybko okazuje się, że trudno będzie zrealizować zadanie na dziś. W mieście trwa karnawał. Jaki jest powód zabawy? Ot, taki tylko, że uczniowie z różnych szkół elementarnych organizują pochody, w czasie których rywalizują, która ze szkół jest najlepsza, ma najpiękniejsze i najbardziej fantazyjne stroje, najciekawsze pomysły na iluminację. To tylko jedna część. Oprócz tego odnieść można wrażenie, że dzieci zainspirowały dorosłych, którzy także w pełnym ferworze zabawy rywalizują ze sobą. Zanim wejdziemy w tłum rozbawionych ludzi, chcemy kupić bilety na jutro do Cusco. Ruszamy na dworzec i, oprócz sympatycznych lam oraz kilku monumentów (zdjęcia niżej), możemy poobserwować życie ludzi. Zwykłych ludzi. O ile uważa się, że Ameryka Południowa jest obszarem dość biednym, to jakoś ta bieda ma tutaj wyjątkowo kolorowy charakter. Zadziwia wręcz czasami pomysłowość ludzi, którzy wymyślają zawody/profesje/sposoby zarabiania, które nigdzie indziej nie miałyby racji bytu.

O ile maksyma „kto nie pracuje, ten nie je” – jakkolwiek słuszna – w Europie została zamordowana przez np. pomoc społeczną, to w tej części świata jest jak najbardziej nie tylko żywa, ale wręcz jest jedną z podstawowych zasad współżycia społecznego. Ciekawa rzecz. Zazwyczaj w jakimś stopniu pracę próbuje pożenić się z zabawą. Przyjrzyjmy się ulicy. Mi szczególnie przypadł do gustu właściciel pewnej lalki, która śpiewała, tańczyła, opowiadała dowcipy i… zabawiała kierowców. Czy to pomysłowe? Jak najbardziej! Czy „produktywne”? Oczywiście! A czy skuteczne? I to jak! Rozbawiony kierowca, który po kilkudziesięciu minutach w korkach stolicy Peru ma okazję się pośmiać/zdziwić albo po prostu oderwać od rzeczywistości nie szczędzi paru groszy, aby obdarować takiego „samozatrudnionego” miłego przerywnika w nudnym i czasami stresującym dniu. A że Latynosi śmiać się kochają to… zawód posiadacza kukiełki wpisuje się niemal idealnie w krajobraz (i potrzeby) Limy i jej mieszkańców.

Wracamy do centrum miasta. A tam cały czas trwał „karnawał”… Próba dopytania o co właściwie chodzi jest tyleż bezcelowa, co pozbawiona sensu. Kto by się zastanawiała nad powodem zabawy? Skoro zabawa jest to trzeba się bawić! Jutro pójdzie się do kościoła, Pan Bóg odpuści ewentualne grzechy, no ale dzisiaj się bawimy. Można odnieść wrażenie, że im bardziej pstrokate stroje, im bardziej nawiązujące do czasów kolonializmu (oraz mody znanej np. w Hiszpanii w XIX wieku), tym lepiej. Ciekawe jest również coś innego. Zabawa zabawą, ale w tym wszystkim jest nutka powagi. Kiedy trzeba wypiąć pierś i zaprezentować barwny strój oraz to jaką instytucję/organizację się reprezentuje to… uśmiech znika, pojawia się powaga i duma z reprezentowania określonej społeczności. Szkoła/firma czy organizacja to przede wszystkim społeczność. Skoro społeczność mi zaufała i mam ją reprezentować, to nieważne jak lichy byłby mój strój i jak mało kolorowy w porównaniu z innymi, moim obowiązkiem jest go z dumą i powagą zaprezentować! I prezentują, przez ten krótki moment, kiedy wszystkie oczy w Limie, kamery telewizyjne i cała uwaga jest skupiona na pojedynczej reprezentacji pojedynczej instytucji wówczas… na chwilę znika uśmiech, pojawia się powaga i duma. Wszyscy się bawią z wyjątkiem tych kilkunastu/kilkudziesięciu osób, na których skupiona jest cała uwaga. Kiedy uwaga ogółu się rozprasza/przenosi na innych, wraca uśmiech, wraca zabawa, wraca chęć pozowania od zdjęć i pojawia się znów dziwnie zorganizowany chaos.

A potem trwał karnawał, trwał i trwał….

Comments

comments