Miraflores – czyli w nadziei na spotkanie Mario Vargasa Llosy

Miraflores to najpewniej najbardziej znana dzielnica poza ścisłym centrum Limy, tzw. Starą Limą. Dzielnica ta znana jest jako „luksusowa” dzielnica Limy, bardzo kontrastuje ze Starym Miastem. Po drugie tutaj mieszka i tutaj akcję swoich powieści często osadza prawdopodobnie najbardziej znany peruwiański pisarz, Mario Vargas Llosa. W Miraflores zatrzymuje się wielu turystów, którzy pragną wypocząć. Bliskość Oceanu sprzyja temu, a co więcej hotele tutaj zbudowane są po prostu bliższe europejskim standardom. Jest w nich ciepła woda i panuje czystość i porządek. Nie zawsze niestety (a właściwie często) jest to regułą w hotelach umiejscowionych w Starej Limie. Trudno jednak się temu dziwić. Kolonialna zabudowa nie sprzyja temu, aby cokolwiek remontować, a wykonanie nawet najprostszych prac budowlanych może… naruszyć konstrukcje budynków. Trudno bowiem przewidzieć co się znajduje pod nimi, na jakim gruncie je zbudowano i czy przypadkiem nie postawiono ich na ruinach starszych gmachów. W Miraflores toczy się bardzo bujnie życie nocne i, co nie mniej ważne, bliskość oceanu sprawia, że powietrze jest tutaj znacznie bardziej rześkie i jest po prostu chłodniej w czasie letnich upałów.

Poznawanie Miraflores rozpoczynamy od Parque del Amor, czyli Parku Miłości. Znajduje się on nad samym brzegiem oceanu na wysokiej skarpie. Rozpościerają się stąd niesamowite widoki na morze. Park założono w roku 1993. W centrum parku znajduje się rzeźba nazywana El Beso, co znaczy „pocałunek”. Wykonał ją jeden z najbardziej znanych miejscowych artystów: Victor Delfin. Artysta nie był zbyt skromnym człowiekiem, gdyż rzeźba przedstawia samego twórcę, który całuje się z małżonką. Park jest otoczony ławeczkami, które do złudzenia przypominają te,znane z Park Guell w Barcelonie, które wykonał sam Gaudi. W weekendy są one oblegane przez… nowożeńców.

Po obejrzeniu parku (dużo czasu na to nie mieliśmy niestety) ruszamy na punkt widokowy, który góruje nad Limą. Jest nim wzgórze, na którym zbudowano pomnik Chrystusa, który jest nazywany Chrystusem Pacyfiku. Nie wiem, czy to jakieś skrzywienie, ale bardzo lubię punkty widokowe z ogromnymi posągami. Rio de Janeiro, Santiago de Chile, Gwatemala… można by tak długo wymieniać. Tutaj kolejny! Posąg wznosi się na wzgórzu San Pedro, nie jest ono wysokie, wręcz niewielkie, ale tutaj to „niewiele” nabiera innego znaczenia, gdyż… jesteśmy nad oceanem! Zatem to 710 metrów trzeba liczyć niemal od podstawy góry. Posąg Chrystusa Zbawiciela ma ponad 34 metry wysokości. Ustawiono go na 15 metrowej wysokości cokole. Sam posąg nie grzeszy urodą (zbudowano go w 2011 roku), ale ze wzgórza rozpościera się fenomenalny widok na Limę…

Można by tak stać i patrzeć, my jednak musimy wracać. Jest już ciemno, a włóczenie się po przedmieściach dowolnego południowoamerykańskiego miasta po zmroku nie jest zbyt mądre. Jednak dla takich widoków warto podjąć ryzyko. Poza tym ja chyba mam generalnie szczęście w podróży, bo jeszcze nigdy nic złego mi się nie stało (nikt mnie nie okradł, nikt nie napadł, nikt nawet za bardzo nie próbował naciągnąć – tzn. nie bardziej niż dopuszcza to „obyczaj” – no, ale dobrze, nie będę krakał, bo wykraczę 🙂 ). Wracamy do Limy. Pięknie prezentuje się plac centralny po zmroku. Kilka zdjęć, kolacja na mieście (jak zwykle na ulicy) i powoli trzeba wracać do hotelu. Jutro opuścimy stolicę Peru, a swoje kroki skierujemy do jednego z najbardziej znanych miejsc na naszej planecie, do miejscowości, która jest punktem obowiązkowym na mapie marzeń każdego podróżnika: jutro jedziemy do Cusco!

Comments

comments