Oaxaca — jedno z najpiękniejszych meksykańskich miast

Opuszczamy Pueblę i autobusem ADO ruszamy w 350-kilometrową podróż na południe. Naszym celem jest miasto Oaxaca de Juárez, które mało kto tytułuje pełną jego nazwą. Oaxaca to miasto, którego nazwę równie trudno wymówić poprawnie (czyli tak jak miejscowi), podobnie jak dla nie-Polaka brzmi słowo „Chrząszczyce”. Niemal niemożliwe, a jednak po dłuższym ćwiczeniu wykonalne. Autobus nieco mniej wygodny niż poprzednio, kupiliśmy bilety drugiej klasy. W południe dojeżdżamy w końcu na miejsce. Wysiadamy na nowoczesnym dworcu i łapiemy taksówkę do naszego hotelu.

Wybraliśmy lokum nieopodal centrum miasta. Nie najnowszy, ale w gruncie rzeczy urządzony w stylu prawdziwej hacjendy, urzekający swoim postkolonialnym charakterem obiekt przypadł mi do gustu. Zostawiamy rzeczy, szybki prysznic i ruszamy zwiedzać. Miasto ma typowy dla kolonialnej osady charakter. Centrum zajmuje plac, który w przeszłości służył do ćwiczeń wojskowych, a dziś nosi po prostu miano: Zocalo. Nazwa miasta znaczy dosłownie „miejsce, gdzie rosną tykwy”. Bardzo szybko dostrzeżono niemal idealne klimatyczne położenie miasta. Ani za ciepło, ani za zimno, powietrze bardzo zdrowe, a wysokość 1500 m n.p.m. i położenie niemal w sercu Meksyku sprawiło, że dostrzeżono jego walory tak krajobrazowe, jak i zdrowotne, a w końcu też polityczne.

Opuszczamy hotel i staramy się wtopić w niezwykle kosmopolityczny tłum. Jakby więcej tu Indian niż w innych miastach, architektura kolonialna zachowała się w świetnym stanie, a ludzie żyją znacznie „wolniej” niż np. w stolicy. Docieramy do Zocalo. Aż kusi, aby od razu wejść do katedry. Zanim tam się udamy, siadamy na kawie, aby poobserwować życie miasta. Zieleń w centrum, ogromne malowidło ścienne na Palacio de Goberno, które przybliża historię miasta i my z kawą wśród tłumu raczej miejscowych niż turystów. Ruszamy do katedry. Ogromny gmach nieco przytłacza zwiedzającego. Catedral Metropolitana de Nuestra Señora de la Asunción była budowana przez niemal 200 lat. Rozpoczęto prace już w roku 1535, ale oddano ją w pełni do użytku dopiero w roku 1733. Katedra jest warta uwagi, kilka nagrobków wewnątrz nie pozwala przejść obojętnie. Opuszczamy katedrę i wchodzimy w plątaninę uliczek. Najpierw zaglądamy do kościoła San Felipe Neri, który słynie z tego, że tutaj ślub brał Benito Juarez. Kilka zdjęć i kierujemy się do chyba największej atrakcji miasta — Bazyliki de Nuestra Senora de la Soledad. Piękne barokowe wnętrze urzeka. Tutaj znajduje się jedna z najważniejszych meksykańskich świętych figur — Matki Boskiej Samotnych. Wysadzana szlachetnymi kamieniami postać Maryi ma szczególną moc uzdrawiania ludzi nieuleczalnie chorych stąd często można napotkać tutaj pielgrzymki lub pacjentów okolicznych szpitali. Idąc dalej, napotykamy na chyba najbardziej niezwykłą z tutejszych świątyń — dawny klasztor Santo Domingo. Po wejściu do środka olśniewa nas niesamowita pod każdym względem Capilla del Rosario.

Spacerujemy po uliczkach, zaglądamy do kościołów, co jakiś czas wracamy na Zocalo. Pierwszy raz nie musimy się śpieszyć, mamy aż dwa dni na Oaxacę. Popołudnie mija nam na kolejnych zdjęciach, jedzeniu lokalnych potraw, zaglądaniu do kawiarń i kilkukrotnym powracaniu pod katedrę tylko po to, aby zobaczyć ją o różnych porach dnia.

Comments

comments