• Puerto Limón – miasto, gdzie się nie jeździ

    Wcześnie rano promem transportowym płyniemy z Bocas del Toro na stały ląd. Wysiadamy w Almirante i łapiemy taksówkę na dworzec autobusowy. Co chwilę jeżdżą stąd busiki do Changuinola....

  • Bocas do Toro…

    Aby dotrzeć do Bocas del Toro, łapiemy autobus z Panama City. No może jednak nie tak od razu. Przede wszystkim „łapanie autobusu” to nie jest rzecz banalna...

  • Panama City – nowoczesne miasto z historią w tle

    Jeśli wyobrazić sobie stolicę „republiki bananowej”, to wyobrażenie to byłoby najbliższe Panama City. Leżące nad brzegiem oceanu miasto, już gdy podchodzimy do lądowania, robi niesamowite wrażenie… Instalujemy się w...

  • Długa podróż do Ameryki Środkowej…

    Dwa tygodnie w Polsce i znów pakujemy walizki. Czeka nas wyjazd niezwykły – celem jest Panama i Kostaryka. Jakoś tak już jest, że najciekawsze wyjazdy zaczynają się w sposób...

  • Długi powrót do Polski i Internet „na kartki”

    Na Palau spędzamy w sumie 2 tygodnie. Powrót do Polski zaczął się na 4 dni przed odlotem. Bierzemy fenomenalny hotel z prywatną plażą i odpoczywamy. Dzięki Biblii Taniego Spania...

  • Peleliu – wyspa, gdzie II wojna światowa zakończyła się w latach 70.

    Wczesnym rankiem jedziemy do starej przystani rybackiej, która obecnie służy za port, z którego wyrusza 4 razy w tygodniu statek transportowy na Peleliu. Wysiadamy z samochodu (hotel...

Na Palau spędzamy w sumie 2 tygodnie. Powrót do Polski zaczął się na 4 dni przed odlotem. Bierzemy fenomenalny hotel z prywatną plażą i odpoczywamy. Dzięki Biblii Taniego Spania udało się obniżyć jego cenę o prawie 60%. Pływamy kajakami, odwiedzamy muzeum, szperamy po sklepach z pamiątkami. Czas płynie powoli, wręcz zaczyna wlec się niemiłosiernie. Na Palau wiele rzeczy jest nietypowych. Przykładem najlepszym jest „Internet na kartki”.

Na wyspie jest dwóch dostawców internetu. Ponieważ kraj jest maleńki, wystarczy ustawić kilkanaście nadajników i sygnał dociera do większości mieszkańców. Z drugiej strony nie ma sensu tutaj budować sieci światłowodów – wystarczy internet dostarczany drogą radiową. Cała zabawa polega na tym, że należy iść do sklepu, kupić kartę prepaid (za 2 lub 5 dolarów), która pozwala surfować od 2 do 10 godzin i mamy dostęp do sieci. Taki internet jest szalenie drogi. W ciągu całego pobytu wydaliśmy w sumie jakieś 40 dolarów na prepaidy.

W końcu poranek wyjazdowy. Ostatnie zakupy i busik hotelowy dowozi nas na lotnisko. Międzynarodowy Port Lotniczy Koror to chyba najbardziej niezwykłe lotnisko w tej części świata. Z zewnątrz przypomina tradycyjną chatę tubylców. W środku… no cóż. Powiedzmy, że nie należy ono do najnowszych obiektów pod kątem wyposażenia. Samolotów lata tutaj bardzo niewiele. Idąc do odprawy paszportowej należy niestety zapłacić dość wysoki podatek wyjazdowy. Palau, za to, że opuszczamy kraj, liczy sobie 50 dolarów opłaty wylotowej od osoby. Płacimy 100 USD i po krótkiej kontroli bezpieczeństwa czekamy na samolot. Znów lecimy do Taipei, ale tym razem mamy aż 23 godziny przerwy w podróży. Hotel i od rana zwiedzamy miasto. Znów do samolotu, znów wizyty w business lounge… Po skromnych 13 godzinach meldujemy się w Amsterdamie. Tutaj tylko 4 godziny czekania i przez Frankfurt wracamy do Poznania. Robi się ciemno, gdy samolot linii Lufthansa dotyka kołami pasa na poznańskiej ławicy. Kolejna podróż zakończyła się szczęśliwie, a już za 2 tygodnie lecimy do… Ameryki Środkowej!

Wczesnym rankiem jedziemy do starej przystani rybackiej, która obecnie służy za port, z którego wyrusza 4 razy w tygodniu statek transportowy na Peleliu. Wysiadamy z samochodu (hotel zapewnił nam za darmo podwózkę) i kierujemy się ku niewielkiej łodzi. Wygląda trochę jak miniprom. Służy do dostarczania na Peleliu wszystkiego, co niezbędne do życia mieszkańców. Większość miejsca zajmują beczki z paliwem, kartony z żywnością, jest też sporo zgrzewek piwa. Teoretycznie prom może zabierać 5 pasażerów, ale nikt nie zwraca na to uwagi i w sumie płynie ponad 20 osób. Ruszamy. Podróż zajmuje w sumie 3 godziny. Bilet kosztuje 15 dolarów + dolara za każdy bagaż (plecak, walizka itp.). Czas mija bardzo szybko – płyniemy między pięknymi skalnymi wyspami (Rock Island) znanymi z niemal każdej pocztówki z Palau. Kilka minut po 17.00 dobijamy do przystani na Peleliu i nasz host, którego znaleźliśmy poprzez serwis Airbnb, odbiera nas busem. Czytaj więcej

Poranek budzi nas upałem. Mimo klimatyzacji jest bardzo gorąco. Śniadanie i… nie, nie zwiedzać. Wszak w Polsce zimno, a tutaj upał i piękny basen, palmy i inne takie „gadżety”. Po kilku godzinach lekki obiad i ruszamy zwiedzać Palau. Pierwsze kroki kierujemy do informacji turystycznej. Niestety bardziej pełni ona rolę informacji hotelowej, bo materiałów o samym kraju tutaj jak na lekarstwo. Największe miasto na wyspie można zwiedzić w gruncie rzeczy w maksymalnie godzinę – tyle zajmuje spacer po nim. Po krótkim, ale wyczerpującym, marszu ustalamy plan zwiedzania. Pierwsze kroki kierujemy do muzeum narodowego. Ukryte w dżungli prezentuje historię kraju, głównie w XIX i XX wieku. Obejrzeć można kilka wystaw – całość jest bardzo ciekawa, ale raczej skromna. Bilet kosztuje 10 dolarów. Spędzamy tutaj około 2 godziny i zadowoleni wracamy do „centrum” miasta, które stanowi jedyne w kraju „centrum handlowe”. Zjadłszy obiad, kierujemy się do drugiego muzeum – znacznie ciekawszego. Etpison Museum, bo o nim mowa, to fascynująca instytucja. Jest to muzeum etnograficzne prezentujące kulturę ludów wyspiarskich tej części świata. Pozwala ono także zapoznać się z historią badań etnograficznych na Palau. Wystawy są absolutnie fenomenalne. Eksponaty wyglądają jakby dopiero co wywieziono je z lokalnej indiańskiej wioski, a całość jest opisana w języku angielskim. Nasze zainteresowanie budzą meble ogromne rzeźbione stoły i ławy w kształcie zwierząt. Moją uwagę zwrócił szczególnie gigantyczny aligator. Budynek w którym mieści się ta instytucja to jeden z najbardziej niezwykłych gmachów na Palau. Przed drzwiami ustawiono dwa posągi, mężczyzny i kobiety, podtrzymujące balkon, na którym znajduje się płaskorzeźba przedstawiająca narodziny pierwszych mieszkańców Palau. Zgodnie z mitologią ludów pierwotnie zamieszkujących wyspę pierwsi mieszkańcy nie wiedzieli, w jaki sposób rodzić dzieci i rozcinali sobie brzuchy (co ciekawe mitologia nie rozróżnia płci), w konsekwencji większość dzieci rodziło się martwych. Widząc to, bogowie zesłali pająka, który pokazał ludziom jak należy rodzić. Od tamtej pory pająk odgrywa szczególną rolę w miejscowej mitologii. Czytaj więcej

Pobudka wcześnie rano – w sumie w środku nocy. Po zaledwie godzinie snu, o 3 nad ranem budzik nakazuje zerwać się z łóżka. Szybkie ostatnie pakowanie, ogarnianie się, bo o 4:30 taksówka zabiera nas na lotnisko Ławica w Poznaniu. Pierwszy etap podróży wiedzie przez Monachium do Amsterdamu. Lecimy Lufthansą. Muszę przyznać, że nieco poprawił się serwis pokładowy w tej linii. Jeszcze rok temu na fali cięć kosztów nie można było liczyć na darmowy serwis pokładowy. Teraz dostajemy kawę/herbatę, sok oraz ciastko à la drożdżówka. Nieźle – krok w dobrą stronę. Szybka przesiadka w Monachium i po kolejnych 90 minutach lotu lądujemy w Amsterdamie. Mamy tutaj nocleg w całkiem niezłym hotelu, który zapewnia nam transfer z lotniska. Jest 11.00, gdy się meldujemy, więc mamy cały dzień na zwiedzanie. Pogoda nam sprzyja – niemal 17 stopni, słonecznie. Naszą przechadzkę zaczynamy od rynku, potem szwendając się po zaułkach miasta obserwujemy życie mieszkańców. Jest czas zarówno, aby zajrzeć do dzielnicy Czerwonych Latarni (jak się okazuje wycieczka tutaj i poprzyglądanie się wystawom okiennym, a konkretnie paniom tam stojącym, gwarantuje iż każda kobieta będzie dla nas okazem urody i wdzięku), jak i na spróbowanie miejscowych lizaków i ciastek. Czas mija szybko – wieczorem wracamy do hotelu i padamy na łóżko po intensywnym dniu. Budzimy się znów przy dźwięku budzika. Szybkie śniadanie i na lotnisko. Pierwotnie założyłem sobie, że w ciągu maksymalnie godziny się uwiniemy i półtorej godziny przed odlotem spędzimy w saloniku business class, ale niestety okazało się to mrzonką. Ogromne kolejki do kontroli bezpieczeństwa sprawiają, że niemal 2 godziny schodzi nam na „formalności” lotniskowe. W końcu, zmęczeni siadamy w Business Lounge. Wstęp zapewnia nam karta Priority Pass. Salonik jest raczej skromny, ale z ładnym widokiem. W końcu, godzina 13:30, zaczyna się boarding. Pierwszy raz będę miał okazję lecieć liniami China Airlines. Czytaj więcej