Podróż do serca Atacamy…

DSC_6581Wstajemy bardzo wcześnie. O 9.00 odjeżdża autobus, który zabierze nas do Calamy, a stamtąd kolejny do słynnej miejscowości – San Pedro de Atacama. Miasto jest bazą wypadową, która pozwala eksplorować słynną pustynię Atacama – ona też jest naszym celem. Pakowanie, śniadanie i chwilę po 8.30 meldujemy się na dworcu. Autobus w klasie semi cama kosztuje nas 30 000 pesos za osobę (około 180 zł). Drogo, ale kupowane w ostatniej chwili no i nie bez znaczenia jest fakt, że autobus dojeżdża do Calamy wcześnie rano. Moglibyśmy kupić bilety bezpośrednio do San Pedro de Atacama, ale kosztują one aż 44 000 pesos (dla porównania autobus z Calamy do celu naszej podróży to zaledwie 2500 pesos). Podróż jest dość wygodna. Mija szybko, po drodze podziwiać można krajobrazy – pustynia szczególnie pięknie prezentuje się o zachodzie i o wschodzie słońca (kilka zdjęć poniżej).

DSC_7152W tym miejscu kilka uwag o charakterze praktycznym. Autobus w Ameryce Południowej to de facto podstawowy środek transportu. Sieć kolejowa (mimo słynnych w świecie linii np. kolei transandyjskiej) jest słabo rozwinięta. Połączenia lotnicze są coraz popularniejsze (np. w Brazylii kilkadziesiąt milionów ludzi rocznie lata po kraju), ale po pierwsze dość drogie, a po drugie nie wszędzie można dolecieć. Co więcej, bilet w jedną stronę jest często droższy niż bilet w dwie strony. To wszystko sprawia, że dla kogoś, kto chce zwiedzić kilka krajów, samolot jest mało wygodnym środkiem transportu. W końcu są jeszcze statki (np. po Amazonce czy wzdłuż wybrzeży). Podróż statkiem (zwłaszcza rzecznym) to często jedyne wyjście i niezapomniane przeżycie, ale sprawdza się tylko na ograniczonym obszarze np. w dżungli. Podsumowując podstawą jest autobus. Autobusy dzielą się zazwyczaj (są wyjątki, ale o tym kiedy indziej) na dwie klasy. Pierwsza (najpopularniejsza) to semi cama. Tłumacząc to dosłownie „Półłóżko” (cama – z hiszp. łóżko). Druga klasa to cama. Charakteryzuje się ona tym, że fotele rozkładają się w zakresie od 160 do 180 stopni – czyli w praktyce do płaskiego łóżka. Prawie zawsze „cama” znajduje się na dolnym pokładzie dwupiętrowego autobusu. Jest też droższa od semi camy od 20 do 50%. W autobusach w tej części świata możemy (prawie zawsze) liczyć na posiłek. W najgorszym razie dostaniemy zestaw składający się z ciastka, soku i czegoś słonego do chrupania. W lepszych liniach oferowane są normalne kolacje oraz śniadania – niemal takie same jak w samolotach. Oprócz ciepłego posiłku mamy zimne napoje oraz deser. W klasie Cama (droższej) bywa, że serwis jest na nieco wyższym poziomie np. mamy nieograniczoną ilość kawy, herbaty i zimnych napojów. Przykładowy, bardzo skromny posiłek na zdjęciu obok.

Wróćmy jednak do naszej wyprawy. Calama. Miasto wyrosłe na pustyni pośrodku „niczego”. Miasto typowo górnicze, co widać na niemal każdym kroku. Leży ono w Andach – dość nisko jak na Andy, bo zaledwie 2500 metrów nad poziomem morza na lewym brzegu rzeki Río Loa. Jest to jednak wystarczająco wysoko, aby osoby ze słabym żołądkiem miały problemy z objawami choroby wysokościowej. Calama założona została w XVII wieku. Prawa miejskie otrzymała 23 marca w 1879 r. Obecnie miasto jest ośrodkiem przemysłu chemicznego, huta miedzi, w pobliżu znajduje się największa na świecie odkrywkowa kopalnia rud miedzi Chuquicamata. Mieszka tutaj około 150 tysięcy ludzi. Tyle informacji encyklopedycznych. Jak jednak wygląda to miasto w praktyce. Mamy kilka godzin, aby je zwiedzić. Dworzec autobusowy leży przy głównej arterii miasta. I tutaj ważna uwaga. Jest to dworzec dla połączeń krajowych. Jeśli chcemy jechać za granicę (np. do Boliwii) trzeba skorzystać z bardzo trudnego do znalezienia (ale leżącego bardzo blisko – około 700 metrów) dworca międzynarodowego. Składa się na niego jedna kasa oraz jedno miejsce postojowe dla autobusów. Co gorsza mało kto z miejscowych wie, gdzie ów „międzynarodowy dworzec” się znajduje. Postaram się w jednym z kolejnych wpisów napisać więcej i zamieścić mapkę jak do niego dojść. Mapa z planem dojścia oraz kilkoma praktycznymi wskazówkami (kantor, supermarket itp.) znajdzie się też w przewodniku po Chile, którego premiera będzie miała miejsce niebawem. Opuszczamy dworzec krajowy i główną samochodową arterią miasta kierujemy się na główną ulicę miasta – na deptak. Ładnie urządzony, pełen sklepów, kończy się skwerem przy którym zbudowano kościół. Spacerując deptakiem możemy na każdym kroku napotkać ślady „górniczego” charakteru miasta. Zatrzymujemy się w jednej z lokalnych restauracji na obiad. Miejscowy obiad. Za 2500 pesos otrzymujemy dwudaniowy posiłek. Zupa oparta na mięsie i kukurydzy oraz drugie danie – kurczak z ryżem i miejscowymi sosami. Smacznie i w sumie niedrogo. Po obiedzie ruszamy z powrotem na dworzec autobusowy. Pora ruszać do San Pedro de Atacama. Ponad godzinę zajmuje podróż przez pustynię. Krajobrazy niesamowite. Aż chciałoby się nie odrywać obiektywu aparatu fotograficznego od szyby. Jedziemy coraz wyżej. Część pasażerów zaczyna odczuwać skutki choroby wysokościowej – w takich chwilach dziękuję losowi, że ja jakoś nie mam problemu z pobytem na znacznych wysokościach i równie dobrze czuję się nad morzem i na 5 tysiącach metrów nad poziomem morza. Niemniej raczej z toalety korzystać nie zalecam, gdy połowa pasażerów ma mdłości i biegunkę. Po nieco ponad godzinie docieramy do celu. San Pedro de Atacama, serce słynnej pustyni, miasto pośrodku pustkowia, jedno z najmniej przyjaznych do życia miejsc na ziemi wita nas pyłem, potwornym skwarem w słońcu i przeszywającym zimnem w cieniu.

Comments

comments