Polskim Busem z Poznania do Pragi na spotkanie z trzema niezwykłymi pomnikami na moście Karola

Rozpoczęła się kolejna wyprawa! „Wyprawa” – jak to doniośle brzmi, czyż nie?

Teoretycznie powinno to wyglądać mniej więcej tak: kapelusz na głowę, plecak na plecy i ruszamy! Niemal jak Indiana Jones (w końcu drugi z serii filmów o tym gentelmanie kręcono m. in. na Sri Lance) wcześnie rano (koniecznie biegiem i z uśmiechem na ustach) na autobus! W praktyce wyglądało to nieco inaczej i to nie tylko dlatego, że zabieranie kapelusza na Sri Lankę nie jest najlepszym pomysłem – przynajmniej nie mojego kapelusza, gdyż nie lubi on klimatu innego niż południowo-amerykański, nie wspominając o takim drobiazgu jak fakt, że jest z wełny lamy. Zatem w praktyce tak nie do końca rzeczywistość oddała wyobrażenia…

Tak jakoś dziwnie się złożyło, że nie mogliśmy spać. Efekt tego był taki, że po krótkiej drzemce nastąpiła pobudka o 3.30 rano, wygrzebanie się z łóżka, prysznic, śniadanie i o 4.30 wsiadamy do taksówki. Kilkanaście minut zajmuje dotarcie na dworzec PKS w Poznaniu, skąd odjedzie nasz autobus do Pragi. Po wybudowaniu nowego dworca autobusowego większość pojazdów PolskiegoBusa zatrzymuje się (w końcu!) w centrum miasta. Wspaniale! J Niestety budowniczowie dworca autobusowego w Poznaniu nie wpadli na koncept, aby zbudować przy nim postój dla taksówek. W konsekwencji trzeba nieźle się nakombinować, aby w jakiejś rozsądnej odległości od najważniejszego węzła komunikacyjnego w Wielkopolsce wysiąść z pojazdu na czterech kółkach i nie dać się rozjechać (nawet o 4:30 nad ranem). Taksówka nie kosztuje nas wiele, w sumie nic nas nie kosztuje, gdyż magiczna aplikacja na komórki w połączeniu z kodem rabatowym na 20 zł pozwala odbyć podróż za darmo. Miło – zwłaszcza, że w Poznaniu panują temperatury minusowe, a nie bardzo mamy ochotę maszerować na dworzec 25 minut o 4 nad ranem. Po kilkunastu minutach ruszamy. Podróż do Pragi zajmuje 8 godzin. Większość tego czasu przespałem. W końcu po godzinie 13.00 wysiadamy na dworcu autobusowym w Pradze, skąd po zasięgnięciu języka w informacji turystycznej, wypłaceniu pieniędzy z bankomatu, metrem ruszamy do hotelu. W wolnej chwili napiszę recenzję naszego locum, gdyż po pierwsze hotel jest czterogwiazdkowy, po drugie kosztował mnie grosze (dzięki innej magicznej aplikacji na komórki i ponad 500 zł w kodach rabatowych) w końcu: ponieważ warto go zrecenzować, gdyż leży zaledwie 50 metrów od Zamku Praskiego.

Po podróży prysznic, chwila odpoczynku i ruszamy zwiedzać miasto. Summa summarum jest na zegarku 16.00. Doskonała lokalizacja hotelu sprawia jednak, że można jeszcze bardzo dużo zobaczyć. Praski Hrad kusi, ale ponieważ robi się już ciemno postanawiamy zostawić go sobie na jutro. Cel na dziś: Most Karola. Po pierwsze blisko, a po drugie pięknie prezentuje się po zmroku.

Kilkanaście minut spaceru i wchodzimy na chyba najbardziej znany z praskich zabytków: Most Karola. Ten średniowieczny cud techniki bardzo długo (podobnie jak do dziś wiele mostów na Bałkanach) był nazywany po prostu „kamiennym mostem”. Dopiero w roku 1870 nazwano go na cześć cesarza Karola IV, który czterysta lat wcześniej go zbudował. Nie była to jednak pierwsza tego typu budowla w tym miejscu. Kiedy zbudowano pierwszy most – nie wiadomo. Wiemy za to, że w czasie powodzi w roku 1157 drewniany most został zniszczony. Od razu rozpoczęto odbudowę. Tym razem wzniesiono most kamienny, a nazwano go, na cześć żony króla Władysława „mostem Judyty”. Wełtawa jednak to rzeka tylko z pozoru spokojna. Most wytrzymał zaledwie niecałe 200 lat i w 1342 roku został przez rzekę zniszczony. W końcu podjęto decyzję o budowie większej i solidniejszej konstrukcji. Kamień węgielny nowego kamiennego mostu wmurował Karol IV Luksemburski 9 lipca 1357 o godzinie 5:31 rano. Powodem wyboru tej godziny był odpowiedni układ gwiazd (koniunkcja Słońca z Saturnem). Jest jeszcze jedno wyjaśnienie dlaczego wybrano taką datę budowy. Otóż data budowy mostu odpowiada układowi wszystkich cyfr nieparzystych 1-3-5-7-9-7-5-3-1, a to sprawia, że jest ona palindromem, tzn. czytana z obydwu stron brzmi tak samo. Czy te legendy są prawdziwe – trudno stwierdzić. Pewnym jest za to, że miasto, które awansowało do rangi stolicy Świętego Cesarstwa Rzymskiego, potrzebowało nowego mostu. Cesarz budowę mostu powierzył mającemu zaledwie 28 lat Peterowi Parlerowi (nadzorował on też budowę m. in. katedry św. Wita na Hradczanach). Przyznać trzeba, że wywiązał się on doskonale z powierzonego zadania. Jego dzieło przetrwało do dziś. Most ma prawie 516 metrów długości i około 9,50 m szerokości. Jego 17 łęków spoczywa na 15 filarach. Jest to najstarszy zachowany most kamienny świata o tej rozpiętości przęseł.

Ozdobą mostu jest 30 posągów na nim się znajdujących. Wchodzimy na niego od strony Hradczan przez Bramę Malostranską i górującymi nad nią dwiema wieżami, które połączone są ze sobą łącznikiem. Jest łącznik ten jedynym elementem, jaki pozostał po wcześniej istniejącym tutaj kamiennym moście – Judyty. Imieniem królowej nazwano także niższą wieżę tworzącą bramę. Wieża wyższa została zbudowana w XV wieku przez Jerzego z Podiebradów. Przechodzimy przez bramę i mijamy kolejne posągi. Opisać wszystkie trzydzieści… nazbyt skomplikowane. Może kiedyś jakiś przewodnik po Pradze wydamy, to będzie na to miejsce. A że siedzę na lotnisku w Pradze w oczekiwaniu na samolot do Belgradu (Internet jest, ale bardzo wolny), to skupię się tylko na tych posągach, które moim zdaniem są nieco zapomniane, pomijane albo po prostu zwyczajnie nieznane.

Pierwszy z posągów przedstawia bardzo mało znaną postać Iva z Brytanii. Żył on w połowie XIII wieku. Był francuskim prezbiterem i został uznany za świętego. Posąg wzniósł w roku 1711 Mathias Braun. Stworzenie dzieła sfinansował wydział prawa Uniwersytetu Karola. Ivo jest bowiem patronem prawników. Artysta miał w czasie tworzenia posągu zainspirować się inskrypcją, jaka znajduje się na grobowcu, w którym złożono szczątki świętego Katedrze św. Tugduala w Tréguier, a która brzmi:

Sanctus Ivo erat Brito/ Advocatus et non latro/ Res miranda populo

Święty Iwo był Bretończykiem, adwokatem, a nie bandytą – rzecz zadziwiająca dla ludzi.

Świętego przedstawiono wraz z alegorycznym wyobrażeniem sprawiedliwości. Mieli tutaj przybywać jeszcze w XIX wieku prawnicy, którzy napotykali w swojej karierze wyjątkowo trudne sprawy. Prosili Iva o radę i ponoć zawsze pomagał on „kolegom po fachu”.

Drugim pomnikiem, jaki napotykamy, jest przedstawienie świętej Barbary z Nikomedii, Małgorzaty Antiocheńskiej oraz Elżbiety z Turyngii. Rzeźbę stworzył w roku 1707 Ferdynand Maksymilian Brokoff. Miał on zaledwie 22 lata, gdy powierzono mu wykonanie posągu. Trudno powiedzieć jak to się stało, że artystę w tak młodym wieku zaangażowano do tak ważnego (i trudnego z teologicznego punktu widzenia) projektu, ale ponoć sam cesarz miał się zachwycić jego pracami. Dlaczego z punktu widzenia „teologicznego” zadanie, jakie postawiono artyście było trudne? Otóż miał on wyrzeźbić trzy kobiety, które z jednej strony musiały być atrakcyjnie fizycznie (czy święta może nie być atrakcyjna?!). Z drugiej jednak strony rzeźbiarz nie mógł przesadzić w podkreślaniu „atrakcyjności” ciała rzeźbionych kobiet. Ferdynand wywiązał się doskonale z powierzonego mu zadania. Posąg trzech świętych kobiet jest też jednym z najbardziej dyskusyjnych, jakie znajdują się na moście. Historycy sztuki są przekonani, że prawdziwym jego autorem jest syn Brokoffa imieniem Ferdynand. Czy to prawda, trudno rozstrzygnąć. Na pomniku znajduje się inskrypcja, która mówi, że wykonawcą dzieła jest Brokoff (IOANN BROKOFF FECIT) – czyżby artysta (nie po raz pierwszy) zakpił z ludzi podziwiających jego dzieło? Nawiasem mówiąc, nie trzeba jechać do Pragi, aby zachwycić się jego kunsztem. Artysta ten swoje najwybitniejsze dzieło pozostawił w Polsce. Szczytowym osiągnięciem Brokoffa jest bowiem kościół klasztorny w Krzeszowie, gdzie projektowany przez niego wystrój rzeźbiarski, uznawany jest za jeden z najlepszych przykładów harmonijnego połączenia monumentalnego malarstwa z rzeźbą.

Trzecim z pomników jest postument przedstawiający świętego Kajetana z Tieny. Urodził się on pod koniec XV wieku. Jeśli już o nim się dziś słyszy, to w kontekście tego, że założył zakon teatynów. Kajetan najprawdopodobniej jak żaden inny z doktorów kościoła (przy czym w jego przypadku nie jest to słowo przesadzone, gdyż posiadał doktorat tak z prawa rzymskiego jak i kościelnego, ba! był nawet notariuszem na dworze papieża Juliusza II) przyczynił się do odbudowy autorytetu zakonów katolickich po reformacji. Założony przez niego zakon teatynów sprawił, że także tzw. „stare” zakony (zwłaszcza benedyktyni i augustianie) nieco odżyły. Po wystąpieniu Marcina Lutra wiele zakonów po prostu opustoszało. Luteranie bardzo skutecznie punktowali wszystkie słabe strony (zwłaszcza moralne) mnichów. Teatyni kładli nacisk głównie na indywidualną, wewnętrzną religijność kapłanów i wiernych, pracę duszpasterską — kazania, spowiedź, ćwiczenia duchowne, a także edukacyjną. Teatyni bardzo często byli nazywani na cześć swojego założyciela po prostu Kajetanami.

Trzy pomniki, trzy różne historie. Zbliża się wieczór, robi się coraz ciemniej… Pora powoli wracać do hotelu. Jutro bardzo intensywny dzień. Praga jest niezwykle ciekawa, bogata w zabytki i skarby tak światowej, i jak i europejskiej kultury. Trzeba się wyspać, aby choć odrobinkę, móc je poznać. 

Comments

comments