Pożegnanie z Cusco. Ruszamy do granicy Peru z Boliwią!

Zwiedzanie Cusco to niezwykłe przeżycie. Nie możemy jednak spędzić tutaj zbyt wiele czasu. Zaledwie kilka dni. Jak zwykle wczesna pobudka. Nawet bardzo wczesna. Śniadanie i ruszamy do miasta. To ostatni dzień na zwiedzanie. Za kilkanaście godzin autobus zabierze nas do La Paz – jednego z najbardziej niezwykłych miast Ameryki Południowej. Póki co mamy jednak przed sobą Cusco! Wracamy na Plaza de Armas. Jakoś trudno oderwać się od tego miejsca. Tutaj można odnieść wrażenie, że spotyka się ze sobą i miesza się w jednolitą masę, która wyróżnia się milionami pojedynczych elementów, wszystko, co najlepsze w Peru. Można godzinami patrzeć na życie miasta. Idąc na Plaza de Armas, mijamy pomnik ostatniego z wielkich królów Inków… Trochę to chichot historii, że 500 lat po upadku Imperium Inków mieszkańcy Peru stawiają pomniki inkaskich królów w ilości co najmniej takiej, jak stawiano pomniki Lenina w krajach byłego Układu Warszawskiego. Cóż… jeszcze jeden element kolorytu miejscowej kultury. Wchodzimy do jednej z restauracji, obiad, do tego herbata z liści koki. Pora ruszać „nad Cusco”.

Nad miastem wznosi się posąg Chrystusa (to już kolejny „do kolekcji” – myślę sobie w duchu). Dotrzeć do niego najwygodniej minibusem, który wysadza pasażerów kilkaset metrów od cokołu, na którym wznosi się postument. Koszt przejazdu to zalewie 0,70 sola – grosze. Spod pomnika rozciąga się widok na miasto oraz okoliczne wzgórza. Kilka zdjęć i dłuższa (nawet bardzo długa) chwila na podziwianie okolicy. Do miasta wracamy pieszo. Po pierwsze „z górki”, a po drugie przyjemniej. Po drodze można zrobić kilka zdjęć i (a jakże!) obserwować koloryt Cusco! Wracamy na Plaza de Armas i kierujemy się do Museo de Arte Precolombino. Jest to jedno z najciekawszych muzeów w Peru – przynajmniej w mojej subiektywnej ocenie. Najpierw herbata w cieniu wieży Iglesia de San Antonio Abad. Kościół sam w sobie jest ciekawy. Wzniesiono go pod koniec XVI wieku. Dobudowano do niego klasztor i… zabrakło miejsca. Dziś w murach klasztoru mieści się jeden z najbardziej oryginalnych (i najdroższych) hoteli w Cusco. Tuż przy kościele, w zbudowanej w XVI wieku pięknej kolonialnej rezydencji, mieści się Muzeum Sztuki Prekolumbijskiej. Zgromadzono tutaj przedmioty pochodzące z okresu od końca XII wieku aż do roku 1532 kiedy Cusco zajęli konkwistadorzy. Spacer po muzealnych salach to fascynujące przeżycie. Obejrzeć tutaj można wystawy prezentujące sztukę cywilizacji Nazca, która słynie głównie z gigantycznych rysunków naskalnych. Salę obok obejmuje piękna czerwona ceramika kultury Moche, a dalsze sale poświęcono kulturze Inków jako takich. Muzeum posiada ponad 400 tysięcy eksponatów, a tylko niewielka część jest udostępniana zwiedzającym. Powód jest banalny – brak miejsca.

Szkoda, że tylko kilka godzin mogliśmy poświęcić na muzeum. Trzeba będzie kiedyś tutaj wrócić. Tymczasem ruszamy na dworzec autobusowy. Za kilka godzin wyruszymy do kolejnego celu naszej podróży: La Paz. Zanim jednak przekroczymy boliwijską granicę, trzeba odnaleźć właściwy autobus. Bilety kupiliśmy wcześniej. Cena normalna: 90 soli. Udało się jednak potargować i osiągnąć cenę 160 soli za dwie osoby. Nieźle, wystarczy na bardzo porządny obiad na trasie. Co więcej, udało się zdobyć miejsca w autobusie, które powinny gwarantować wygodną podróż – jak zwykle najtańsze, w Semi-Cama. Wyruszamy ku granicy z Boliwią, po drodze chcemy zobaczyć magiczne, osnute mgłą tajemnicy Jezioro Titicaca. Ten zbiornik wodny leży prawie 4 tysiące m. n. p. m. Jest to największe wysokogórskie jezioro na ziemi i jedyne tak wysoko położone, które służy do żeglugi statków, które poradziłyby sobie na oceanie. Na jeziorze znajduje się Wyspa Słońca. Tutaj wg legend urodził się biały bóg Wirakocza oraz pierwsi Inkowie: Manco Capac oraz jego siostra, a zarazem żona Mama Ocllo, a także samo Słońce czyli Inti. Wyspa ta jest wciąż miejscem świętym dla zamieszkujących Boliwię oraz Peru Indian Ajmara i Keczua. Kiedyś będzie trzeba wrócić tutaj na dłużej, gdyż teraz udaje się jedynie obejrzeć je bardzo przelotnie.

Jedziemy dalej. Nasz autobus powoli zbliża się do granicy z Boliwią. Przejście graniczne rozpoznać łatwo. Najpierw pojawiają się małe pojazdy i co jakiś czas osoba pchająca a to wózek, a to niosąca worek na plecach. Tak jest kilkanaście kilometrów od granicy. Z każdym kilometrem ludzi przybywa, a na kilka kilometrów przed przejściem granicznym widzimy ocean ludzi. Nasz autobus dzielnie pokonuje to mrowie, a każda osoba składająca się na ten tłum ma tutaj jakieś interesy. Coś do załatwienia… Na około kilometr przed granicą ocean zmienia się w rzekę. Potok ludzkich głów jest widoczny z autobusu. Wszyscy podążają najpierw w kierunku peruwiańskiego punktu granicznego, a następnie na most, który oddziela Peru od Boliwii. Najpierw długie oczekiwanie w kolejce do urzędnika celnego. Idzie szybko, pieczątka, odebranie kwitów, które dostaliśmy przy wjeździe do Peru i… ruszamy na most prowadzący do Boliwii! Wkraczamy do krainy czarów… dosłownie i w przenośni. O tym będzie już jednak w kolejnym wpisie.

Comments

comments