Rzecz o magii, czarach, szamanach i suszonych płodach lam

Trudno znaleźć region świata, który byłby bardziej chrześcijański niż Ameryka Łacińska. Nie chodzi mi w tym miejscu o statystyczną liczbę chrześcijan w stosunku do ogółu społeczeństwa. Co to, to nie. Rzecz raczej w tym, jaki stosunek do religii mają Ci, którzy są jej wyznawcami. W Boliwii nie można być chrześcijaninem „od święta”. Trzeba z niemal mistyczną powagą „zajmować się” religią na co dzień. Pod względem tego, jak ważną rolę w życiu codziennym odgrywa religia z mieszkańcami Boliwii mogliby się równać chyba tylko obywatele państwa Watykan. Z drugiej strony chyba w niewielu regionach Ameryki Południowej nie jest tak bardzo widoczna swoista symbioza, jaka powstała w wyniku setek lat, lepiej lub gorzej prowadzonej, „chrystianizacji”. Mamy w Boliwii żarliwych chrześcijan, którzy zamiast do lekarza idą do czarownika i mamy też szamanów, których można spotkać „po pracy” w kościele. Ba! Nawet można przed nabożeństwem porozmawiać z nimi i umówić się na wizytę, np. w celu wyleczenia bólu brzucha. Co warte podkreślenia, obydwie strony (tj. czarownicy i księża) nie widzą żadnego problemu w tym, że te dwa światy (magii i religii) koegzystują ze sobą – choć może lepiej powiedzieć, że istnieją obok siebie. W Boliwii powstał niezwykle ciekawy system „nie przeszkadzania sobie nawzajem”. Szamani nie psioczą na księży, a duchowni (np. katoliccy) starają się bardzo ostrożnie (jeśli w ogóle) krytykować miejscowe zwyczaje czy obrzędy. Jeśli już krytykują, to czynią to w sposób zawoalowany, zazwyczaj poprzez przywołanie jakiejś biblijnej przypowieści (przy czym tutaj także wybiera się te „łagodniejsze” w wymowie).  

W La Paz współistnienie chrześcijaństwa i miejscowych wierzeń jest szczególnie widoczne. Najbardziej oczywistym tego przykładem – moim zdaniem – jest to, że obok najważniejszego kościoła w mieście (pod wezwaniem św. Franciszka) znajduje się… Targ Czarownic. Takich pozornych sprzeczności jest tutaj wiele. Obok kościoła stragan z artefaktami, sprzedający na nim szaman nosi między amuletami krzyż oraz medaliki z wizerunkami świętych, natomiast każdy porządny Boliwijczyk, podobnie jak nie wyobraża sobie wizyty w niedzielę w kościele, tak samo jest dla niego nie do pomyślenia, aby obrazić Pachamamę.

Wstajemy wcześnie. Nasz hotel znajduje się przy dworcu autobusowym. Jest to niewątpliwie jego ogromny plus. Posiada jednak on szereg minusów. Brak ogrzewania w pokoju można zrekompensować sobie dodatkowymi kocami, to, że nie zawsze jest ciepła woda – można przeżyć. Jednak… śniadanie to prawdziwa szkoła przetrwania. Nasz hotel ma teoretycznie trzy gwiazdki. Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka jest piękny. Kolonialne wnętrza (nieco wysłużone, ale to tylko dodaje im uroku), wielkie pokoje, jeszcze większe łóżka. Recepcja jakby przeniesiona z XIX wieku. Wielka księga meldunkowa. Fontanna w holu. Wszystko duże, wszystko wystawne. Jednym słowem: pięknie. Wszystkie te uroki jednak blakną, gdy człowiek schodzi na śniadanie. Podawane jest ono (właściwie coś, co szumnie nazywa się śniadaniem) w lobby. Owo lobby zaś jest niewielkie (na około 10 stolików ustawionych dość blisko siebie). Najciekawszą zaś właściwością tego pomieszczania jest ogromna przeszklona ściana za którą znajduje się ruchliwa ulica. Cudownie, czyż nie?! Można jeść śniadanie i patrzeć na życie miasta. No tak, latem to byłoby wspaniałe. Mamy jednak zimę, a jedyne wejście do owego lobby prowadzi… przez ogromne drzwi wycięte w tejże przeszklonej ścianie. Efekt tego jest taki, że temperatura na zewnątrz i w środku wacha się w okolicach zera stopni Celsjusza.

Obsługa hotelu bardzo zadbała o to, aby jakość śniadania dorównała komfortowi przebywania w patio. Śniadanie składa się bowiem z wyrobu kawopodobnego, wyrobu czekoladopodobnego oraz doskonałych (może to celowe skrajności) herbat do wyboru. W zaistniałej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak przyrządzić sobie herbatę z liści koki. Rozgrzeje, przyśpieszy nieco tętno i pozwoli na chwilę uwolnić się od poczucia zimna. Jeśli chodzi o strawę, to mamy do wyboru czerstwy (tzn. świeży, ale… wypieczony tak, że sprawia wrażenie czerstwego) chleb, miód, drzem oraz masło. Nie jest to być może „śniadanie mistrzów”, ale co zrobić. I pomyśleć, że w pierwszej lepszej „budzie z jedzeniem” na ulicy można by zjeść za ułamek ceny, jaką płaci się tutaj, znacznie smaczniej i znacznie zdrowiej niż tutaj. Uroki La Paz.

W końcu udaje się wyrwać z hotelu. Dziś chcemy nieco zagubić się w uliczkach La Paz, nieco pobłądzić, zbliżyć się do miejscowej kultury, porozmawiać z czarownikami…

Nieco zmarznięci docieramy do Mercado de las Brujas, czyli Targu Czarownic. Spacerując między straganami czarownic i szamanek (nie wiem czy to poprawna forma językowa, ale trudno mi znaleźć inny odpowiednik szamana w formie żeńskiej), uwagę przykuwa jeden element. Stanowią go suszone płody lam, które wiszą (lub leżą) na stoisku każdej szanującej się szamanki. Zgodnie z miejscowymi wierzeniami należy taki płód zakopać (niczym kamień węgielny) w fundamentach nowo budowanego domu. Co ciekawe, nawet budynki rządowe są wyposażane w taki element. Kilka lat temu, kiedy próbowano wznieść jeden z ministerialnych gmachów bez takiego amuletu, wybuchły bardzo żywiołowe protesty. Robotnicy byli gotowi porzucić miejsce pracy, gdy się dowiedzieli o „złym omenie”. Otwarcie uznano, że bez talizmanu budowa nie ma sensu, gdyż na pewno przy pierwszym trzęsieniu ziemi wszystko obróci się w ruinę. Jedynymi gmachami, które oficjalnie nie posiadają płodów lam w swoich fundamentach są kościoły. Jest to jednak bardzo, ale to bardzo „oficjalna” wersja. Nieoficjalnie czarownicy zgodnie mówią, że „życie to jedno, a teoria to drugie” oraz że „przecież nie chcemy, aby kościół się zawalił na ludzi, którzy są wewnątrz, czyż nie?”. Stąd (często bez wiedzy duchownych) zapobiegliwi mieszkańcy „przypadkiem” wrzucą do powstających fundamentów taki „niewinny talizman”. Po co drażnić Pachamamę? Ona była tutaj, zanim przybyli pierwsi misjonarze… Naturalnie nie każdy wkłada w fundamenty suszone płody. Bardzo bogaci mieszkańcy Boliwii (podobno) każą zamurowywać dopiero co narodzone lamy w fundamentach domu. Płody lam mają jednak znacznie większe spektrum zastosowań. Każdy czarownik chętnie wyjaśni także inne zastosowania płodu lamy. Po pierwsze, jeśli zaczynamy jakiekolwiek nowe przedsięwzięcie (podróż, nowy interes, itp.), warto taki płód zakupić i spalić rytualnie. Naturalnie czarownik doradzi, jakie zioła należy wrzucić do ognia, w którym płonie płód – zioła dobiera się w zależności od tego, jakie przedsięwzięcie zacząć zamierzamy. Po drugie, jeśli chcemy przebłagać Pachamamę w jakiejś gardłowej sprawie, to także nie zaszkodzi złożyć ofiarę w postaci płodu lamy. Nie ma rzecz jasna gwarancji, że pomoże, ale na pewno nie zaszkodzi. Stąd płody lam znajdują się na większość straganów, które „obsługują” szamanki.

Każda szanująca się szamanka musi mieć w ofercie także liczne amulety, talizmany oraz figurki przynoszące szczęście. Oprócz tego mikstury na niemal wszystko (jakoś szczególnie dużo ich jest na problemy z potencją – cieszą się też niemałym zainteresowaniem). Nawet jeśli nie wierzymy w magiczną moc przedmiotów tutaj oferowanych, to warto wybrać się na Targ Czarownic, aby zakupić zioła, herbaty czy też medykamenty, np. na wzmocnienie włosów czy też na oparzenia słoneczne. Jakkolwiek „szamańsko” to brzmi, to wiele specyfików naturalnych tutaj oferowanych ma znacznie lepsze działanie na organizm niż nowoczesne leki. Nie chodzi tyle o to, że są one „przyprawiane” magią (aczkolwiek nie można tego wykluczyć), co o to, że zioła i naturalne leki oferowane w różnych miejscach w Boliwii są wykonywane z miejscowych składników, a ich działanie jest dostosowane do miejscowych warunków. Prosty przykład. Wyobraźmy sobie, że cierpimy na chorobę wysokościową. Nie ma dobrego leku na tę przypadłość. Oferowane w aptekach np. w Polsce środki mogą rzecz jasna złagodzić objawy choroby, ale… są one uniwersalne. Oznacza to, że łagodzą tak samo chorobę wysokościową w Andach jak i w Himalajach. A przecież na chorobę wysokościową składa się szereg czynników – nie tylko wysokość. Równie istotny wpływ na przebieg choroby wysokościowej ma np. miejscowa flora bakteryjna, mikroklimat czy też ciśnienie atmosferyczne (i jego zmiany wraz ze zmianami wysokości). Leki uniwersalne działają uniwersalnie (nieważne jak wielu naukowców w białych fartuchach je przebada). Leki lokalne, ziołowe, „magiczne”, zostały wypracowane przez wiele pokoleń „szamanów” i „czarowników”. Wypracowano odpowiednie proporcje ziół metodami prób i błędów i długotrwałych obserwacji. W konsekwencji wypracowano formuły i receptury, które pomagają najlepiej jak to możliwe w konkretnym miejscu/regionie. Oznacza to, że „magiczne zioła”, które działają na chorobę wysokościową w La Paz, nie będą działać np. na Atakamie w Chile. Czarownik/szaman/wiedźma pełni w tej części świata rolę społeczną równie ważną co na polskiej prowincji ksiądz. Różnica jest taka, że „czarownik też człowiek” jak by powiedział przeciętny Indianin.

Spacer po Targu Czarownic to przeżycie samo w sobie. Nawet nie zauważamy jak mija nam kilka godzin. Pora ruszać na obiad, po którym postaramy się dotrzeć do najbardziej imponujących punktów widokowych nad La Paz. O tym będzie jednak już w kolejnym wpisie…

Comments

comments