Śladami konkwistadorów po starej Limie

Lima, miasto nie dające się porównać z żadnym innym. Po co tutaj się przyjeżdża? Generalnie ludzi przybywających do stolicy Peru można podzielić na dwie grupy. Pierwsza to mieszanka przypadku, tego, że nie wypada tu nie przyjechać, tego, że tutaj ląduje większość samolotów no i tego, że tak ładnie wygląda na Facebook zdjęcie Limy. Oczywiście wygląda ono tak długo ładnie, aż nie zrobi człowiek sobie człowiek należący do tej grupy zdjęcia z Machu Picchu. Druga grupa to nieco bardziej świadomi podróżnicy. Szukają w Limie różnych rzeczy: zabytków, kultury, sztuki, tradycji, literatury a nawet mistycyzmu. My chcemy poznać Starą Limę, Limę Pizarra, Limę wielkich biskupów, Limę Indian, którzy musieli pod płaszczykiem chrystianizacji tutaj żyć i Limę tych dziesiątek tysięcy bezimiennych ludzi, którzy budowali ją i zabytki w niej do dziś stojące, czy to na chwałę Kościoła (i kościoła przez małe „k”) czy to aby dodać splendoru hiszpańskiej koronie.

Pierwsze kroki dzisiaj kierujemy na Jirón de la Unión czyli główny deptak peruwiańskiej stolicy. Obecnie ta wąska, ale otoczona wysokimi gmachami ulica jest najbardziej reprezentacyjnym traktem w Limie. Wytyczona została ona przez samego Pizarra. Przy wejściu na deptak w oczy rzuca się charakterystyczna żółto-biała kamienica. Wzniesiona w secesyjno-barokowym stylu, która trochę jakby nie pasuje do reszty zabudowy. Jest ona owocem rozkwitu miasta na przełomie XIX i XX wieku, kiedy najbogatsi mieszkańcy pragnąc czymś się wyróżnić wznieśli budowlę pasującą do całej ulicy, nie psującą jej wspaniałego wówczas charakteru, ale wyraźnie inną od wszystkich pozostałych. W oczy rzucają się ażurowe balkony, które wyglądają jakby zostały przeniesione prosto z Paryża. Trudno się zresztą temu dziwić, gdyż gmach został przystosowany na potrzeby zakładu fotograficznego przez pochodzącego właśnie z Francji fotografia imieniem Eugen Courret. Ogromną kolekcję zdjęć, które robił on w Peru od roku 1865 można dziś tutaj podziwiać. Są one niezastąpionym źródłem, które pozwala zobaczyć życie w Peru w XIX wieku.

Idąc dalej dochodzimy do skrzyżowania deptaka z ulicą Miró Quesada. Ujrzymy przy nim imponujący kościół La Merced (Matki Boskiej Miłosiernej). Zbudowano go w roku 1541. Niestety z oryginalnej budowli niewiele zostało – kolejne trzęsienia ziemi skutecznie burzyły świątynię. Obecna konstrukcja zbudowana w stylu hiszpańskiego churrigueryzmu (odmiana baroku) pochodzi z XVIII wieku. Kościół jest niezwykły z uwagi na fakt, że frontową elewację wykonano w praktyce z jednej ogromnej bryły granitu. Świątynia słynie jako miejsce, gdzie przechowuje się krzyż ojca Pedra Uracy. Ma on mieć właściwości cudotwórcze. Przybywają tutaj każdego roku tysiące chorych prosząc o uzdrowienie świętego i modląc się pod krzyżem.

Obejrzawszy świątynię skręcamy przy niej w ulicę Miró Quesada i następnie w Camana. Naszym oczom ukazuje się piękny kościół pod wezwaniem św. Augustyna. Nie wiem czy to zboczenie, ale uwielbiam fasady świątyń. Ta zaś jest szczególnie imponująca. Przedstawiono na niej (z zastosowaniem wszystkich technik jakie znał wspomniany wyże churigueresco) postać patrona kościoła w otoczeniu zastępów niebieskich. Całość uzupełnia bardzo bogata ornamentyka roślinna. Po wejściu do środka naszym oczom ukazuje się pochodząca z XVIII wieku rzeźba o jakże wymownej nazwie „Le Muerte” czyli „śmierć”. Wykonał ją jeden z bardziej kontrowersyjnych artystów tego okresu: Baltazar Gavillan. Nie skończył rzeźbiarz zbyt szczęśliwie swojego burzliwego żywota. Po tym jak ukończył dzieło, udał się wyspowiadać. Wracając (było już ciemno) zobaczył własną rzeźbę oświetloną płomieniami pochodni i kadzideł. Widok miał go przerazić do tego stopnia, że postradał zmysły… Rzeczywiście, rzeźba składania do refleksji.

Wracamy na deptak. Ma on ten plus, że oprócz zabytków i atmosfery prawdziwej Limy można tutaj zjeść niedrogo a bardzo smacznie. Obiad zajmuje nam około godziny. Po jego zakończeniu ruszamy z powrotem na Plac Centralny. Kilka zdjęć i ruszamy na wschód od placu ulicą Carabaya. Minąwszy dworzec kolejowy naszym oczom ukazuje się Klasztor Franciszkanów. Kompleks jest doskonale zachowany, oprócz kościoła możemy zwiedzić bibliotekę oraz budynki przeznaczone dla mnichów. Obecna konstrukcja pochodzi z połowy XVII wieku (pierwotne zabudowania były o 100 lat starsze i zniszczyło je trzęsienie ziemi). Mnichów mimo kataklizmu stać było na to, aby wznieść imponujący monastyr. Specjalnie w celu jego budowy ściągnięto z Portugalii jednego z najbardziej znanych architektów drugiej połowy XVI wieku: Constantina de Vasconcellosa. Architekt otrzymał jedno zadanie: miał wznieść monastyr odporny na wszelkie trzęsienia ziemi. Udało mu się podołać celowi jaki postawili mnisi. Zrobił to poprzez połączenie architektury znanej w Europie z miejscowymi technikami budowy monumentalnej. Ponad rok spędził na studiowaniu technik budowlanych od setek lat znanych nie tylko w Peru, ale w całej Ameryce Południowej. Wypracował metodę polegającą na stosowaniu specyficznej, elastycznej zaprawy murarskiej wykonanej z gliny, gipsu oraz długich pędów trzciny. W konsekwencji ściany budynków, które wzniósł miały coś na kształt zbrojenia z tym, że wykonane było ono z elastycznej (ale odpornej na złamania i zniszczenie) trzciny. Jeśli chodzi o styl to kościół wzniesiono w duchu baroku. Pokrywa go kopuła a nad wejściem góruje piękna elewacja wypełniona rzeźbami i zdobieniami. Przy świątyni znajduje się jeden z najpiękniejszych wirydarzy w Ameryce Południowej. Spacerując między krużgankami można podziwiać piękne freski – bracia nie szczędzili pieniędzy (którymi hojnie obdarowywali ich władcy Hiszpanii) na to, aby upiększyć swoje włości. W końcu napisać trzeba o refektarzu. Jest on ozdobiony imponującym freskiem „Ostatnia Wieczerza”. Część historyków sztuki jest zdania, że tylko słynne dzieło Leonarda da Vinci w Mediolanie może równać się z tym jakie tutaj namalowano. Cechą charakterystyczną i niezwykłą obrazu jest to, że apostołowie jedzą w czasie posiłku… świnkę morską.

Zwiedziwszy monastyr ruszamy ulicą Azangaro a naszym celem jest kościół pod wezwaniem św. Piotra. Mimo, że niewielki jest jednym z najstarszych zachowanych i nie zniszczonych przez trzęsienia ziemi zabytków tego typu w Peru. Liczy sobie on prawie 400 lat. Patrząc na kościół uświadamiamy sobie, że wokół nas trwa fiesta! O tym będzie jednak w kolejnym wpisie…

Comments

comments