Szwendając się po zaułkach estońskiej stolicy. Przewodnik po Tallinie część IV i ostatnia

Szybko mija czas w stolicy Estonii. Dużo do zobaczenia, a niestety czasu mało, bo już jutro samolot PLL LOT zabierze mnie do Warszawy. Kieruję się na ulicę Pikk, czyli dosłownie „ulicę Długą”. Wiedzie ona od podnóża wzgórza Toompea, aż do Wielkiej Bramy Morskiej. Przez wieki była najważniejszą arterią miejską, centrum życia handlowego i kulturalnego. Dziś jest jedną z najpiękniejszych tallińskich ulic, pełna zabytków i kawiarni.

Zwiedzanie ulicy rozpoczynam od gmachu Wielkiej Gildii. Powstała ona w XIV wieku i skupiała najbogatszych kupców. Gildia była jedną z najpotężniejszych organizacji w tej części Estonii – kontrolowała niemal cały handel w Tallinie. Aby zostać jej członkiem, należało spełnić szereg warunków. Najważniejsze to: należeć do Bractwa Czarnogłowych (skupiało ono nieżonatych mężczyzn z dobrych domów), być żonatym oraz być poddanym króla. Oprócz tego należało posiadać minimum 1 okręt do transportu towarów i minimum 1 nieruchomość w mieście. Gmach, w którym mieści się obecnie Estońskie Muzeum Historyczne wzniesiono w 1410 roku. Zwiedzać można go od piwnic po dach – każda sala została dostosowana na potrzeby muzealnej ekspozycji. Bilet kosztuje mnie 5 euro – warto. Muzeum jest nowoczesne i multimedialne. Trzeba jednak pamiętać, że ogranicza się ono do tego jednego budynku, a co za tym idzie… nie jest zbyt duże. Niemniej sama możliwość spacerowania po historycznych salach to ciekawa przygoda.

Naprzeciwko gmachu Wielkiej Gildii wznosi się Muzeum Marcepanów. Jakoś fanem słodyczy nigdy nie byłem, ale wystawa jest tak przyciągająca, że żal nie zajrzeć do środka. Muzeum to w istocie sklep, gdzie można nabyć słynne marcepany, a przy okazji zobaczyć, jak niezwykłe przedmioty można z marcepanu wykonać. Początki tego miejsca sięgają roku 1806, kiedy to szwedzki cukiernik Lorenz Caviezel otworzył tutaj swój zakład. Firma zasłynęła niezwykłymi możliwościami, jakie dawał opracowany według własnej receptury marcepan. Charakteryzował się on trwałością oraz… elastycznością, co sprawiało, że można było z niego rzeźbić i lepić dowolne kształty. Pod koniec XIX wieku produkowane tutaj figurki marcepanowe osiągały horrendalne ceny za granicą – głównie w Rosji.

Obejrzawszy muzeum wchodzę na ulicę Puhavaimu, a moim celem jest Kościół św. Ducha. To najmniejszy kościół w stolicy Estonii, ale jednocześnie jeden z najcenniejszych zabytków sakralnych w tym kraju. Zbudowano ją na przełomie XIII i XIV wieku. Jest to jeden z najstarszych kościołów w Estonii i – co ciekawe – przetrwał w niemal niezmienionym kształcie od czasów budowy. W średniowieczu był on w istocie kaplicą przeznaczoną dla członków rady miasta. Po reformacji przyjęli ją luteranie i do dziś im służy. W roku 1688 świątynię odnowiono i od tamtego czasu niewiele się zmieniła. Warto zwrócić uwagę na zabytkowy zegar, który znajduje się na zewnętrznej ścianie kościoła (od strony ulicy Pikk). Ma on prawie 400 lat i nadal działa! W rogach zegara dostrzec można postacie czterech ewangelistów. Jest to jeden z najstarszych tego typu „publicznych” zegarów w tej części Europy. Wyjątkowe jest wnętrze świątyni. Odcisnęły się na nim niemal wszystkie style architektoniczne, jakie pojawiały się w Estonii na przestrzeni wieków. Są tutaj elementy gotyckie, klasycystyczne i barokowe. Centralny punkt w kościele stanowi tryptyk ołtarzowy z obrazem przedstawiającym Zesłanie Ducha Świętego. Pochodzi on z drugiej połowy XV wieku. Obejrzawszy budynek, kieruję się ulicą Pikk ku gmachowi, w którym mieściła się Gildia św. Knuta. Pierwotnie miał to być zakon, ale gdy nie udało się go formalnie utworzyć, zgromadzenie przekształciło się  w organizację świecką, która skupiała kupców i rzemieślników niemieckiego pochodzenia, którzy rezydowali w Tallinie na stałe. Nieco dalej wznosi się gmach Gildii św. Olafa, która powstała w odpowiedzi na tą opisaną wyżej i skupiała przedstawicieli tych profesji, które były zbyt „pospolite” i „niehonorowe”, aby ich przedstawiciele mogli liczyć na przyjęcie do Gildii św. Knuta.

Wracam na ulicę Pikk. Po kilku minutach dochodzę do rozwidlenia w miejscu, gdzie wspomniana ulica krzyżuje się z ulicą Olevimagi. Tutaj na rozwidleniu znajduje się Roheline turg, czyli „Zielony Targ”. To w istocie mały park z kilkusetletnimi drzewami. Do drugiej wojny światowej pod drzewami swoje stragany codziennie rozkładali kupcy, którzy handlowali warzywami (stąd nazwa „zielony”). Obecnie miejsce straganów przypomina tylko kapliczka z początku XX wieku, która była miejscem, gdzie modlili się ludzie pracujący wokół. Nieco dalej na ulicy Pikk w oczy rzucają się trzy „przyklejone” do siebie kamienice. To tzw. „Trzy Siostry”. Kamienice pochodzą z XIV wieku. Do dziś są to najlepiej zachowane kamienice średniowiecznego Tallina. Obecnie mieści się tutaj jeden z niewielu pięciogwiazdkowych hoteli w mieście.

W końcu docieram do murów miasta. Przechodzę przez tzw. Wielką Bramę Morską, która obok tzw. Baseti Gruba Małgorzata, stanowiła filar obrony miasta od strony morza. Baszta, bo ona jako pierwsza zwraca moją uwagę, to prawdziwy fortyfikacyjny majstersztyk. Zbudowano ją na planie koła. Ściany ma grube nawet na 7 metrów, a wysoka jest na 22 metry. Ta jedna z najpotężniejszych wież obronnych w tej części świata została wzniesiona w pierwszej połowie XVI wieku. Imponująca jest liczba okien strzelniczych. Wieża posiada ich aż 155, co przy pełnym „obłożeniu” wieży obrońcami, jeśli tylko posiadali oni wystarczającą ilość prochu i kul, sprawiało, że wieża była praktycznie nie do zdobycia. Wieża w XIX wieku służyła jako więzienie, a od drugiej połowy XX wieku jest udostępniana zwiedzającym jako część Estońskiego Muzeum Morskiego. Niestety, brak czasu na zwiedzenie Muzeum Morskiego. Kieruję się w ulicę Tolli, a moim celem jest kościół pod wezwaniem św. Olafa. Kościół, jeśli akurat nie odbywa się msza, można zwiedzać za symboliczną opłatą w kwocie 2 euro. Cechą charakterystyczną kościoła jest imponująca wieża, która dominuje nad okolicą. Poświęcono ją królowi Norwegii Olafowi, który panował w pierwszej połowie XII wieku i uznany został za świętego. Zbudowano go w miejscu, gdzie swoje targowisko mieli w średniowieczu skandynawscy kupcy. Wieżę ukończono w XV wieku i była wówczas najwyższą budowlą w Europie. Miała aż 159 metrów. Niestety dzisiejsza konstrukcja jest tylko cieniem dawnej, gdyż szereg pożarów skutecznie niszczył budowlę. W XIX wieku do Tallina przybył w celach wypoczynkowych car Rosji Aleksander I. Zachwycił się podupadającym kościołem i przeznaczył 40 tys. rubli na jego renowację. Wieżę obniżono i przebudowano. W takim kształcie, wysoką na 123 metry, można oglądać do dziś.

Tallin ma bardzo wiele do zaoferowania turyście, ale niestety, dzień zbliża się ku końcowi. Pora wracać do hotelu, poszukać po drodze kolacji, a jutro rano samolotem Polskich Linii Lotniczych LOT, via Warszawa, wracać do rodzinnego Poznania. Kolejna podróż, tym razem niewielka, kończy się. A już za kilka dni wyruszam w następne ciekawe miejsce… 🙂

Comments

comments