Hotel, który znalazłem w Casablance jest niezwykły. Afro-arabsko-orientalny. Po wejściu do recepcji wita mnie rzeźba ogromnego indyjskiego słonia oraz tajskiego lwa. Po prawej stronie meczet, po lewej restauracja z najohydniejszymi śniadaniami (o tym dopiero jutro się przekonam), jakie kiedykolwiek podano mi w jakimkolwiek hotelu. Tymczasem recepcja. Ksero paszportu, klucz i wchodzę do pokoju. O dziwo — internet całkiem przyzwoicie działa. Mój pokój jest wyposażony w lodówkę (jej otwarcie sprawia, że wysypuje się na mnie pożywienie, które zostawili podróżnicy nocujący tutaj w ciągu ostatnich kilku miesięcy) łazienkę (zapomniano o ręcznikach) i…