W poszukiwaniu najpiękniejszego wodospadu na Gwadelupie

Pobudka bardzo wcześnie. To zdanie to chyba powinien być motyw przewodni wpisów z Gwadelupy. Zatem pobudka. Ostatni pełny dzień pobytu na wyspie. Jutro o 20-tej samolot powrotny do Polski. Plan na dziś jest dość napięty. W końcu trzeba wykąpać się na słynnych plażach Saint-Anne, ale najpierw… odkrywanie. Celem jest odkrycie jednego z najpiękniejszych i najrzadziej odwiedzanych przez turystów wodospadów na Grande Terre. Dotrzeć do niego jak się okaże nie będzie łatwo, dużo wspinania, walki z junglą, móstwo błota i bardzo stromo. Ale po kolei… Zatem pobudka. Moskitiera i wieczorna walka z komarami okazała się skuteczna i wychodzę spod niej niepogryziony. Na śniadanie trzeba wyjeść zapasy przywiezione z Polski, w stosownych proporcjach wymieszane z miejscowymi specjałami. Po nim obowiązkowa już lektura, trochę pisania, niestety dużo pracy – nad kolejnym przewodnikiem turystycznym i trzeba się zbierać. Celem na dzisiaj jest dotarcie do jednego z rzadziej odwiedzanych i chyba najpiękniejszych wodospadów Gwadelupy. Ma on pewną cechę szczególną. Otaczają go skały, po których spływa ciepła, ogrzana od wulkanu woda. Trzeba to koniecznie zobaczyć i poczuć! Najpierw samochodem terenowym ponad pół godziny jazdy. Wodospad leży w sercu Grande Terre. Dojeżdżamy do miejsca, niepozornego. Trzeba zatrzymać się na niewielkim parkingu, który wygląda jak teren prywatnej posesji i przejść za popadający w ruinę budynek. Za nim znajduje się ścieżka. Trudno się dziwić, że nie odwiedzają tego miejsca turyści. Najpierw trudne zejście (okaże się potem, że w porównaniu z podejściem skrótem, zejście jest banalne). Bardzo dużo błota, bardzo mokro i jeszcze bardziej ślisko. Trzeba schodzić bardzo powoli, asekurować się lianami i starać się trzymać czegokolwiek, co jest dość skomplikowane – po pierwsze ślisko, po drugie liście bywają ostre a po trzecie (i nie najmniej ważne) nie wiadomo, jakie zwierzęta czają się w krzakach. Im niżej tym wyraźniej słychać huk spadającej wody. W końcu udaje się zejść. Widok rzeczywiście niesamowity. Wodospad… krystalicznie czysta woda. W basenie pod nim można się wykąpać. Na półkach skalnych strugi wody tworzą naturalne bicze wone. Właściwie grzechem jest się nie wykąpać. Do wody. Bardzo zimna, bardzo, bardzo zimna. Okazuje się jednak, że skały w okolicy minijeziorka są ciepłe. Spływa z nich ciepła woda wulkaniczna, która ogrzewa skały. Najpierw więc pod ciepłą wodę, a potem stopniowo można zejść do zimnej, krystalicznej wody. Kąpanie się tutaj jest trudne. Nie z powou wody, lecz z powodu ostrych skał które leżą na dnie. Bardzo łatwo można porozcinać stopy i nie tylko. Udaje się jednak jako tako wyjść z tego cało. Godzinna kąpiel i ożeźwiony i czysty (jak się okaże chwilowo) ruszam spowrotem. Wspinaczka nie jest łatwa. Mnóstwo błota, spadającej, osuwającej się ziemi.

Bardzo trudno wejść, ale krok za krokiem, asukurując się lianami i powalonymi bambusami udaje się. Po dotarciu do samochodu trzeba się doprowadzić do stanu używaloności – czystości. Trudno znaleźć miejsce na ciele, które nie byłoby brudne, albo otarte. Bo doprowadzeniu się do stanu jako takiej używalności można ruszyć dalej. Celem drugim jest muzeum Egara Clerka. Przedstawia ono historię Gwadelupy od czasów nadawniejszych, poprzez odkrycie tych terenów przez Krzysztofa Kolumba, aż do współczesności. Znajduje się w mieście Moule, a nazwę zawdzięcza najwybitniejszemu archeologowi badającemu Małe Antyle. Egar Clerk stworzył podstawy archeologii Gwadelupy. Udowodnił między innymi, że ludzie mieszkali tutaj ponad 5 000 lat temu. Na uwagę zasługuje kolekcja niezwykle ciekawych i ważnych dla historii petroglifów. Należy zwrócić także uwagę na propaganowe ryciny z XVII-XVIII wieku, kiedy w Europie zaczęto przedstawiać mieszkańców Gwadelupy, jako ludożerców. Nazwano ich „Cariba”, bądź „Caniba”, co było skrótem od określenia kanibal. Od tej pory cały region nazwano Karaibami. Ciekawe jest również ukazanie ewolucji wyglądu tradycyjnych narzędzi, np. do obróbki manioku. Muzeum otwarte jest codziennie od 9 do 17-tej, a obecnie, z uwagi na prowadzony remont, wstęp do niego jest darmowy. Oprócz bogatych zbiorów, które bardzo obrazowo prezentują zarówno historię jak i prahistorię wyspy, warto zwrócić uwagę na budynek samego muzeum i otaczający go ogród. Budynek jest jednym z ciekawszych przykładów XX-to wiecznej architektury Karaibów, a dla turysty nie bez znaczenia jest to, że usytuowany jest na pięknym klifie, z którego rozpościera sie niezapomniany widok na ocean. Wizyta w muzeum trwa krótko, ale z uwagi na gdzinę, jaką wskazuje zegarek (po 16tej!) stanowczo za długo jak na plan dzisiejszego dnia. Ruszamy dalej…

W końcu plaża Saint-Anne. Podobno najpiękniejsza plaża Gwaelupy. Złoty piasek, czysta woda, palmy pochylające się nad brzegiem oceanu, słowem plaża dokładnie taka jaką wyobraża sobie mieszkaniec Polski. Czasu na niej jest niewiele, pół godziny, może godzinę. Cóż, w końcu „plażowania” nie lubię, nudzi mnie i zabiera tak cenny czas, którego w czasie wyjazdu jest tak niewiele…W każdym razie trochę pływania, trochę podglądania ptaków, konsumcja przywiezionego (w końcu na plaży kosztują majątek!) kokosa i… trzeba wracać do Petit-Bourg. Powrót, robi się już ciemno. Wbiegam na taras otaczający dom, szybki prysznic i kolacja. Czytanie na tarasie jest bardzo przyjemne, także nocą. Ciekawe jest także obserwowanie przyrody w sztucznym świetle. Obserwacja: mimo, że kwiaty zostały ścięte przed tygodniem i rzucone na ziemię, nie więdną. Ciekawe. Równie ciekawe są odgłosy Gwaelupy. Szczególnie przyjemnie jest słuchać języka mieszkańców. W teorii to język francuski, w praktyce zaś kreolski. Jeśli ktoś nie lubi języka francuskiego, albo uważa, że jest to język trudny w wymowie to powinien przyjechać na Gwadelupę… przekona się szybko, że jest w błędzie. Czas na wyspie płynie dla mieszkańców bardzo powoli, dla turysty (szczególnie, gdy to ostatni dzień) bardzo szybko. Już po 21. Pora kłaść się spać… Jutro trzeba będzie pożegnać się z Gwadelupę…

Comments

comments