Z Chile do Peru czyli opowieść o długiej podróży autobusami…

Wstajemy wcześnie rano. W San Pedro de Atacama jak zwykle zimno, aby nie powiedzieć lodowato. Kilka warstw koców tak elektryzuje, że można by – w mojej ocenie – przy użyciu energii elektrycznej, która powstaje podczas snu bez problemu, rozświetlić kilka żarówek. Dziękować niebiosom, że spakowaliśmy się wczoraj. Śniadanie. Jak zwykle skromne. Jedna bułka, trochę masła, trochę dżemu. Czy na tym śniadaniu jest czegoś „dużo”? Owszem! Chłodu dookoła, kawy oraz herbaty. Można nawet wybrać różne rodzaje herbaty, w tym tak egzotyczne dla Europejczyków, jak np. herbata o smaku mate. Ciepłe napoje sprawiają, że humor się poprawia. Nawet bardzo. Do odjazdu autobusu została godzina. Powoli zbieramy plecaki i zmierzamy na dworzec. San Pedro de Atacama ma ten plus, że tutaj wszystko jest w miarę blisko siebie. No dobrze, prawie wszystko. Dworzec autobusowy jest jak na złość – dość daleko. Niemniej, w dwadzieścia minut szybkim marszem można do niego dotrzeć. Na szczęście mamy dość dokładną mapę (będzie ona umieszczona w naszym Przewodniku po Chile i Wyspie Wielkanocnej. Kilkanaście minut przed odjazdem autobusu meldujemy się na dworcu. Rozpoczyna się jeden z dłuższych etapów podróży… Na pewno będzie jednym z bardziej męczących. Autobus do Calamy kosztuje nas 2500 pesos. Tam zamierzamy przesiąść się na kolejny autobus, który zabierze nas do, leżącej pod peruwiańską granicą, Arici.

Pierwotnie chcieliśmy jechać do Boliwii, ale niestety… zima ma swoje uroki i prawa. Drogi w Andach zablokowane. Powodem o dziwo nie jest leżący na nich śnieg (z tym doskonale sobie mieszkańcy kraju by sobie poradzili), ale protest i blokada dróg przez miejscową ludność Transportu brak. Cóż… spróbujemy wgryźć się do Boliwii od strony Peru. Autobus jest wygodny, klimatyzowany. Niemniej, niezbyt „świeży”. Czuć, że przez kilkanaście godzin podróżowali nim turyści i miejscowi. Przyjechał z Arici. Teoretycznie moglibyśmy jechać z San Pedro bezpośrednio do drugiego celu naszej podróży, ale po pierwsze bilet jest dużo droższy, po drugie bylibyśmy w Arice wieczorem, a nocne przekraczanie jakichkolwiek granic jest zawsze bardziej kłopotliwe niż robienie tego w dzień. Zamierzamy ponownie pospacerować po Calamie, obejrzeć to, co do obejrzenia zostało i wyruszyć do Arici nocnym autobusem. Wysiadamy na dworcu w Arice nieco połamani. Jakoś spanie w autobusie (mimo, że wygodniejsze niż w samolocie w klasie ekonomicznej) mi nie służy. Dworzec łatwo znaleźć. Leży przy głównej ulicy naprzeciwko restauracji. Jemy obiad, zwiedzamy, na chwilę zaglądamy do lokalnego kasyna (raczej dla zabicia czasu, niż aby oddać się hazardowi, ale zabawa jest przednia☺). Potem, niestety, kilka godzin czekania. Autobus do Arici mamy o 23.30. Pod kątem oszczędności na noclegach godzina niemal idealna (na miejscu będziemy o 7 rano). Pod kątem zmęczenia fizycznego, nie najlepsza, ale coś za coś. Dworzec w Calamie to dziwne miejsce. Spędzenie tutaj kilku godzin sprawia, że człowiek może wiele się nauczyć, ale jednocześnie wiele znienawidzić. Weźmy na przykład takie psy. Bezpańskie psy w ilości kilkunastu bawią się na dworcu. Niektóre proszą o jedzenie, inne podkradają je z plecaków. Jeszcze inne zażarcie gryzą się nawzajem, walcząc o już zdobyte kawałki pokarmu. Można długo patrzeć na psie zachowania, swoistą walkę o przeżycie. Wszystko jest wspaniale dopóki sami nie staniemy się obiektem zainteresowania psów. Jeśli ktoś nie wierzy, że jest to średnio przyjemne sugeruję, aby wyobraził sobie kilka bezpańskich (i bardzo dużych) psów, które jednocześnie podchodzą do człowieka (i jego plecaka) i dość jednoznacznie (szczerząc raczej ostre kły) dają do zrozumienia, że uprzejmie proszą o jedzenie, a jeśli go nie dostaną to zabiorą sobie same… Niemniej udaje się jakoś opędzić od „najlepszych przyjaciół człowieka” i oddać lekturze oraz obserwacji zachowania innych turystów (zadziwiające jak ławo można ustalić kraj pochodzenia podróżnych) oraz miejscowych.

Autobus podjeżdża punktualnie. Wsiadamy i… można iść spać. Linia Tur-Bus, którą jedziemy, ma bardzo wygodne fotele. Niestety oprócz wygodnych foteli niewiele tutaj dodatkowych luksusów. Autobus jest wypełniony do ostatniego miejsca. Cóż… trzeba przeżyć. Na szczęście zmęczenie bierze górę i większość czasu śpimy. Budzi nas rano niesamowity widok za oknem. Jedziemy ponad chmurami. Widok rzeczywiście niesamowity. Autobus, droga, a niżej chmury, do których zbliżamy się z każdą minutą, aby w końcu zagłębić się w obłokach. Widoczność spada zaledwie do kilku metrów (a chwilami do mniej niż metra). Przeżycie na pewno warte zapamiętania. Szkoda tylko, że nie możemy wysiąść, aby zrobić kilku zdjęć…

Arica. Miasto portowe. Jedno z najważniejszych miast portowych w Chile i jedno z najładniejszych. Niestety nie mamy czasu, aby przyjrzeć mu się bliżej (będzie czas w drodze powrotnej do Santiago – w którymś z kolejnych wpisów o tym napiszę). Teraz powiem tylko, że miasto to jest znane jako – la ciudad de la eterna primavera – „miasto zdjęciewiecznej wiosny”. Wysiadamy na dworcu Rodoviario. Przechodzimy na drugi dworzec „międzynarodowy”. Tutaj do wyboru są dwie możliwości dojazdu do Limy, która jest naszym celem. Pierwsza (najdroższa) kupić bilet bezpośrednio w Arica na dworcu. Koszt: 35 tyś pesos. Drogo i niezbyt mądrze. Druga: wsiąść w regularny autobus do Tacna i tam kupić bilet do Limy. Koszt autobusu: 2000 pesos. Niewiele, ale… nie polecam tego rozwiązania z dwóch powodów. Po pierwsze autobusy są strasznie zapchane, a po drugie… jadą strasznie wolno i na granicy mamy murowanych co najmniej kilka godzin czekania w BARDZO długiej kolejce (zob. zdjęcie). Trzecia opcja (my z niej korzystamy i ja ją polecam) to skorzystanie ze zbiorowej taksówki. Kosztuje ona 4 000 pesos za osobę + 300 zł opłaty dworcowej. Nawiasem mówiąc i tak trzeba by ją uiścić – nawet jeśli korzysta się z autobusu. Za te pieniądze oprócz transportu dostaniemy gotowe dokumenty do okazania na granicy (pośrednik, czyli firma transportowa je wystawia – wystarczy dać paszport kierowcy) oraz profesjonalną opiekę kierowcy. Opieka ta jest zaś rzeczą bezcenną. Po pierwsze w interesie kierowcy jest, aby jak najszybciej nas dowieść i skasować swoje 4 000 pesos. Co za tym idzie, nie ma żadnych przerw w podróży. Po drugie kierowca zna się z celnikami i pogranicznikami i… zamiast stać w długiej kolejce na kontroli celników peruwiańskich (niestety do kontroli chilijskiej odstać swoje trzeba), kierowca zabiera nasze paszporty, idzie do zaprzyjaźnionego pogranicznika, załatwia pieczątki i dokumenty, i poza kolejką grzecznie nas przeprowadza przez przejście dla pasażerów samochodów osobowych (95% ludzi jedzie tańszymi autobusami i stoją w ogromnej kolejce). Oszczędność kilku godzin za równowartość około 10 zł gwarantowana. Jeśli ktoś uważa, że przesadzam, proszę wyobrazić sobie autobus, a w nim 50 osób. Ogromnie długą kolejkę (tysiące osób i tylko kilka okienek paszportowych), darmowe toalety i turystów pragnących zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie na granicy. Autobus zaś musi czekać do ostatniego pasażera… albo i nie… Oczywiście, jeśli ktoś ma duuuuuużo czasu i np. tak jak my nie śpieszy się na autobus do Limy, to jak najbardziej może skorzystać ze zwykłego autobusu. W każdym innym przypadku polecam colectivo. ☺ Jest jeszcze jeden sposób, aby dojechać do Tacna z Arica. Sposób, który dla wielu podróżników jest najbardziej atrakcyjny i najbardziej „orientalny”, a może lepiej powiedzieć, że „kolonialny”, gdyż pozwala poczuć się trochę jak w XIX wieku. Sposób ów polega na tym, aby przejechać zabytkową koleją (wagony nadal są z drewna!) między tymi dwoma miastami. Na pewno przejazd (trwa kilka godzin) przez pustynię zabytkowym pociągiem jest czymś prawie już nie spotykanym we współczesnym świecie. Więcej o tym sposobie w naszym przewodniku po Chile i Wyspie Wielkanocnej.

Tacna to najbardziej na południe wysunięte miasto Chile. Do Limy mamy stąd prawie 1200 km. Dość szybko udaje się znaleźć autobus w przyzwoitej cenie. W przeliczeniu 60 zł za osobę. Wiele nie udaje się stargować, ale spacer po wszystkich agencjach sprzedających bilety robi swoje ☺ Autobus wygodny (generalnie w Peru są autobusy dużo wygodniejsze niż w Chile) i udaje się zdobyć miejsce z przodu pojazdu. Piękne widoki gwarantowane! ☺ Mamy 3 godziny do odjazdu. Można rozejrzeć się na dworcu, coś zjeść. Zrobić zakupy i skorzystać z Internetu. W końcu niższe ceny. I w końcu można się targować. Te dwa czynniki sprawiają, że Peru od razu przypada mi do gustu. 😉 Jemy w miejscowej kawiarni miejscowego hamburgera + kilka DSC_7175kanapek przed samym odjazdem. Korzystamy z Internetu w kawiarence (1 sol za pół godziny) no i rzecz jasna wymieniamy walutę. Niestety musimy to zrobić na dworcu, a kurs (mimo, że się targujemy) nie jest zbyt korzystny. 100 dolarów = 276 soli. Normalnie powinniśmy dostać co najmniej 11 soli więcej, ale… nie bardzo mamy wybór, więc wymieniamy. Z karty kredytowej można by wyjąć po korzystniejszym kursie, ale… bankomat na dworcu nie bardzo chce współpracować z moim MasterCardem. Cóż, takie uroki bankomatów w Ameryce Południowej. Nie zawsze się lubią z europejskimi kartami – zwłaszcza kredytowymi. W końcu wsiadamy. Kierunek: Lima. Pierwszych kilka godzin to kilka kontroli policji, celnych i bezpieczeństwa. Peru ma to do siebie, że kontroli autobusów nie przeprowadza się na granicy, ale kilkanaście kilometrów od granicy, na autostradzie. Dość irytujące zwłaszcza, gdy po około pół godzinie jazdy zatrzymujemy się i… bagaż poddawany jest drobiazgowej kontroli. Swoją drogą niektóre przepisy celne w Peru są dość dziwne, np. można mieć 1 laptop i 1 tablet. Pytanie za 100 punktów, czy jeśli miałbym bardzo duży (np. 7 calowy) telefon i ipada to mam już 2 tablety i muszę zapłacić cło? Hm… dziwne są niektóre przepisy celne w Peru. Kilka kontroli i w końcu można postarać się zrelaksować. Udaje się nam nawet zasnąć (mimo że jest dość zimno). Budzimy się nad ranem, świta. Pięknie prezentuje się droga (kilka zdjęć niżej). Przed 7 rano wjeżdżamy do Limy… najdłuższy jednorazowy etap podróży się zakończył (mapka niżej prezentuje ile dotychczas przejechaliśmy!).  [mappress mapid=”7″]

Comments

comments