Z Poznania do Agadiru. Maroko w 7 dni!

Mam strasznie duże opóźnienia w pisaniu na moim podróżniczym blogu. Kilka podróży już odbyłem (o których muszę napisać), jestem w trakcie kolejnej i kilka kolejnych mam w planach. Mam nadzieję, że uda mi się choć odrobinę nadrobić, siedząc w samolotach J! Powodem opóźnienia są dwa szalenie ciekawe projekty, które rozwijam. Pierwszy to od ponad roku już istniejący projekt Biblia Taniego Latania. Oprócz książki organizuję szkolenia online i „offline”, no i rzecz jasna warsztaty poświęcone tematyce taniego podróżowania. Drugi projekt to pierwszy w Polsce magazyn poświęcony taniemu podróżowaniu: Magazyn BTL – pierwszy numer już jest i to zupełnie za darmo! Wracając jednak do przeszłości. Od mojego powrotu z Tallina minęło kilka dni i znów znalazłem się na Lotnisku Ławica w Poznaniu. Po kolei jednak…

Podróż do północno-zachodniej Afryki przydarzyła mi się  przypadkiem. Pierwszy raz od dłuższego czasu jadę sam. Cała podróż zorganizowana została nieco na „wariackich papierach”. Siedząc nad darmowym rozdziałem do Biblii Taniego Latania (można go pobrać TUTAJ) i przeglądając błędy w systemach rezerwacyjnych linii czarterowych, natrafiłem na bardzo tanie bilety z Poznania do Agadiru. Przelot w dwie strony za 197 zł! Niewiele się namyślając, kupiłem i… okazało się to decyzją słuszną, gdyż zaraz po tym jak na mojej skrzynce e-mail wylądował e-tix (bilet elektroniczny) cena biletów na zakupione przeze mnie połączenie w wybranej dacie podskoczyła do 425 zł. Znów super tania podróż! No tak… nieco last minute, bo bilet kupiony w środę wieczorem, a samolot w piątek o godzinie 14.00. Taki już urok błędów taryfowych.

Na Lotnisko Ławica w Poznaniu dotarłem kilka minut po 13.00. Ileż to już razy wsiadałem na nim do samolotu… Z niewielkim opóźnieniem, kilka minut po 14.00 samolot linii Enter Air oderwał się od pasa startowego, obierając kurs na Agadir. Podróż lotem czarterowym to przeżycie samo w sobie. Dzięki zawarciu kondominium z szefową pokładu dostałem zgodę, aby przesiąść się do jednego z pierwszych rzędów w samolocie, gdzie było pusto. Jakoś tak już jest, że jeśli ktoś pierwszy raz leci samolotem to (co jest nawet miłe) odczuwa silne emocje z tym związane, które niestety czasami są dość uciążliwe dla osób, które pragną np. pisać wpis na blog J. Na szczęście nieco się odseparowawszy (co miało ten plus, że jako pierwszy otrzymywałem zamówienia ze „Sky Baru”), mogłem spokojnie zacząć pisać ten wpis.

Lotnisko w Agadirze przywitało mnie upałem. Ogromnym upałem. Szybka kontrola na punkcie „imigration office” i trzeba znaleźć taksówkę. Niestety po wyjściu z lotniska przywitał mnie napis „Oficjalne ceny taksówek” i niżej wypisane wartości. Dodatkowo niestety tylko jeden taksówkarz był „dostępny” – innych pojazdów brak i niewiele ponad 20 MAD udało się utargować. Koszt przewiezienia mnie do hotelu – horrendalny jak na Maroko: 200 dirhamów (około 80 zł!). Zameldowanie i można wybrać się na pierwszy spacer po tym marokańskim mieście. Ponieważ Agadir został zniszczony w czasie trzęsienia ziemi w 1960 roku, nie ma tutaj zbyt wielu zabytków. Zginęło wówczas 15 tysięcy osób, dalsze 20 tysięcy straciło dach nad głową, a miasto całkowicie utraciło swój „marokański” charakter. Agadir utracił wówczas swoją medynę, czyli „starą dzielnicę”. Terminem tym określa się w miastach Afryki Północnej tę część metropolii, gdzie mieszczą się targi, „stare miasto” i główny meczet.

Z hotelu do oceanu mam jakieś 10 minut spacerem. Spacer głównym bulwarem, kolacja w nadmorskiej restauracji i pora wracać spać. Jutro ruszam do Marrakeszu! Kilka fotek z podróży poniżej :-). 

Comments

comments