Zwiedzić Marrakesz w 72 godziny. Część pierwsza — szlakiem marokańskich bram

Poranek. Zimno, mimo że jestem na pustyni i mamy prawie lato! Taki już urok pustyni, Sahary zwłaszcza (wiem, wiem… to jeszcze nie Sahara), że nocą prawie zero stopni, a w dzień nie da się wytrzymać w upale. Wygrzebuję się spod koca i siadam do hotelowego śniadania na tarasie. 7.00 rano, kilkanaście stopni. Gorąca kawa na modłę arabską z ilomaś tam kilogramami kofeiny i cukru w filiżance. Hotel, który wybrałem, jest osobliwy. Skryty między budynkami niemal slumsów, ale — jak na warunki marokańskie — wręcz luksusowy. Ogromne łóżko, które powstało w ten sposób, że na kamiennej podłodze ułożono około 3 metry kwadratowe materacy o grubości prawie metra. Wygodnie i ciepło. Przy łóżku stoliczek, na nim dzbanek herbaty, szklanka i nieco słodyczy marokańskich. Dzbanek opróżniłem wieczorem, na szczęście do śniadania podano mi nowy dzbanek i nie tylko herbatę, lecz także kawę i sok pomarańczowy. Zagaduję właścicieli tego przybytku, czy dużo turystów się tutaj zatrzymuje. Jestem pierwszym od miesiąca. Dziwne jak dla mnie. Przypuszczam, że slumsowa okolica sprawia (chociaż slumsy to nie są, ale tak wyglądają), że turyści, nieco odstraszeni, nie mają ochoty zagłębiać się w zakamarki ulic starego miasta.

Rozgrzałem się i ruszam na Dżemaa el-Fna. Plac o poranku to ciekawe miejsce. Puste, jakby bez życia. Kupuję nieco orzechów i kieruję się ku meczetowi Kutubijja — jednemu z najpiękniejszych tego typu obiektów w Afryce Północnej, który stał się wzorem dla późniejszych budowli. Muzułmanie z tej części świata szczególną estymą darzą jego minaret — wysoki na 69 metrów, wzór setek, jeśli nie tysięcy, innych minaretów. Widać go z każdego zakątka miasta i jest to idealny punkt orientacyjny. Meczet-gigant, aczkolwiek nie tak imponujący, jak ten w Casablance.

Meczet (właściwie jego pierwowzór) wzniesiono w połowie XIII wieku za rządów sułtana Abd al-Mumina. Niestety pierwotna budowla została… od razu rozebrana. Architekci nieprawidłowo wymierzyli ściany, a tym samym mihrab nie wskazywał kierunku na Mekkę. Pozostałości pierwotnej konstrukcji można nadal oglądać obok współczesnego meczetu — łatwo je rozpoznać po wystających z ziemi szeregowo ułożonych ociosanych kamieniach. Meczet, tym razem z poprawnym układem ścian, zbudowano obok fundamentów dawnej świątyni. Nazwa Kutubijja znaczy tyle, co „meczet dla bibliotekarzy”. Nazwa wzięłaś się stąd, że przez wieki przy meczecie znajdował się targ, na którym handlowano książkami. Wchodzę do ogrodów otaczających świątynię, aby nieco odpocząć i z bliska przyjrzeć się minaretowi. Ogród jest otwarty całą dobę, a wstęp jest wolny. Wysoką na 11 metrów wieżę wzniesiono z piaskowca, a wieńczy ją  iglica z czterema kulami, które wyglądają jakby ponawlekano je na stalową konstrukcję. Ciekawa jest geneza takiego założenia architektonicznego. Pierwotnie kule miały być wykonane ze złota. O ile same kule to nic niezwykłego (prawie każdy meczet w Maroko je posiada – symbolizuję Mekkę, Medynę i Jerozolimę), o tyle tutaj nie o fakt istnienia kul, co o ich liczbę chodzi. Zamiast trzech, na wieży są aż cztery kule. Zgodnie z miejscowymi podaniami czwartą kulę ze złota kazała wykonać jedna z żon sułtana, która przeznaczyła na ten cel cały swój majątek. Chciała ona w ten sposób odkupić grzech, jakiego się dopuściła —nie pościła w ramadanie. Nie wiemy, dlaczego kula powstała i w jakim celu. Faktem jednak jest, że do dziś uczeni wiodą spory o jej genezę.

Obejrzawszy meczet, ruszam pod Bab Agnaou — najpiękniejszą z bram, która prowadzi do starego miasta. Monumentalne fortyfikacje otaczające Marrakesz zachowały się w doskonałym stanie i świadczą o niegdysiejszej potędze miasta. Najstarsze fragmenty murów miejskich sięgają XII wieku. Większość pochodzi z wieku XVI. Patrzę na ogromną bramę, staram się przyjrzeć detalom, co jest dość trudne, jeśli ciągle coś przejeżdża. Szybka decyzja — ruszam pieszo wzdłuż murów, aby obejrzeć wszystkie bramy! Trochę to szalone w tym upale i wobec faktu, że do przejścia jest kilkanaście kilometrów, ale… dlaczego właściwie tego nie zrobić? Wszak nie można poznać żadnego miejsca dokładnie, jeśli nie przemierzy się go na własnych nogach. Nie poznałbym topografii Konstantynopola, gdybym murów morskich nie obszedł na własnych nogach. Podobnie nie ogarnąłbym umysłem wielkości piramid w Gwatemali, jeśli na nie nie wszedłbym w pocie czoła. Mury to wyzwanie, ruszam je obejść. Przecież to tylko kilkanaście kilometrów…

bramy marrakeszuPotężne mury zostały zbudowane z konieczności. W XII wieku almorawidzki (ta dynasta rządziła Marrakeszem) sułtan Ali Ibn Jusuf. Jego plan był tyleż odważny, co szalony — chciał zbudować fortyfikacje, które przetrwają wieki. Wykorzystano niemal wszystkie możliwości i zasoby ludzkie, ale w 8 miesięcy powstały fortyfikacje, które miały długość bagatela 10 kilometrów, były wysokie na 9 metrów, a wyposażono je w 200 warowni i 20 bram. Tempo budowy było rekordowe. Całość otoczono dodatkowo… fosą. Nie wiadomo, czy mokrą, czy suchą, ale sam fakt jej istnienia, gdy odkopano pozostałości po niej, wywołał w środowisku archeologów niemałą sensację. Ponieważ tak tempo budowy, jak i warunki naturalne wykluczyły kamień jako materiał konstrukcyjny, mury zostały wzniesione z ubitej gliny. Materiał ten, który francuzi nazywali pisé de terre, wykorzystywali w budownictwie już starożytni Fenicjanie, a technikę tę przejęli od nich Rzymianie. Mieszanka słomy, wapna i gliny okazała się niezwykle wytrzymała. Pigmenty zawarte w glebie nadały murom czerwony kolor, co stało się wizytówką miasta. Przez tysiąclecia mury broniły stolicy sułtanów. W XIX wieku rozrastające się miasto przestało mieścić się wewnątrz obwarowań. Jednocześnie sułtani byli coraz bogatsi. Jeden z nich, Abd er-Rahman, postanowił rozszerzyć mury miasta i włączyć w jego obręb imponujące ogrody. Tak sobie siedzę i patrzę, i zastanawiam się, dlaczego polskie autostrady nie są budowane w takim tempie.

Do dziś mury Marrakeszu są powodem do dumy mieszkańców i symbolem miasta. Pytam miejscowych, ile właściwie jest bram w tych murach. I tu zaczyna się pewien problem. Wszyscy zgodnie twierdzą, że bram jest 22, ale… nie bardzo potrafię taką liczbę zlokalizować na mapie. Albo mapy są niedokładne, albo miejscowi nie bardzo wiedzą, o czym mówią. Szukam czegoś do jedzenia i ruszam wzdłuż murów. Mimo najlepszych chęci 22 bram nie udało się odnaleźć, a cała wyprawa przebiegała według schematu bram miasta zarysowanego po lewej.

Medina Gate Bab Agnaou,Po kolei jednak. Pierwszą, najważniejszą i najbardziej imponującą z bram jest Bab Agnaou. Jest uważana (i słusznie) za najpiękniejszą z bram wiodących do medyny. Wchodzi się przez nią do zachodniej części miasta. Zbudował ją Jakub al.-Mansur, jeden z najbardziej „barwnych” sułtanów Maroka. Jest to też jedyna pozostałość po „starych” bramach miejskich. Była ona kluczowym elementem fortyfikacji z tej strony miasta. Obecnie pozbawiona wież strażniczych nadal zachwyca. Od końca XII wieku Bab Agnaou stanowiła główne wejście do siedziby sułtana. To co ją wyróżnia spośród całej długości murów to… materiał, z jakiego została wzniesiona. Mimo problemów logistycznych z transportem została wzniesiona z kamienia. Tysiące robotników angażowano w to, aby z gór Kaliz dostarczyć kamień na budowę. Nie wiemy, skąd wzięła się nazwa bramy. Miejscowi twierdzą, że Bab Agnaou znaczy tyle, co brama czarnych ludzi. Nazwę urobiono stąd, że pierwotnie prowadziła do pałacu i nazywała się Bab al.-Quasr, czyli „Brama Pałacowa”. Przybywający stąd kupcy z terenów subsaharyjskich wyróżniali się wyjątkowo ciemnym kolorem skóry.

Opuszczam bramę i wzdłuż murów miejskich kieruję się ku Bab Ksiba. Uchodzi ona za najstarszą bramę miejską zachowaną w niezmienionym kształcie. Ponoć wzniesiono ją za czasów Almohadów, tzn. w pierwszej połowie XII wieku. Ponieważ brama prowadzi bezpośrednio do kasby, gdzie znajdowały się pałace królewskie, zawsze szczególnie dbano o to, aby zachowała się w dobrym stanie — dziś można ją podziwiać dlatego, że ostatni z królów Maroka, Hassan II, który panował w latach 1961–1999 nakazał jej gruntowną restaurację. Ponoć nie tyle chodziło mu o to, żeby ratować zabytek, co o utrzymanie władzy. Jedna z beduińskich legend mówi bowiem, że królestwo tak długo przetrwa w Maroku, jak długo bramy miasta pozostaną niewzruszone.

Kilkanaście minut marszu (po drodze zdjęcia i sok pomarańczowy) i docieram do Bab er Robb, która przez wieki stanowiła wejście do południowej części medyny. Dalszy marsz doprowadza mnie do Bab al-Dżadid. Zrobić  tutaj zdjęcie czy przyjrzeć się czemukolwiek to prawdziwe wyzwanie. Natężenie ruchu jest ogromne — tuż za bramą rozpościera się jedna z modnych dzielnic mieszkalnych: Hivernage.

Mury w tym upale wydają się nie mieć końca. Mimo że omal nie zostałem rozjechany i stratowany, kontynuuję marsz i w końcu dochodzę do bramy zachodniej, czyli Bab Knob. Zbudowano ją za czasów francuskiego protektoratu nad Marokiem, aby połączyć medynę z ville nouvelle, czyli nowym miastem, gdzie mieszkali głównie urzędnicy i wojskowi oraz co bogatsi Marokańczycy.

Francuska brama nie jest zbyt ciekawa z mojego punktu widzenia. Znacznie bardziej interesująca jest Bab Doukkala, która zbudowana została w XII wieku. Pierwotnie stanowiła ona część murów, ale w XX wieku w czasie zmian w strukturze architektonicznej miasta wydzielono ją z murów — ze względu na zabytkowy charakter nie została rozebrana.

Kieruję się na północ (mapa mapą, ale dobrze mieć kompas). W końcu docieram do najbardziej na północ wysuniętej bramy miasta Bab al-Chami, która imponuje ilością zdobień. Bramę zdobi także niewielki marabut, czyli grobowiec, gdzie złożono doczesne szczątki jednego z miejscowych świętych. Nawiasem mówiąc, brama jest nazywana Bramą Siedmiu Świętych, a nazwa ma upamiętniać siedmiu pielgrzymów i patronów miasta.

marakesz2Idę dalej na wschód. Upał coraz bardziej daje się we znaki, ale udaje się dopaść sprzedawcę soku pomarańczowego. Główną ze wschodnich marokańskich bram jest Bab ed-Debbagh. Po przejściu przez nią wchodzę na teren garbarni. Można wejść na dach, ale… mam pecha. Akurat zamknięte. Kilkanaście minut marszu i jestem pod kolejną z bram na wschodniej części miejskich murów. To Bab Aylen — jedna z najważniejszych z historycznego punktu widzenia marokańskich bram. Stanowiła ona centralny punkt oporu w czasie oblężenia Maroka przez Almohadów w roku 1129. Nazwę swoją brama wziąć miała od plemienia, którego członkowie najbardziej zażarcie bronili wejścia do miasta. Długi masz doprowadza mnie do jednej z najbardziej interesujących i najbardziej imponujących bram miasta, a jednocześnie ostatniego punktu w tym planie dnia, który zakładał obejrzenie obwarowań Maroka. Ostatnią z bram jest Bab Ahmar, co tłumaczy się jako „Czerwona Brama”. Stanowi ona swoisty łącznik między dzielnicą żydowską a położonym tuż za murami cmentarzem miejskim. Zbudowana została w XVII wieku, a korzystać z niej mógł wyłącznie sułtan. Spod bramy można było bardzo szybko dostać się do pałacu. Do dziś brama jest imponującym dziedzictwem historii. Puszczono pod nią ruch samochodów, a obok trasy asfaltowej znajdują się chodniki.

Bardzo męczące kilka godzin, ale ustaliłem, że z 22 bram miejskich zachowała się mniej niż połowa (chyba że mnie oczy mylą i bram rozpoznać już nie potrafię). Mimo że „turystycznie” szlak nie był najbardziej imponujący, to spacer ten pozwolił mi zrozumieć, jak wielkim miastem musiał być Marrakesz jeszcze 100 lat temu, gdy najszybszym sposobem obejścia miasta było objechać je konno. Takich doświadczeń próżno szukać, jeżdżąc autobusem turystycznym czy też taksówką. Skoro mury już zbadane — pora wejść do środka. Stara medyna czeka.

Comments

comments