
Deszcz zastał nas, gdy wysiedliśmy z autobusu w Anuradhapura. Zaraz, wysiedliśmy z autobusu w zaginionym mieście? Dokładnie tak. No ale dlaczego ono jest zaginione skoro wysiada się w nim „z autobusu”? Taka właśnie jest Sri Lanka. Paradoks goni paradoks… Pisząc zaś cokolwiek na blogu, trzeba te paradoksy tak poukładać, aby narracja miała jakikolwiek sens. Czasami jest to zaś o tyle trudne, co wręcz niemożliwe…
Legenda…
Aby powiedzieć cokolwiek o Anuradhapura, trzeba opowiedzieć legendę. Legenda przechodzi w historię spisaną na kartach syngaleskiego buddyjskiego państwa, którego stolicą była właśnie Anuradhapura. Według legendy początek miastu miała dać mniszka buddyjska Sanghamitta. Przybyła ona na Cejlon i ofiarowała Devanampiyatissowi gałąź ze świętego drzewa Bodhi, pod którym miał medytować i doznać oświecenia Budda. Drzewo rośnie do dziś dnia i jest to najstarsza tego typu roślina na świecie – co zostało udokumentowane. Jakby nie liczyć drzewo ma ponad 2600 lat. Anuradhapura była miastem gigantycznym. Do dziś nie odkopano wszystkich budynków ją tworzących. Ogrom sprawił, że było ono nie do obronienia w przypadku najazdu zbrojnego i po kilkuset latach rozwoju, w XI wieku wraz z upadkiem państwa, miasto opustoszało. Dżungla zawładnęła tym terenem i pozostało ono tylko w legendach o „ogromnym, bogatym i tajemniczym” mieście w sercu Cejlonu. Legendy o „zaginionym mieście” inspirowały rzesze podróżników i awanturników. Zainspirowały także brytyjskiego gubernatora Cejlonu, który nakazał zorganizowanie kilku ekspedycji w poszukiwaniu miasta. W końcu, w roku 1820, jedna z wypraw odkryła potężne ruiny Anuradhapura. Brytyjczycy nie zdawali sobie długo sprawy, jakich rozmiarów była metropolia. Obecnie szacuje się, że obejmuje ona obszar prawie… 40 kilometrów kwadratowych, a znaczna jej część nie została przebadana przez archeologów.
Czasy obecne…
Kilka kilometrów od odkrytych przez brytyjską ekspedycję ruin zaczęło rozwijać się nowe miasto. Przybywali do niego ludzie różnej maści: od drwali i poszukiwaczy skarbów poczynając, poprzez urzędników i oficjalne delegacje, których celem była eksploracja okolicznych terenów na potrzeby korony brytyjskiej, a na zbiegach z więzień kończąc. Miasto osiągnęło pod koniec XIX wieku znaczne rozmiary – zarysował się jego obecny kształt. Właśnie w tym mieście – Anuradhapurze wysiadamy przy głównej drodze, przy przystanku autobusowym, który ma stanowczo bardzo umowny charakter.
Na szczęście deszcz był chwilowy. Łapiemy tuk-tuka i każemy się wieść do hotelu. Dziwne, ale pierwszy raz mamy problem ze złapaniem Tuk-Tuka. Dziwna ta Anuradhapura – myślę sobie… pojazdów stoi ogrom, ale większość kierowców ma dziś wolne i załatwia swoje prywatne sprawy. W końcu udaje się i jedziemy. Po drodze, jak zwykle, dogadujemy się z kierowca, że następnego dnia zabierze nas do „secret city”. Upewniamy się, że zna on ruiny i stanowiska archeologiczne. Trudno wyobrazić sobie zwiedzanie bez własnego pojazdu. Upał, ogromne odległości i – co nie mniej istotne – brak czasu, wszak nie spędzimy tutaj tygodnia, a zaledwie dwie noce. Koszt wynajęcia pojazdu z kierowcą (po twardych targach): 2 000 rupii. Szacujemy czas pracy kierowcy na 6-8 godzin. Najpewniej tyle zajmie zwiedzanie. Kilkanaście minut jazdy i meldujemy się pod hotelem.
Dzięki promocji na HRS udało się znaleźć bardzo przyzwoity hotel. Leży on na uboczu, niedaleko stąd do lotniska. Jest ciepła woda i klimatyzacja! Do tego przybory toaletowe i bardzo wygodne łóżko. Spędzimy tutaj AŻ 2 noce – jaka to miła odmiana po poprzednich noclegach. Nie chodzi bynajmniej o to, że w jakikolwiek sposób przeszkadzają mi spartańskie warunku – po prostu czasami miło się wykąpać i wyszorować. Prysznic, wyjedzenie resztek jedzenia, które nam zostały i ruszamy zwiedzić „nowoczesną” Anuradhapurę. Generalnie miasto rozwinęło się wokół głównej ulicy, która co jakiś czas przecinana jest rondem. Robimy zakupy, kilka zdjęć, obiad (ohydny tym razem rice&curry) i wizyta w banku. Jednak „luksusowy” hotel kusi tym, aby odespać ostatnich kilka dni. Noc… Mimo że okna są plastikowe, nie ma mrówek i generalnie „europejskie” warunki, to odgłosy dżungli są słyszalne i w połączeniu z dźwiękiem wirującego wiatraka sprawiają, że zasypianie jest bardzo przyjemne…
8 rano – pobudka. Śniadanie w hotelu (tak dobrego jeszcze nie jedliśmy!) i Tuk-Tukiem, który już na nas czeka, jedziemy na podbój starożytnej Anuradhapury! Na początek jedziemy do muzeum, gdzie kupujemy bilety. Za 25 dolarów możemy zajrzeć do każdego zakamarka kompleksu archeologicznego oraz zwiedzić wspomniane Muzeum Dźetawanarama. Obejrzawszy zbiory (warto to zrobić na początku!) układamy sobie, stojąc przy makietach prezentujących dawną Anuradhapurę, plan zwiedzania. Chcemy obowiązkowo obejrzeć kompleksy klasztorne: Ruwanweli, Dźetawanarama i Abajagiri wraz z muzeami do nich przyległymi. Plan konsultujemy z kierowcą, aby upewnić się, że zna on teren. Zwiedzanie samodzielne jest tutaj prawie niemożliwe. Po pierwsze ogromne odległości do pokonania (min. kilka kilometrów między obiektami), a z drugiej fatalne oznaczenie stanowisk archeologicznych, a nawet klasztorów, sprawia, że nie ma sensu bawić się w szukanie po omacku. Tytułem wstępu do zwiedzania wyjaśnić należy dlaczego są tutaj aż 3 buddyjskie klasztory? Otóż zanim ujednolicono buddyzm (200 lat po upadku Anuradhapury) były w państwie syngaleskim 3 główne nurty w buddyzmie. Każda gałąź miała swój klasztor wraz z przyległymi terenami. Nie zawsze zaś mnisi z poszczególnych klasztorów za sobą przepadali, stąd też tak ogromny teren zajmuje całe miasto.
Zwiedzanie czas zacząć! Pierwsze kroki kierujemy ku drzewu Sri Maha Bodhi – najstarszemu drzewu na naszej planecie. Zwiedzanie trzeba koniecznie rozpocząć w tym miejscu, gdyż tutaj znajduje się budka strażnicza, gdzie sprawdza się bilety. Drzewo jest niewielkie i strzeżone niczym twierdza. Zbudowano dla niego specjalne rusztowanie i nawet pielgrzymi nie mogą przejść prze betonowe barierki je otaczające.
Obejrzawszy drzewo (niezbyt imponujące w mojej ocenie) kierujemy się ku Brenzen Palace. Obecnie po pałacu pozostała platforma, a na niej… 1600 kolumn. To na nich wspierał się dach gigantycznego pałacu. Niewiele z tego zamkniętego obecnie dla zwiedzających kompleksu zostało. Teksty pisane mówią o tym, że pałac miał 10 pięter i 1000 pokoi. Patrząc na tego kolosa z zewnątrz, można odnieść wrażenie, że opisy nie są wytworem fantazji autorów zwłaszcza wobec faktu, że technika budowy wysokich budynków na Sri Lance była wysoko rozwinięta od co najmniej 2500 lat. Pałac, który pałacem był tylko z nazwy, gdyż mieścił się tutaj klasztor, wzniesiono w II wieku przed Chrystusem. Było to dzieło życia króla Dutugemunu. Nazwa kompleksu wzięła się stąd, że miał był pokryty dachem wykonanym z brązu (inne przekazy mówią, że z miedzi). Jeśli to prawda, to przyznać trzeba, że moce produkcyjne lankijskich zakładów metalurgicznych 2000 lat temu były porównywalne z tym, co w Europie i USA osiągnięto w XIX wieku…
Obejrzawszy pozostałości pałacu, niestety tylko z zewnątrz, kierujemy swoje kroki ku Ruwaneli. Nazwą tą określa się gigantyczną, wysoką na 55 metrów stupę, która góruje nad klasztorem. Została ona zbudowana przez króla Dutugemunu. Jej śnieżnobiałe ściany lśnią w słońcu i już z daleka informują o minionej potędze tego władcy. Na szczycie stupy umieszczono kryształ w kolorze szafiru. Skupia on promienie słoneczne i sprawia, że patrząc z daleka można z łatwością stupę dostrzec, a patrząc na nią z bliska, nie można zbyt długo się jej przyglądać, gdyż skupione w krysztale światło w końcu pada na nas i oślepia. Stupa ta to jeden z najważniejszych punktów pielgrzymek żyjących na Cejlonie Buddystów. Zgromadzono w niej liczne relikwie w tym kości Buddy. Podchodzimy nieco przytłoczeni jej ogromem. Jest ona otoczona ogrodzeniem, na które składają się 344 głowy kamienne słoni. Zdejmujemy buty. Przechodzimy przez kontrolę osobno dla kobiet osobno dla mężczyzn i wchodzimy na teren przybytku. Mimo że pielgrzymów tu wielu, to miejsca jest także dużo – ogrom kompleksu można ogarnąć umysłem dopiero kiedy przejdzie się wraz z tłumem przez wąską bramę i nagle… robi się pusto wokół nas, gdy każdy pójdzie w swoją stronę na placu. Na terenie kompleksu znajduje się niewielka świątynia oraz… sporo małp, które groźnie spoglądają na turystów i pielgrzymów, czając się na jedzenie, które ewentualnie ze sobą oni przynieśli.
Obejrzawszy stupę, ruszamy na północ. Po przejściu około pół kilometra dochodzimy do najstarszej stupy w Anuradhapura nazywanej Tuparama. Niewiele już dziś zostało z tej najbardziej imponującej budowli w Anuradhapura w czasach jej świetności. Archeolodzy ustalili, że pierwotna stupa była bardzo bogato zdobiona rzeźbami i płaskorzeźbami, a kolejni królowie Sri Lanki rywalizowali ze sobą w tym, który z nich pozostawi po swoim panowaniu najbardziej imponujące zdobienia. Zbudowano ją w IV wieku przed Chrystusem, a miał się w niej znajdować prawy obojczyk samego Buddy, który to król Sri Lanki Devanampija Tissa miał otrzymać, jako nagrodę za to, że „nawrócił się” na buddyzm.
Obejrzawszy ruiny, wracamy do Tuk-Tuka i jedziemy do Klasztoru Dźetewanarama. Chcemy na własne oczy zobaczyć gigantyczną stupę, o nazwie takiej samej jak klasztor, która obecnie (po częściowym zawaleniu się) mierzy bagatela… 70 metrów! Szacuje się, że pierwotna konstrukcja miała około 125 metrów – rozmiar niewyobrażalny. Dość powiedzieć, że jej 70-metrowa pozostałość jest do dziś dnia najwyższą ceglaną budowlą na ziemi. W chwili ukończenia budowy była trzecim najwyższym obiektem na ziemi – zaraz po egipskich piramidach. Budowa tego kolosa trwała kilkanaście lat, a ogromną rolę odgrywały w niej słonie, które udeptywały kruszywo między poszczególnymi warstwami cegieł. Robimy zdjęcia, podziwiamy ogrom budowli i wracamy do Tuk-Tuka. Jedziemy na cytadelę. Niewiele z niej pozostało, ale ruiny pozwalają wyobrazić sobie jej ogrom… Kilka zdjęć i z przerażeniem stwierdzamy, że od kilku godzin krążymy po ruinach. Trzeba stanowczo przyśpieszyć kroku. Szybkim marszem do Tuk-Tuka i jedziemy do pozostałości po Klasztorze Abajagiri.
Kompleks Klasztorny Abajagiri został ufundowany przez króla Valagambahu I, który panował w pierwszym wieku przed narodzeniem się Chrystusa. Klasztor stał się szybko centrum naukowym Cejlonu. Wynikało to z faktu, że tutejsi mnisi bardzo dużo podróżowali, byli otwarci na nowości ze świata oraz byli uważani za przedstawicieli „reformatorskiego” buddyzmu. Oczywiście bardziej konserwatywne klasztory w Anuradhapura niemal natychmiast uznały tutejszych mnichów za „heretyków” i okazywały im wrogość. Król Valagambahu pragnął, aby klasztor dorównał pozostałym. Zbudował tutaj stupę o wysokości ponad 70 metrów, która do dziś dnia jest jedną z największych atrakcji Anuradhapura. Kolejna stupa, kolejne zdjęcia… trochę zaczynam tracić rachubę w budowlach, które już widzieliśmy. Ogrom miasta przytłacza nawet dziś, gdy mamy aparaty cyfrowe i kierowcę do dyspozycji.
Wracamy do naszego kierowcy i jedziemy do najodleglejszego z klasztorów, który de facto leży poza Anuradhapura. Jest nim Isurumunija. Kompleks znajduje się na uboczu. Kilkanaście minut trzeba jechać, aby tu dotrzeć. Został on założony przez króla Devenampija Tissa i do dziś pełni istotną rolę religijną. Zdejmujemy buty, kupujemy bilety i ruszamy zwiedzać. Wita nas posąg Buddy, który wyrzeźbiono w skale. Spacerujemy między pozostałościami basenów, które służyły w czasach świetności klasztoru do rytualnych ablucji. W czasie spaceru widzimy (jak podają dzienniki brytyjskich podróżników odkrywających w XIX wieku Cejlon) „najpiękniejszą płaskorzeźbę na wyspie”. Jest ona absolutnie wyjątkowa, gdyż przedstawiono na niej konia, który był zwierzęciem niemal niespotykanym na Cejlonie.
Zbliża się wieczór… pora wracać do Tuk-Tuka i do naszego hotelu. Jutro łapiemy z samego rana autobus do Negombo. Wracamy nad ocean, na złoty piasek…