
Chyba jak dotychczas najtrudniejsze chwile w całej mojej trasie miały miejsce w Gorakhpurze. Gorakhpur jest miastem w Indiach oddalonym około 100 km od granicy z Nepalem. Wszystko zaczęło się jednak całkiem miło… O 7.15 miałem pobudkę w moim hotelu w Parku Narodowym Chitwan w Nepalu. O 8 śniadanie i około 9 moi gospodarze zawieźli mnie (w czasie strasznej ulewy) na dworzec autobusowy. Dostałem bilety do ręki i jadę do granicy z Indiami. Zajęło mi to około 5 godzin (z parku narodowego do granicy jest około 150 km). Celem moim było przejście w Bhairahawa (nazywane tak przez Nepalczyków) lub Sonauli (idąc za Indyjską pieczątką w paszporcie). Leży ono blisko miejscowości Lumbini znanej z tego, że urodził się w niej Budda. Autobus więc był w połowie wypełniony japońskimi i europejskimi turystami. Wszyscy oni jednak w Lumbini wysiedli i zostałem sam. Jak się okazało, autobus zatrzymał się około 4 km od granicy, złapałem miejscowy autobus i na dachu tego pojazdu (kosztował nas 10 rupii nepalskich na osobę) dojechałem do przejścia granicznego. Dojazd do przejścia oraz same przejście wygląda następująco…
Potem na własnych nogach przekraczam niczym mrówka granicę, silę się, aby znaleźć imigration office (nie jest to łatwe, gdy w praktyce jest to stół pod strzechą przy którym siedzi 4 podstarzałych panów dających, lub nie, pieczątki), i ruszam szukać transportu do Gorakhpuru. Było to o tyle proste, że transport sam mnie znalazł (dosłownie) i po krótkim targowaniu się za 80 rupi (normalna stawka wynosi 100) jadę do oddalonego o około 100 km miasta. Była godzina 15, i o 20 miałem mieć pociąg do oddalonego o ponad 1200 km Amitsaru. Dojechałem na miejsce około 18.30… i miałem potężny problem najpierw z wymianą waluty (kantorów brak, a bankomaty nie chciały naszych kart), a potem jeszcze większy kłopot ze znalezieniem kasy, w której można by kupić bilety. Gdy po około godzinie znalazłem miejsce, gdzie było to możliwe, okazało się, że nie ma szans na zakup biletów na pociągi na najbliższe dwa dni! Wszystko wykupione. Co więcej zakup biletu wymaga wypełnienia skomplikowanego formularza co samo w sobie łatwe nie jest (trzeba np. znać dokładny numer pociągu, którym się chce jechać!). Zrezygnowany wracam pod dworzec i myślę co robić… Znalazłem w końcu agencję turystyczną. Normalnie bilet na naszej trasie kosztuje 1400 rupii w klasie pociągu o nazwie 2A. W agencji za dopłatą 550 rupii zarezerwowali mi bilet (kombinując przy tym niemiłosiernie). Mając już bilety zaczynam szukać hotelu. W pierwszym po obejrzeniu pokoju uciekłem przed jaszczurkami w pokojowej łazience, w drugim przed grzybem i karaluchami, w trzecim, czwartym i piątym nie mieli wolnych pokoi…W końcu znalazłem pokój. Nieco ponad 3 dolary za osobę za dobę, łazienka przeraża, ale nic w niej nie pełza a w pokoju prawie nie śmierdzi moczem i odchodami…Zdjęcia tego nie oddają, ale i tak je wstawiam.
Mając już pokój, pora pomyśleć o jedzeniu. Ostatni posiłek jadłem rano, a mamy już 21 na zegarze. Idę szukać jedzenia. Kupiłem coś do picia i jakieś suchary w sklepiku, a gdy szliśmy dalej wciągnięto mnie do restauracji. Restauracja…w Indiach to słowo nabiera nowego znaczenia. Dzielnica restauracyjna, tutaj jadaliśmy razem z miejscowymi. Z zewnątrz wygląda LEPIEJ niż w środku. Ponieważ toaleta i sala restauracyjna stanowiły jedno pomieszczenie (na środku sali załatwia się swoje potrzeby a dookoła się jada posiłki) dlatego nie robiliśmy wewnątrz zdjęć. Jedzenie było całkiem smaczne, a gdyby zostało podane na talerzu i dodano do niego sztućce (tutaj je się tylko rękami – nieumytymi bo wody brak – więc zastanówcie się zanim skorzystacie z toalety, bo ani papieru, ani wody ani muszli klozetowej nie uraczycie – zamiast tego będzie dziura w podłodze) byłoby całkiem wykwintne. Okazało się także, że byłem niezwykłą atrakcją lokalu, ciągle ktoś przychodził, witał się i nam dziękował. Nie wiemy dlaczego i za co, ale było to miłe. Przed restauracją widok roztacza się taki jak na zdjęciach niżej. Za restauracjami znajduje się mój hotel. Na pierwszy rzut oka dzielnica hoteli wygląda gorzej niż najbardziej przerażające polskie blokowisko – strach było go brać. Mój hotel to ten niebieski budynek w tle. Aktualnie siedzę w naszym ,,przytulnym’’ pokoju, internetu brak, ciepłej wody brak, prysznica brak, okna w pokoju też brak, mamy za go jedno gniazdko elektryczne i jedną żarówkę. Mamy dziś 27.07.2011 rok. Nie wiem kiedy uda mi się umieścić ten post na blogu, ale na pewno będę już w tedy w innym miejscu i mam nadzieję będzie chociaż prysznic w łazience.