
Najlepsze wina w centralnym Chile są produkowane w trójkącie jaki tworzą miasta: Santiago, Valparaiso oraz Viña del Mar. Celem na dziś jest odwiedzenie dwóch ostatnich miast oraz podglądanie okolicznych winnic. Wstajemy o godzinie 4 nad ranem. To jeden z kilku plusów jakie daje podróżowanie do Ameryki Południowej. W Poznaniu mamy 10 rano (i taki czas wskazują nasze zegary biologiczne). Tutaj 4 nad ranem a my jesteśmy wypoczęci i wyspani! Niestety śniadanie w hotelu zostanie podane dopiero o godzinie 6.30 więc trzeba wypełnić czas planowaniem dnia, kolejnym czytaniem przewodnika po Chile, który testujemy w praktyce, a który będzie miał premierę za kilka tygodni oraz pisaniem na blogu ☺ Obfite hotelowe śniadanie sprawia, że musimy nieco czasu spędzić w pokoju – aby odpocząć po jedzeniu. Ruszamy kilka minut po 8 rano na dworzec autobusowy. Kursów do Valparaiso jest wiele. Cechą zaś ich wspólną jest to, że rozpoczynają się na dworcu Alameda. Z tego dworca odjeżdżają też wszystkie dalekobieżne autobusy, które jadą na południe kraju. Ceny biletów o Valparaiso wahają się od 2600 do 6000 pesos. Cena jest uzależniona od obłożenia autobusu oraz czasu zakupu biletu przy czym wcześniej nie oznacza wcale taniej. Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze. W pierwszej chwili kurs miał kosztować 6000 pesos, ale… po wpisaniu naszych danych do systemu zakupowego okazało się, że autobus jedzie częściowo pusty i cena spadła do 4200 pesos za osobę ☺. Ruszamy i przez półtorej godziny możemy za oknem pojazdu podziwiać winnice…
Valparaiso. Słów kilka o historii tego miasta napisać po prostu trzeba. Zostało ono założone w roku 1536 jako port kolonialny, który obsługiwał niemal cały handel w tej części zachodniego wybrzeża Ameryki Południowej. Założył je hiszpański konkwistador Juan de Savedra. Korona hiszpańska skutecznie blokowała jednak rozwój miasta ponad założoną odgórnie miarę. Chodziło o to, aby nie powstał w tej części świata jeden duży ośrodek handlowy (bogate miasto mogłoby stać się zarzewiem buntu przeciwko władzy Hiszpanii) lecz szereg małych portów. Sytuacja zmieniła się diametralnie w roku 1818, gdy Chile odzyskało niepodległość. Niemal natychmiast port zaczął dynamicznie się rozwijać. Największe kampanie morskie ówczesnego świata dostrzegły w nim doskonałe zaplecze dla statków, które płynęły z Europy na zachodnie wybrzeże USA (nie było jeszcze Kanału Panamskiego). Okręty po tym jak udało im się pokonać niebezpieczny Przylądek Horn musiały gdzieś się zatrzymać, aby uzupełnić zapasy – Valparaíso idealnie się do tego nadawało. Z jednej strony było położone w strategicznie świetnym punkcie (ciepłe prądy morskie niemal „wpychały” płynące wzdłuż wybrzeża Ameryki Południowej statki do tutejszego portu) a bliskość Andów i bardzo żyzne tereny dookoła gwarantowały doskonałe zaopatrzenie statków na dalszą podróż. Na początku XX wieku Valparaiso znane było jako „perła Pacyfiku”. Dzięki prawie 20 luksusowym hotelom, aktywnemu życiu mieszkańców, ożywionemu handlowi i międzynarodowej atmosferze miasto odebrało rangę stolicy, mniej barwnej i spokojniejszej miejscowości Santiago.
Wysiadamy z autobusu. Jest ciepło i przyjemnie. Gdyby taka zima panowała w Polsce zapewne nikt nie narzekałby na nasz klimat. Na dworcu znajduje się informacja turystyczna w której personel mówi po angielsku. Jaka miła odmiana, że nie trzeba męczyć się z językiem hiszpańskim ☺ Nawiasem mówiąc w mieście są jeszcze 2 inne punkty informacji turystycznej. Drugi znajduje się w porcie (trzeba pytać o Muelle Prat). Trzecia informacja turystyczna (najlepiej wyposażona i najbardziej kompetentna) mieści się przy Plaza Aníbal Pinto (pracownicy mówią po angielsku). Po zasięgnięciu języka i zdobyciu mapki miasta (okazuje się ku naszej radości nieco mniej dokładna (!) niż ta, którą zamieścimy w naszym przewodniku po Chile) ruszamy zwiedzać. Naprzeciwko dworca autobusowego leży pierwszy z interesujących nas zabytków. Jest nim Congreso Nacional. Budowlę zainicjował sam Augusto José Ramón Pinochet, ale nie dożył jej ukończenia. W latach 90tych obradował tutaj parlament Chile. Jednak z uwagi na fakt, że do faktycznej stolicy było stąd daleko a dojazd był chwilami nie tylko trudny, ale wręcz niebezpieczny dla członków zgromadzenia (np. w czasie zamieszek wywołanych trudną sytuacją ekonomiczną kraju) dość szybko przestał on pełnić funkcje na jakie wskazuje jego nazwa. Kilka zdjęć, zakupy pysznych lokalnych placków i ruszamy spod gmachu główną arterią miasta. Naszym celem jest serce Valparaiso czyli Plaza Sotomayor. W okolicach można odnaleźć kilka cennych zabytków architektury, jednak pamiętać trzeba, że orientacja wmieście jest bardzo skomplikowana. Odpowiednią mapkę i więcej o zabytkach w przewodniku po Chile. Będąc na Plaza Sotomayor odnajdujemy ulicę Calle Prat. Idąc nią możemy podziwiać wspaniały gmach banku. Imponujący wzniesiony z najlepszych angielskich marmurów i kutego brązu i żelaza budynek obecnie zajmuje Banco Santander. Większość elementów jakie posłużyły budowie przywieziono z Anglii – trudno się temu dziwić, w końcu była to pierwsza w tej części świata filia słynnego Bank of England. Nieco przytłoczeni monumentalnym dostojeństwem budowli ruszamy na drugi z istotnych placów miasta Plaza Aníbal Pinto. Okolice są niezwykle ciekawe, ale nie ma tutaj aż tyle miejsca, aby o wszystkim napisać – wszystko znajdzie się w naszym przewodniku po Chile. Wchodzimy na ulicę Calle Condell a na jej końcu odnajdujemy Plaza Victoria, gdzie można odpocząć w cieniu drzew i coś zjeść. Przy placu znajduje się imponujący gmach katedry: Iglesia Catedral de Valparaíso. Wewnątrz możemy obejrzeć unikatową rzeźbę Chrystusa wykonaną z kości słoniowej a w krypcie znajduje się urna z sercem chyba najbardziej znanego chilijskiego męża stanu Diego Portalesa.
Spacer uliczkami mając kolorowe domki na wzgórzach do których dotrzeć można na kilka sposobów (zob. niżej) oraz oceanem to niezwykłe przeżycie. Chwilami można zapomnieć, że jesteśmy w mieście portowym! Skoro tak to pora ruszyć do portu, którego roli dla rozwoju gospodarczego Chile nie sposób przecenić. Niestety tylko niewielki fragment portu jest dostępny dla zwiedzających, ale i tak warto tutaj się wybrać. Ogromne statki kołyszące się na wodach oceanu, zabudowa przemysłowa nabrzeża a w tle kolorowe domki, które sięgają XIX wieku. To wszystko sprawia, że spacer nad oceanem to prawdziwa przyjemność. Tutaj na brzegu oceanu, orientacja w topografii miasta jest jeszcze stosunkowo łatwa. Szerokie ulice zakręcają wraz z linią brzegową. Ale na stokach wzgórz oraz w dolinach położonych poza centrum (gdzie kierujemy na chwilę nasze kroki) układ ulic przypomina chaos średniowiecznych miasteczek – istny labirynt małych uliczek, niezliczonych chodników, schodów, wąziutkich i krętych przejść oraz ślepych zaułków. Trzeba się tu urodzić, by móc bezbłędnie znaleźć drogę, bowiem nawet najlepsze plany miasta są zawodne. Jednym z wielu elementów orientacyjnych jest 15 linii naziemnych kolejek liniowych, ascensores. Niektóre z nich wjeżdżają na wzgórza, więc za drobną opłatą kilku pesos można oszczędzić sobie trudu wspinaczki. Pomalowane na czerwono lub żółto wagoniki widać co prawda wszędzie, gorzej jest jednak ze znalezieniem przystanków. Kolejki te, a kursowały niegdyś na 28 trasach, powstały w latach 1883-1932 i należą do mistrzowskich osiągnięć techniki. Dzięki nim można godzinami zwiedzać miasto. My niestety nie mamy tyle czasu. Kilka zdjęć (siłą rzeczy patrząc na kolorowe wzgórza nie sposób nie mieć skojarzeń ze znanymi z Rio de Janeiro favelami – różnica jest taka, że tutaj jest znacznie bezpieczniej) i pora ruszać a dworzec autobusowy. Zegarek wskazuje godzinę 14.00. Za chwilę podjedzie minibus, który zabierze nas do miasta ogrodu…. Viña del Mar. O tym będzie jednak już w kolejnym wpisie.