
Aby dostać się z Polski do Ameryki Południowej można lecieć zasadniczo na 3 sposoby. Pierwszy (dla ludzi dość zamożnych) polega na tym, aby dolecieć do jednego z portów przesiadkowych w Europie Zachodniej (Frankfurt, Paryż, Londyn, Madryt, Rzym) i następnie bezpośrednim samolotem dolecieć do Brazylii, Peru czy Argentyny. Jest to opcja najdroższa (średnia cena za taki bilet to ok 3 do 4 tysięcy zł). Sposób drugi to spróbować upolować promocyjny bilet z Hiszpanii liniami Air Europa lub z Niemiec (Air Berlin, Condor). W promocji można znaleźć taki bilet za około 400 euro (plus dolot ewentualnie dojazd do portu wylotowego – od kilku do kilkuset zł). Jest też trzecia możliwość, którą ja preferuję, a polega ona na szukaniu błędów taryfowych. W ten sposób udało się znaleźć bardzo tani bilet na trasie Genewa – Rzym – Rio de Janeiro – Rzym – Amsterdam. Do tego dzięki promocji w Polskich Liniach Lotniczych LOT oraz drugiej promocji w Lifthansie udało się dokupić przelot na trasie Poznań – Monachium – Genewa i powrót Amsterdam – Warszawa – Poznań. Summa summarum dzięki kilku nieprzespanych nocach spędzonych na wyszukiwaniu tanich lotów i błędów taryfowych mogę siedzieć właśnie w samolocie (pilot mówi, że na wysokości 9 km nad ziemią) lecącym do Monachium i pisać ten post.
Wylot z Poznania nie zapowiadał się dobrze. Od kilku dni na lotniskach w Polsce panował straszny chaos, Mgły skutecznie uziemiły samoloty. Wczoraj do godziny 11-tej nic z Poznania nie wyleciało ani w Poznaniu nie wylądowało. Dziś rano jednak okazało się, że widoczność w stolicy Wielkopolski (mimo mgieł) to zawrotne 300 metrów i samoloty mogą latać. Lecimy… Lot do Monachium był przyjemny i krótki. Zaskoczył mnie serwis – jak na Lufthansę bardzo pozytywnie. Skromna sałatka mięsno-warzywna podana na ostro i do tego sucharki. Do picia kawa oraz cola light. Do Monachium przylecieliśmy punktualnie. Krótkie oczekiwanie (zaledwie 50 minut) i rozpoczął się boarding na lot do Genewy. Dojechaliśmy autobusem do samolotu, pan kierowca dłuższą chwilę potrzymał nas w niepewności, a później
oznajmił: “Machine ist kapput” (przy czym “machine” oznaczało samolot)… Obsługa lotniska (chyba w ramach okazania poczucia humoru) postanowiła powozić nas autobusem dookoła samolotu. Po około 40 minutach zapadła decyzja, że…muszę zmienić samolot. Przepakowywanie bagażu, przesiadka i kilka innych rzeczy sprawiły, że zamiast o 15.25 wystartowaliśmy o 16.40. Lot miał trwać godzinę, a kolejny lot do Rzymu o 18.40. Rzutem na taśmę (po nerwowym oczekiwaniu na bagaż i sprincie do stanowiska odprawy biletowo-bagażowej) udało się zdążyć. Samolot linii Alittalia zaskoczył mnie pozytywnie. Właśnie czekam na kolację i wykorzystuję czas na pisanie na blogu. Kolacja idzie… Ciekawi mnie ogromnie co rzucą. Pokarm w Polskich Liniach Lotniczych LOT czy większości połączeń Lufthansy jest bardzo skromny a chwilami wręcz żałosny. Dość powiedzieć, że np. na trasie z Wiednia do Warszawy uraczono mnie ostatnio… małym princepolo i sokiem. Może tutaj będzie jakieś MIĘSO? Zobaczymy…Niestety, mięsa nie było.Nie było nawet makaronu. Za to podano wino, sucharki i kawę. Za około 40 minut lądowanie w Rzymie i nieco ponad 3 godziny do kolejnego lotu…
Rzym. Lotnisko Fumicimio jest jednym z dwóch najważniejszych lotnisk wiecznego miasta. Latanie za ocean właśnie z niego ma swoje plusy i minusy. Do pierwszych zaliczyć należy bez wątpienia stosunkowo niewielką ilość lotów międzykontynentalnych. Dzięki temu nie ma tutaj bardzo dużego rozgardiaszu a dokładne i jasne oznaczenia sprawiają, że łatwo się tutaj odnaleźć. Wadą tego lotniska przy dalekich wyprawach jest to, że samoloty latają z terminalu G. Aby się do niego dostać trzeba podjechać (działającym tylko w jedną stronę – nie można się cofnąć) lotniskowym pociągiem. Sam terminal jest niewielki (kilkanaście gat-ów). Nie ma tutaj dostępu do darmowego Internetu (godzina płatnego wi-fi kosztuje 29 euro!). Co więcej nie ma tutaj żadnych w miarę tanich punktów gastronomicznych (na innych terminalach można odwiedzić np. McDonald), a najtańsza kanapka czy mały kawałek pizzy kosztuje 10 euro (kawa niecałe 10 euro). Cóż uroki wolnego rynku i braku konkurencji. Na samolot spory tłum ludzi (naocznie stwierdzam, że jest wypełniony niemal do ostatniego miejsca) czekał w prawie 3 godziny. Boarding był szybki i zgodnie z planem o 23.30 maszyna oderwała się od ziemi obierając kierunek na Rio de Janeiro. Obecnie przelecieliśmy około 1000 km. Lecimy na wysokości 11 km, z prędkością 857 km/h a na zewnątrz
temperatura to minus 67 stopni. Cóż… lot potrwa w sumie 12h 30min. Czas można zabić bawiąc się pokładowym systemem rozrywki (osobiście gapiłem się na mapę GPS ze zmieniającą się pozycją samolotu: nie tylko dlatego, że mój pilot do widocznego na zdjęciu monitora nie za bardzo chciał działać). Może się zdrzemnę… ale to za chwilę bo właśnie idzie kolacja. Wreszcie MIĘSO! Swoją drogą to serwis AItalii jest absolutnie najlepszym jaki otrzymałem w samolocie. Oprócz doskonałego włoskiego wina (było też do wyboru piwo, soki, woda i inne napoje) to do wyboru był makaron lub panierowany filet z indyka (bardzo duże kawałki) serwowane z groszkiem i ziemniaczkami pieczonymi. Do tego sałatka owocowa, świeże pieczywo, szynka parmeńska oraz włoskie sery. Najedzony, nieco oszołomiony winem i zmęczony zasypiam…. Dobranoc .