
Ktoś, kto ląduje po raz pierwszy w Rio de Janeiro, może doznać szoku w wielu sferach. Przede wszystkim pierwsze, co rzuca się w oczy, to lotnisko. Port lotniczy Rio de Janeiro-Galeão (a trzeba wiedzieć, że należy on do największych w kraju!) wygląda jakby od swojej przebudowy w 1952 roku (gwoli ścisłości wybudowano go w roku 1923) nie uległ żadnej, absolutnie żadnej zmianie, jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny. Stanowi on bowiem połączenie żelbetonowego schronu z hangarem na samoloty. Wielkie, masywne, przytłaczające i betonowe coś, co nazywane jest lotniskiem. Dla kontrastu, ten “cud” techniki otoczony jest przerzedzoną dżunglą, która rzuca się w oczy natychmiast po wyjściu z terminalu. Klimat przypomina trochę Indie w porze deszczowej. Bardzo wilgotno, bardzo duszno, ale na szczęście nie bardzo gorąco bo tylko 25 stopni. Z lotniska najszybciej i bardzo wygodnie dostać się można niebieskim autobusem “premium”, który zatrzymuje się pod terminalem przylotów. Koszt to 12 reali czyli niecałe 20 zł. Jedzie się pół godziny, a wysiąść można w wielu punktach miasta. Jeszcze mała dygresja. Alitalia ma doskonałe godziny startów i lądowań w Rio de Janeiro gdyż samolot wylądował o 8 rano czasu miejscowego. Odprawa paszportowa jest relatywnie sprawna i po niecałej pół godzinie stania w kolejce po pieczątkę (deklarację celną obsługa rozdała na pokładzie, a jej “podbicie” to w istocie formalność) można iść po bagaż. Summa summarum po około półtorej godzinie od wylądowania (wliczając posiłek po przylocie w postaci gotowych hamburgerów z Żabki) i zdobyciu dostępu do Internetu (na lotnisku można za darmo korzystać z wi-fi, mimo że na kilku stronach internetowych czytałem, że nie ma darmowego Internetu).
Rio de Janeiro jest miastem ogromnym. Ogrom bardzo szybko daje znać o sobie. Przede wszystkim chyba każdy turysta pierwsze skojarzenie, jakie ma z tym miastem, to ogromna figura Chrystusa. Pierwszym mini szokiem jest to, że figura ta jest niewidoczna z miasta… w sumie nawet nie wiadomo na które wzgórze patrzeć (bo wszystko jest przykryte chmurami). Drugie wrażenie to ogromne, ciągnące się wokół okolicznych wzgórz dzielnice biedy, zwane fawelami. Fawele najczęściej są opisywane jako slumsy ciągnące się dookoła Rio de Janeiro. Zazwyczaj w Polsce słyszy się o nich w kontekście organizowanego w 2014 roku przez Brazylię Mundialu oraz Olimpiady w 2016 roku. W tym kontekście pojawiają się one jako siedlisko przestępczości, z którym muszą sobie poradzić władze miasta, aby móc w spokoju zorganizować wspomniane imprezy. Czym jednak w istocie są fawele? Prawdą jest, że są to dzielnice nędzy. Prawdą jest także to, że skupia się tutaj przestępczość oraz ludzie marginesu społecznego. Przede wszystkim mieszkają tutaj jednak zwykli ludzie, zazwyczaj pracownicy fizyczni w najmniej atrakcyjnych zawodach. Fawele są określane mianem “wzgórz utraconych nadziei”, mimo że światowe, a także polskie media wolą używać nazwy “wzgórza hańby”. Ich historia sięga roku 1888 kiedy to w Brazylii zniesiono niewolnictwo. Robotnicy (głównie na plantacjach) nie potrafili sobie poradzić z otrzymaną i wyczekiwaną wolnością i… zostawali na plantacjach panów. Mimo głodowych pensji ich los został przesądzony przez rozwój techniki, który pozwolił na przemysłową obróbkę trzciny cukrowej oraz bawełny. Byli niewolnicy imigrowali za pracą do miast. Zamieszkiwali okoliczne wzgórza i stopniowo popadali w coraz większą nędzę, a nieustanny napływ nowych “mieszkańców” sprawiał, że rósł też ścisk, gdyż nawet największe wzgórza nie mogły pomieścić wszystkich. Skutek ostateczny jest taki, że najbardziej reprezentacyjne dzielnice miasta zajmują slumsy, a mało który hotel w Rio de Janeiro może pochwalić się tak pięknym widokiem z okien swoich pokoi, jaki mają na co dzień najubożsi mieszkańcy faweli. W sumie jest ich tutaj co najmniej 600 a żyje w nich ponad 2 miliony ludzi.
Wracając jednak do zwiedzania. Po tym jak udało się dotrzeć do hotelu pojawił się problem najbardziej banalny z możliwych. Wszystkie kantory w niedzielę zamknięte, a bankomaty nie akceptują mojej karty kredytowej. Trzeba zwiedzanie połączyć z poszukiwaniem kantoru. Po krótkiej wizycie na plaży Ipanema (leży ona w dzielnicy ludzi bogatych w przeciwieństwie do Copacabany, która leży przy dzielnicach uważanych za biedniejsze) i pierwszym zamoczeniu się się Oceanie (dla jasności w ubraniu co prezentuje załączony obrazek) trzeba iść nieco bardziej do centrum. Okazuje się, że wszystko zamknięte i…konsekwencją tego jest dość długi spacer przez pół miasta (podobno chodzenie po nocy nie jest najmądrzejsze) do hotelu. Cóż…. spacer długi i wyczerpujący bo pamiętać trzeba o 12 godzinach lotu, których nie udało się zniwelować dobrym nastrojem i radością z dotarcia do celu. Z zaśnięciem nie ma problemu. Rano po śniadaniu kierunek: Stare Miasto. Cóż, nie jest może najstarsze jeśli mierzyć miarą europejską. Za to bardzo ciekawe. Wcześniej jednak po przestudiowaniu planu linii metra (koszt przejazdu to 3.60 reala) nie można nie zwrócić uwagi na stację o nazwie Maracanã. Właściwa nazwa stadionu o którym słyszał każdy fan futbolu to: Estádio Jornalista Mário Filho. Leży on tak blisko stacji metra, że grzechem byłoby go nie zobaczyć. W końcu to… historia futbolu w czystej postaci.
Zbudowano go między 1948 a 1950 rokiem. Jego pojemność to… cóż… można powiedzieć, że w zależności od potrzeb. Na najważniejszych meczach mieścił po 200 tysięcy kibiców. Mieszkańcy Brazylii (i nie tylko) są przekonani, że jest to absolutny cud architektury. Jak na czas powstania był budowlą niezwykłą, z którą żaden inny obiekt nie mógł się równać. Jest to też najważniejsza świątynia futbolu dla każdego Brazylijczyka, a futbol w Brazylii to coś między religią a fanatyzmem. Estádio Jornalista Mário Filho jest stadionem narodowym, a także jako jedyny obiekt sportowy na świecie stanowi (w oparciu o konwencję Haską z 1954 roku) dobro narodowe, będące obiektem szczególnej ochrony na równi z flagą czy hymnem. Etymolodzy wywodzą nazwę stadionu „Maracanã” od nazwy małej rzeki „Maracanã”, przepływającej w sąsiedztwie stadionu (obecnie płynie podziemnym kanałem). Ta z kolei pochodzi od nazwy popularnej w Brazylii papugi “ary maracany” (Primolius maracana). Wokół zbudowanego stadionu powstała z czasem dzielnica, którą także nazwano Maracanã.
Stadion robi ogromne wrażenie. Obecnie jest przebudowywany. W istocie przebudowa ta przypominać będzie nieco budowę Stadionu Narodowego w Warszawie. Różnica polega na tym, że tutaj pozostawiona zostanie historyczna “skorupa” tzn. widoczne na zdjęciu elementy a całe wnętrze zbudowane zostanie na nowo. Cóż… mieścił 200 tysięcy ludzi więc miejsca jest dość. Futbol jest drugą religią Brazylii. Pierwszą jest chrześcijaństwo, którego ślady i wpływy będą obiektem kolejnego wpisu. Każdy turysta bowiem oglądając miejscowe świątynie w różnych częściach miasta może nabawić się niemal schizofrenii, gdyż nawiedzając je ma się stany od skrajnego zachwytu nad pięknem architektury i religijności do krańcowego zniesmaczenia i przerażenia (żeby nie powiedzieć zohydzenia), widząc “nowoczesne kościoły”. O tym jednak, i nie tylko o tym w kolejnym wpisie .