
Powrót do Rio de Janeiro trwał ponad 34 godziny. Gdy wysiada się z klimatyzowanego autobusu, w którym panuje temperatura około 20 stopni, oznacza to szok termiczny. Fala termiczna, ogromnego, ponad 40 stopniowego gorąca uderza we wszystkie partie ciała. Najpierw trzeba dostać się z Centralnego Dworca Autobusowego do hostelu. Pierwsze pół godziny zajmuje dojście do metra. Maszeruję w upale, przy bardzo ruchliwej drodze z ciężkim i niestety rozpadającym się już plecakiem. Po dotarciu do metra jest już dużo łatwiej i chłodniej (środki transportu są klimatyzowane). Hostel jest niedaleko stacji więc szybko można odpocząć.
Ostatnie dwa dni pobytu w Rio poświęcić trzeba na to, czego obejrzeć się nie udało przy pierwszym podejściu. Cel pierwszy, znana na całym świecie figura Chrystusa. Pomysł zbudowania statuy w Rio de Janeiro pojawił się już w 1921 roku i miała nią zostać głowa Kolumba, umieszczona na Głowie Cukru (Pão de Açúcar). Jednak to idea Hektora da Silvy Costy spotkał się z największym uznaniem, a na jego realizację zaczęto zbierać pieniądze nawet(wówczas było to oburzające) w kościołach. Pierwotny projekt przedstawiał posąg Jezusa z globem ziemskim w dłoni. Jednak w efekcie końcowym Chrystus ma rozłożone ramiona w kierunku północ-południe, którymi obejmuje mieszkańców miasta (złośliwi mówią, że tylko tych bogatych, bowiem fawele znajdują się za jego plecami). W ten sposób w 1931 roku, na 8 metrowym cokole, wzniesiono 38 metrowy pomnik Chrystusa Odkupiciela (Cristo Redentor). Waży on 700 ton. Odsłonięcie pomnika z symbolicznym zapaleniem świateł miało miejsce trzy razy: w 12 października 1931 r. – dokonał tego twórca oświetlenia Gugliemo Marconi, gdy zainstalowano nowe oświetlenie powtórzył to papieża Paweł VI, z kolei 12 października 1981 zrobił to Jan Paweł II, który uświetnił obchody 50 lat czuwania statuy nad miastem. Posąg znajduje się na wysokości 710 m. n.p.m. i jest to dużo, zważywszy, że w moim przypadku marsz rozpoczyna się praktycznie z poziomu morza. W górach początek trasy ma z reguły miejsce na sporej wysokości, a wysokości względne np. w Tatrach są z tą porównywalne. Początkowo wzgórze nazywano Górą Kuszenia, a to ze względu na wspaniały widok rozpościerający się pod stopami oglądającego. Później zmieniono nazwę na Corcovado, czyli Garbus, a to ze względu na kształt wzniesienia, które przypomina zgarbionego staruszka.
Brazylijczycy cenią sobie bardzo możliwość obejrzenia tego monumentu, dosłownie i w przenośni. Jako, że budżet zaczął się wyczerpywać, na wzgórze trzeba iść pieszo. Kolejka na szczyt kosztuje ponad 40 reali w jedną stronę! Oznacza, to, że aby jechać w dwie strony, trzeba by wydać 150 zł a to znacznie więcej niż pozostało w portfelu… W każdym razie kolejka jeździ od 8:30 do 18:30, a sama podróż trwa 20 minut. Jednak chętnych jest bardzo dużo i sporo czasu trzeba poświęcić na czekanie na wolny wagonik. Również od razu trzeba zdecydować, czy decyduje się na podróż w obie strony, czy w jedną, bo na szczycie nie ma kas biletowych). Podejście trwa dość długo. Swoją drogą nie znalazłem informacji, aby ktoś wchodził tutaj pieszo i jakoś nikogo nie mijam po drodze. Pusta droga, tylko samochody i busy wwożące turystów. Upał, potworny upał. Pierwsze 2 km w słońcu, potem trochę lepiej bo zaczął się największy las miejski na świecie – Narodowy Parki Tijuca, który sam w sobie jest niezwykle ciekawy. Podzielony został na trzy części, a na każdą z nich możnaby poświęcić cały dzień. Aż trudno uwierzyć, że miejsce to zostało zalesione dopiero na początku XX wieku (wcześniej była tu plantacja kawy). Na 3200 hektarach można spotkać wiele gatunków roślin i zwierząt, a także podziwiać jeziora i wodospady. Do parku można wchodzić przez cały rok za darmo, jednak odradza się przebywania w nim po zmroku. Cała trasa, od podstawy góry ma ponad 10 km. Strażnik przy wejściu do Parku Narodowego, w którym, leży góra patrzy zdziwionym wzrokiem, że ktoś chce iść na szczyt pieszo i tłumaczy, że to daleko i dużo kilometrów. Wchodzenie ma jednak ogromny plus… widoki niezapomniane. o 2 godzinach udaje się dojść do punktów, gdzie czeka jednak niemiła niespodzianka. Okazuje się, że i tak trzeba kupić bilet za 26.5 reala (ponad 40 zł!). W cenie biletu jest busik, który podwozi podróżnych przez kilka ostatnich serpentyn. Można też dalej iść pieszo, ale bez biletu zobaczy się tylko plecy Chrystusa… Nic, nie ma wyboru. Po wejściu ostatnie 200 metrów do samej figury pokonać można ruchomymi schodami. Widoki ze szczytu niezapomniane…
Powrót trwa znacznie krócej niż wejście. Można by rzecz, że nogi same niosą człowieka i to nie jest metafora, cóż w końcu bardzo duże nachylenie drogi. Powrót do hostelu, konieczny prysznic, zjedzenie czegoś. Znowu do miasta.
Ostatnie wolne chwile poświęcić udaje się na obserwowanie brazylijskiego świętowania: wystawa szopek, nocne oglądanie 85 metrowej choinki, która już siedemnasty rok z rzędu pływa po jeziorze Rodrigo de Freitas (w upale!). Kiedyś była największą pływającą choinką na świecie… Pozostaje jeszcze wschód i zachód słońca na plaży. Ponieważ hostel znajduje się przy samej Ipanemie to nie stanowi to najmniejszego problemu. Ipanema uważana jest za najlepszą plażę w Rio. Tu spotykają się turyści i miejscowi, by grać w siatkówkę, uprawiać windsurfing, biegać… Jest ona także o wiele bezpieczniejsza i spokojniejsza od Copacabany. A dawniej o zachodzie słońca spotykali się tu zatroskani losem kraju mieszkańcy i dyskutowali, jak pomóc ojczyźnie. Kiedy tarcza słońca skryła się za widnokręgiem, bito brawo. Zwyczaj ten spotyka się tu do dzisiaj.
Rano wczesna pobudka, trzeba szybko się pakować i biec na lotnisko. Złapanie autobusu jest rzeczą trudną. Zbyt trudną, jak na tak duże miasto. Autobus kosztuje 12 reali, jedzie półtorej godziny. Korki, rzecz normalna w Rio de Janeiro. Lotnisko w Rio to miejsce dziwne. Bardzo zatłoczone, bardzo nienowoczesne i mimo wrażenia wielkiego z zewnątrz, w środku dość ciasne. Na szczęście jest tutaj Internet (bardzo wolny) oraz europejskie gniazdka elektryczne. Można naładować sprzęty. Powrót do Poznania to trochę taki slalom. Słowem ponad 30 godzin w podróży z 3 przesiadkami. Cóż, cena biletu rekompensuje niedogodności. Późną nocą udaje się wysiąść w stolicy Wielkopolski. Kolejna podróż dobiegła końca. Pierwsze wrażenie? Szok termiczny. W Brazylii ponad 40 stopni w Poznaniu –11…