Z Asunción do Rio de Janeiro

Pobudka bardzo wcześnie rano. Bardzo, bardzo wcześnie. Dworzec autobusowy w Asunción leży jakieś 7 km od hotelu Cordoba. Niestety przejechać przez stolicę Paragwaju nie jest łatwo. Autobus miejski jedzie godzinę. Dworzec w Asunción to ciekawe miejsce. Można tanio zjeść, tanio się zaopatrzyć w żywność i napoje na drogę (co okaże się potem nie jest konieczne, bo na pokładzie autobusu jedzenie się dostaje!). Wróćmy jednak do rzeczy. Centralny Dworzec Autobusowy w Asunción to miejsce, z którego można dojechać do większości krajów Ameryki Południowej. Autobusy są bardzo wygodne. Dość powiedzieć, że oprócz komfortowego fotela, własnego TV (repertuar filmów nie tylko ciekawy, ale tak dobrany, że nie trzeba znać języka, aby zrozumieć o co chodzi ) i co ważne klimatyzacja działa doskonale, chwilami zbyt dobrze (w nocy było bardzo zimno, mimo, że na zewnątrz ponad 40 stopni!). Znika moje zdziwienie, które pojawiło się, gdy w niezbędniku otrzymanym od firmy, do której autobus należał znalazłem ciepły koc! Zdjęcie obok pokazuje, że w wielu liniach lotniczych (np. w Polskich Liniach Lotniczych LOT) klasa business jest mniej wygodna niż peruwiański autobus…

Zanim ruszamy, trzeba odnaleźć się na dworcu. Po zakupach, wydaniu ostatnich drobnych jakie zostały (głównie na yerba mate, i osprzęt do jej konsumpcji), pożywieniu, napojach i odnalezieniu stanowiska, z którego autobus odjeżdża (a łatwe to wbrew pozorom nie jest) – autobus rusza. Pierwsze pół godziny mija na zachwycaniu się warunkami podróży. Nad głową miejsce na słuchawki i własne radio, do tego widoczne na zdjęciu wygodne fotele, telewizor, ogromne, panoramiczne wręcz okno (bardzo czyste – można robić zdjęcia). Jeśli do tego dołożyć czystą toaletę, która w przeciwieństwie do tych w Polskich Kolejach Państwowych nie tylko nie śmierdzi, ale pachnie (obsługa dość regularnie nawiedza ją z odświeżaczem powietrza) oraz ekspres do kawy w którym kawy i gorącej wody jest tyle ile dusza zapragnie, trudno się dziwić, że człowiek się zachwyca. Po około 3 godzinach jazdy kolejne miłe zaskoczenie. Steward obsługujący autobus zaczyna rozdawać tace. Okazuje się, że w cenie biletu wliczony jest obiad na pokładzie. Obiad bardzo smaczny i obfity, przypominający te, które dostaje się w samolotach. Na przystawkę dostaję quiche, danie główne to ryż z kurczakiem i warzywami, pieczywo, a na deser krem waniliowy polany karmelem, a do popicia wszystkiego coca cola. Mimo wygód jazda jednak jest dość długa. Po 8 godzinach docieramy do granicy z Brazylią. Niestety tym razem nie jest już tak miło i sympatycznie, jak ostatnio. Plecaki dokładnie przeszukane przez celników, sprawdzono (otwierając) nawet opakowania Yerba Mate. Cóż, co kraj to obyczaj. Celnicy Peruwiańscy byli bardziej łaskawi. Jako że innych obcokrajowców, tzn. nieprzemytników w autobusie nie było, celnik orzekł tylko “I remember You” i przystawił pieczątki. Cóż celnicy nie są zbyt lubianą nacją chyba przez nikogo…

Kilka słów o Yerba Mate. Swą nazwę prawdopodobnie zawdzięcza jezuitom, którzy przybyli do Ameryki Południowej w XVI wieku. Yerba to zniekształcony wyraz herba – zioło, a mati to w języku Indian Keczua tykwa, w której parzono zioło. Jezuici założyli pierwsze plantacje ostrokrzewu paragwajskiego, propagując picie paragwajskiej herbaty, jednocześnie chcąc zmniejszyć spożycie alkoholu. Był bowiem czas, kiedy spożywanie tego napoju było zakazane.

Obecnie istnieje ponad 180 gatunków yerba mate, którą produkuje się z suszonych, zmielonych i świeżych (tłuczonych w odpowiednich beczkach) liści ostrokrzewu paragwajskiego. W jej skład wchodzą 24 witaminy i mikroelementy oraz 15 aminokwasów. Łącznie ma 196 aktywnych komponentów (dla porównania, zielona herbata ma ich 144). W smaku przypomina herbatę zieloną z domieszką nikotyny. Dzięki tym odżywczym właściwościom, Indianie mogli wytrzymać bez jedzenia wiele dni. Dzięki tym odżywczym właściwościom, Indianie mogli wytrzymać bez jedzenia wiele dni. Początkowo pito herbatę cedząc jej liście przez zęby, jednak drobne listki często przedostawały się do ust. Zaczęto pić ją przez słomkę, a następnie przez zamkniętego z jednej strony podziurawionego bambusa. Tak powstała Bombilla, jeden z najważniejszych dzisiaj akcesoriów. Gdy zaczęto produkować metalowe Bombille, stały się one symbolem zamożności, choć do dziś stosuje się tradycyjne bambusowe słomki. Jednak duży termos, z miejscem na kubeczek i Bombillę jest stałym akcesorium praktycznie każdego mijanego na ulicy Paragwajczyka.

Po szczęśliwym przekroczeniu granicy podróż staje się monotonna, a potrwa jeszcze ponad 25 godzin. Długo, bardzo długo. Oprócz filmów w TV można podziwiać widoki. Robienie zdjęć niestety jest trudne. Mimo to udaje się uwiecznić na w miarę wyraźnym zdjęciu kilka widoków.Zazwyczaj można zobaczyć ludzi mieszkających i pracujących na ulicach albo krajobrazy…. Po 33 godzinach udaje się dotrzeć do Rio de Janeiro…

Comments

comments