
Wszystko zaczęło się od błędu taryfowego w amerykańskich liniach lotniczych United Airlines. Błąd taryfowy polegał na tym, że za bilet lotniczy zamiast 750 dolarów trzeba było zapłacić tylko około 160 dolarów. Co za okazja! Bez namysłu bilet kupiony, a że akurat i tak trzeba było polecieć za ocean w tym roku, aby ukończyć prace nad przewodnikiem po Nowym Jorku i Waszyngtonie – żal było nie skorzystać. Lot z Warszawy o 06.55 do Frankfurtu nad Menem. Potem godzina oczekiwania (niestety opóźnienie samolotu było spore) i siedząc w samolocie, który leci mniej więcej nad wybrzeżem Portugalii na wysokości 9000 metrów (odczytane z monitora pokładowego) mogę tworzyć wpis na blogu. W tym miejscu muszę poczynić pewną refleksję niezwiązaną z tematem. Przeczytałem w polskiej gazecie, którą dostałem czekając w saloniku business na samolot (jeszcze jeden powód dla którego warto zbierać punkty
w programach lojalnościowych linii lotniczych), że nasz narodowy przewoźnik, Polskie Linie Lotnicze LOT jest w defensywie, a niemiecka Lufthansa przejmuje polskich pasażerów. Jeśli mam być szczery to… nie dziwi mnie to. Porównanie wychodzi na plus dla „wrogiej” niemieckiej floty. Prosty przykład: Lufthansa karmi na pokładzie swoich samolotów i zapewnia napoje – LOT daje tylko wodę i herbatę (4 godziny w samolocie np. do Tel Aviwu i nie dokarmić pasażera to skandal moim zdaniem). Nie wróżę polskiemu przewoźnikowi światłej przyszłości. Być może nie zbankrutuje, ale polscy pasażerowie będą odchodzić, albo do tanich linii (bo są tańsze), albo do konkurencji (wyższy standard). Co do amerykańskich linii United, to kilka słów warto napisać. Otóż generalnie… tutaj wszystko jest większe. Większe porcje jedzenia, większe kubki na napoje, wygodniejsze fotele. Cóż…wszystko in plus. Do tego całkiem bogate centrum rozrywki (277 filmów do wyboru, w tym takie nowości jak np. Jobs, i wiele najbardziej znanych filmów amerykańskich z ostatnich dwudziestu lat).
Wracając jednak do tematu. Podróż do Nowego Jorku zaczęła się dokładnie 24 godziny przed startem samolotu z Warszawy. O 8 rano niezawodny (jeśli idzie o cenę) przewoźnik autokarowy PolskiBus, pozwolił odjechać z Poznania do Warszawy za 2 zł. Po 5 godzinach i 35 minutach można powitać zmrożoną stolicę. Spacer wieczorem był przyjemny, udało się zrobić kilka zdjęć (zob. obok). Pobudka o 4 rano. Nic tak nie budzi jak spacer na mrozie, więc w 15 minut z pod hotelu docieram pieszo do lotniska. Jestem na miejscu chwilę przed 5.00. Odprawa idzie bardzo sprawnie i można coś zjeść przed lotem. Lot do Frankfurtu był przyjemny. Odsypiałem wczesną pobudkę. Po raz kolejny była okazja, aby pospacerować po molochu jakim jest lotnisko we Frankfurcie. Swoją drogą jest to niezłe miejsce do nauki geografii praktycznej, bo przewoźnicy z większości krajów tutaj latają. Niektóre samoloty i linie jak np. Singapur Airlines brzmią nieco „egzotycznie”…
Do Nowego Jorku jest 9 godzin lotu. Plan na dziś: przedostać się przez odprawę na lotnisku (teoretycznie mogą mnie jeszcze zawrócić mili panowie z plakietkami Secrurity Border Officer) a następnie dotrzeć do hotelu. Lot mija sympatycznie. Przypominam sobie kilka starych, aczkolwiek nigdy nie starzejących się filmów amerykańskich. Po wylądowaniu (doświadczenie zdobyte w lataniu procentuje) szybkim krokiem idę do stanowiska odprawy paszportowej. Podchodzę do Secrurity Border Officer i okazuje się, że niezbyt miła Pani (jak to strażnik granicy) usłyszawszy, że przyleciałem zwiedzić sobie Nowy Jork próbowała jeszcze pytać czy nie mam rodziny w USA i czy nie przyjechałem do pracy, ale… po otwarciu mojego paszportu i obejrzeniu wiz i pieczątek z ostatnich kilku lat stwierdziła, że daje mi „kolejną pieczątkę do kolekcji” i mam sobie iść. Dwa razy nie trzeba mi było powtarzać. Szybkim krokiem idę po bagaż a następnie szukać swojego transportu do hotelu. Wszystkim latającym do Nowego Jorku polecam skorzystanie z metody, którą ja preferuję. Za 17 dolarów można zakupić transport z lotniska do hotelu zbiorowym minibusem. Kierowca odbiera nas z hali przylotów i zawozi pod drzwi hotelu. Prosto, tanio i wygodnie. Co więcej nie tracimy czasu (zwłaszcza jeśli jesteśmy pierwszy raz w za oceanem) na szukanie hotelu. Bilet kupujemy online i wybieramy: „Lotnisko przylotu” oraz „miejsce lub nazwę hotelu, do którego chcemy być dostarczeni”. Dla wszystkich, którzy stwierdzą, że 17 dolarów to drogo powiem tak: najtańszy transport publiczny z lotniska do miasta kosztuje około 7 dolarów. Jeśli zaś doliczy się bilet na metro lub autobus, którym trzeba dojechać do naszego lokum to często wychodzi drożej niż zbiorowy minibus. Bilety kupujemy tutaj: airlinknyc.com (warto kupować w dwie strony – wychodzi taniej). Podróż minibusem zajmuje godzinę. Nie ma korków. Po prostu, tyle się jedzie. Wymieniam kilka słów z kierowcą, który wyrzuca mnie pod hotelem, przy zachodniej stronie Central Park. Melduję się w hotelu i mimo późnej pory można ruszać zwiedzać! Cel pierwszy… o tym już w kolejnym wpisie.