
Wstałem jak zwykle bardzo wcześnie. Śniadanie dość skromne, ale wypiłem mnóstwo herbaty. Ot taka hinduska sztuczka, aby zabić pragnienie i odczucie upału. Po 8 wychodzę z hostelu. Trochę późno, ale tramwaj, który mnie dzisiaj interesuje zaczyna kursować od godziny 10.00. Ów pojazd kursuje na Tibidabo czyli na najwyższy szczyt otaczających Barcelonę gór Collserola. Wzgórze ma wysokość 512 m. n. p. m. Słów kilka o samym tramwaju. Trwamwaj kursuje od roku 1901 i obecnie korzystają z niego niemal wyłącznie turyści. Wjeżdżamy na górę i wysiadamy Estació de Plaça doctor Andreu. Na tej stacji przesiąść się trzeba na kolejkę zębatą Funicular del Tibidabo. Nazwa wzgórza – Tibidabo pochodzi z XIX wieku a nadali ją hieronimici. Ten hiszpański zakon pustelników prowadził bowiem w tym okresie intensywną działalność w Katalonii. Nazwa wzgórza została urobiona albo z łacińskiego tekstu, który jest cytatem z
Ewangelii św. Mateusza: „…et dixit illi haec tibi omnia dabo si cadens adoraveris me”, albo też ze słów Ewangeli św. Łukasza: „…et ait ei tibi dabo potestatem hanc universam et gloriam illorum quia mihi tradita sunt et cui volo do illa”. W każdym razie skądkolwiek by nie pochodziła to oznacza ona „dam ci” co wzięło się od słów, którymi diabeł kusił Jezusa. Po dotarciu na szczyt wzgórza trzeba zwiedzić kilka punktów „obowiązkowych”. Pierwszym jest Temple Expiatori del Sagrat Cor czyli Kościół Przebłagalny Świętego Serca Jezusowego. Budowany był w latach 1902-1961 najpierw przez swojego architekta Enrica Sagniera a potem przez jego syna Josepa Marie Sagniera i Vidala. Świątynia została wybudowana w stylu secesyjnym z elementami neoklasycyzmu i neogotyku. Najwyższą iglicę wieńczy ogromna figura Chrystusa z rozłożonymi rękami. Można się do niej dostać dzięki wewnętrznej windzie. Na Tibidabo znajduje się także wesołe miasteczko urządzone w klasycznym stylu. Ceny jednak są dość wysokie więc nie korzystam. Poza tym trochę szkoda czasu na zabawę. Warto jednak wspomnieć, że jest to jeden z trzech najstarszych tego typu obiektów na świecie.
Drugim celem, który zobaczyć trzeba jest La Torre de Collserola. Ta wieża radiowo-telewizyjna wraz z iglicą ma 228 metrów. Jest to najwyższa budowla Barcelony. Wieża służy głównie do obioru sygnału radiowo-telewizyjnego jednakże na 152 metrze budynku zbudowano dostępną publicznie futurystyczną platformę obserwacyjną z której rozciąga się panorama Barcelony. W ramach posiadanej Barcelona Card można za darmo wjechać na platrofmę – żal nie skorzystać! Po wjechaniu, podziwianiu panoramy kieruję się do kolejnego zaplanowanego na dziś zabytku – Monestir Pedralbes. Wstęp do tej perełki katalońskiego gotyku wybudowanej w 1326 roku mam za darmo dzięki Barcelona Card. Monastyr został zbudowany przez katalońskiego króla Jakuba II Sprawiedliwego i jego czwartą żonę Elisendę de Montcada. W klasztorze znajduje się grobowiec królowej. Dzisiaj działa tutaj niewielka wspólnota klarysek, które zajmują specjalnie przygotowane i wydzielone pomieszczenia mieszkalne. Dość oryginalny jest dziedziniec ozdobiony krużgankami, które tworzą trzy rzędy łuków (jeden nad drugim) a wspate są na niezwykle smukłych kolumnach kamiennych. Klasztor jest częścią Muzeum Historii Miasta Barcelony. Godne uwagi są XIV-wieczne malowidła ścienne znajdujące się w celach. Warto zauważyć, że klasztor dla turysty nie lubiącego tłoku to prawdziwe antidotum dla tłumnie obleganych innych zabytków. Mało kto tutaj przychodzi można więc odpocząć od tłoku.
Odpoczynek od tłumów przyda się. Kolejnym celem jest bowiem najbardziej znany stadion świata Camp Nou. Klub piłkarski FC Barcelona, który rozgrywa tutaj swoje mecze, powstał w 1899 roku z inicjatywy mieszkającego w Barcelonie szwajcara Hansa Gampera (katalończycy mówią Joan Gamper). Jest to jeden z najstarszych klubów piłkarskich w Europie a do tego odegrał zaskakująco ważną rolę polityczną jako obrońca katalońskiej odrębności narodowej. W związku z tym naturalnym wydaje się, że barwy klubu powinny mieć coś wspólnego z barwami Katalonii – tak jednak nie jest. Blau grana (niebiesko czerwone) barwy nie miały początkowo nic wspólnego z Katalonią, było to bowiem barwy rodzinnego kandonu założyciela klubu Hansa Gampera. Pierwszy stadion drużyna miała już przed 1922 rokiem i już wtedy była zaliczna do najlepszych w Europie. Camp Nou (nowe pole) to największy stadion w Europie i trzeci na świecie po Salt Lake Stadium w Indiach i Estadio Azteca w Meksyku. Został wybudowany w 1957 roku. Ciekawostką jest to, że do niedawna na koszulkach FC Barcelony nie gościł żaden napis reklamowy poza UNICEF a to dlatego, że klub był utrzymywany ze składek Socios czyli członków klubu zrzeszającego sympatyków zespołu, których liczba w obecnej chwili przekracza 150 tysięcy. Jest to największa organizacja sportowa na świecie, w której członkostwo przechodzi z ojca na syna. Punktem obowiązkowym wizyty na stadionie jest Muzeum Klubu FC Barcelona. Bilet do muzeum jest dość drogi 23 €. Warto jednak wydać te pieniądze bo oprócz biletu do muzeum uzyskujemy prawo zwiedzenia trybun, szatni, loży komentatorskiej oraz możemy zejść do poziomu murawy (jeśli nie są aktualnie prowadzone żadne prace konserwatorskie). W muzeum są wyświetlane migawki z wielkich meczów barcelony, pokazy multimedialne, najlepsze bramki etc. Z ciekawszych eksponatów zobaczyć można złote buty Lionela Andrésa Messiiego oraz wszystkie puchary jakie w swojej historii zdobyła FC Barcelona.
Pora wracać do hostelu. Wcześniej jak zwykle poszukiwanie obiadokolacji a jutro kolejny intensywny dzień zwiedzania…
Copyright © 2026 · All Rights Reserved · Strona Dawida Dudka
Dawid Dudek dla www.davidiacus.pl · Wszelkie prawa zastrzeżone · RSS Feed · Zaloguj się