
Po bardzo długiej podróży, której ostatni etap wiódł arabskim samolotem, w którym temperatura wynosiła około 12 stopni (podczas gdy na zewnątrz było 27 stopni), dotarłem do stolicy Nepalu – Kathmandu. Samolot którym leciałem oprócz tego, że było w nim BARDZO zimno, posiadał kilka innych wyjątkowych cech. Przede wszystkim przed startem musiałem wysłuchać odpowiedniego wersetu z Koranu, który to zapewnić miał nam pomyślny lot. Ponadto byłem jedynym ,,białym’’ na pokładzie co powiązawszy z moim wzrostem sprawiało, że nieco dziwnie na mnie patrzono . Ale do rzeczy. Dotarłem do stolicy Nepalu i pierwsze wrażenie było takie, że chyba jedyny jetem tutaj turystą. Jako jedyny stałem w kolejce po wizy dla obcokrajowców po wyjściu z lotniska zaś rzucili się na mnie taksówkarze oferując ,,the best price’’ za taksówkę i hotel. Biorę taksówkę pre-paid płacąc za nią 100 rupii nepalskich co stanowi około 4 zł. Za tą kwotę dowieziono mnie do dzielnicy Tamel, gdzie znalazłem hotel. Standard całkiem przyzwoity jak na Kathmandu (przyzwoity tzn. grzyb na ścianach nie wchodził nam do łóżka i była ciepła woda w kranie). W hotelu nawet taras ,,widokowy’’ był. Po rzuceniu rzeczy, mimo nieprzespanej nocy i dnia ruszam na zwiedzanie. Pierwszy raz jestem w Kathmandu więc wypada odbyć przejażdżkę miejscową rikszą. Ponieważ najwyższy odnotowany Nepalczyk miał niecałe 6 stóp wzrostu (niecałe 180 cm) a ja mierzę 7 stóp (ponad 2 metry) zmieszczenie się w rikszy było dość kłopotliwe. Mieszkam w dzielnicy Tamel – mówiąc inaczej na jednym WIELKIM bazarze. Spacer przez tą dzielnicę siłą rzeczy zajął mi dużo czasu. Odbywało się to w dwóch etapach, oddzielonych przerwą na obiad. W końcu dotarłem na plac Durbar. Najstarsza budowla na placu pochodzi z XII wieku, większość zaś z XVI/XVII wieku. Jest on bardzo dobrym przykładem nepalskiej architektury z niewielkimi wpływami stylu wiktoriańskiego. Praktycznie o każdej świątyni można by poczynić osobny wpis. Zamiast tego wolę stawić nieco zdjęć.