
Zwiedzenie Meksyku to rzecz trudna. Mówi się, że co najmniej tydzień trzeba na to, aby się z tym miastem oswoić, rok na to, aby się z nim zaprzyjaźnić, a życia nie wystarczy, aby poznać je w każdym calu. My na stolicę mamy tylko 3 dni. Bardzo mało. Mało czasu powoduje, że trzeba wybierać. Aby zoptymalizować czas zwiedzania, hotel wynajęliśmy przy samym Plaza de la Constitucion. Dzięki kilku trickom z Biblii Taniego Spania, kosztował on nas 40 euro za dwie noce dla dwóch osób ze śniadaniami. Trzeci hotel wzięliśmy w innej części miasta — o tym jednak później.
Zwiedzanie zaczynamy od najważniejszego placu w mieście — Plaza de la Constitucion. Zocalo, bo tak jest on także nazywany, leży w miejscu, gdzie pół tysiąca lat temu wznosiło się serce dumnej i potężnej stolicy Azteków — Tenochtitlan. Obecną nazwę wziął on stąd, że tutaj właśnie miało miejsce zaprzysiężenie konstytucji w roku 1812. Mało kto jednak używa tej oficjalnej nazwy. Plac to po prostu: Zocalo. Nazwa ta, jeśli tłumaczyć ją dosłownie, oznacza „cokół”. Dość trudno zrozumieć, jak to możliwe, że nazwa ta przetrwała. Kilka słów o historii tego miejsca pozwoli Ci, drogi czytelniku, zrozumieć moje zdumienie. W roku 1843 planowano zbudować w centrum placu ogromny pomnik niepodległości. Jak zaplanowano, tak też uczyniono. Niestety prac nie dokończono, a najbardziej imponującą częścią pomnika pozostał cokół, na którym go ustawiono, a którego dzisiaj już nie ma. Budowniczowie nieco przeliczyli się w swoim optymizmie. Założyli, że finansów wystarczy na gigantyczny pomnik. Postawiono kolosalny cokół, a na nim… niewielki pomnik. Karykaturka ta została dość szybko rozebrana. Wróćmy jednak do samego placu. W czasach Azteków obszar ten był sercem politycznym i religijnym miasta. Tutaj stała Templo Mayor (o tym nieco później), którą Cortez nakazał zniszczyć. Z kamieni z tej budowli zbudowano obecną katedrę. Po podboju Meksyku przez Hiszpanów plac podupadł. Większą jego część do końca XVII wieku zajmowały targowiska. Początek XVIII wieku to ogromne zmiany w architekturze i funkcji placu. Pojawiły się tutaj ekskluzywne sklepy, które oferowały importowane z Europy towary. Plac odegrał także ważną rolę w rozwoju architektury i sztuki Meksyku. Tutaj na początku XIX wieku wzniesiono pomnik konny Karola IV. Wykonał go Manuel Tolsa, a sam pomnik zyskał nazwę El Caballito. To najbardziej znane dzieło tego wielkiego artysty dało początek stylowi neoklasycystycznemu w Meksyku. Pomnik dziś stoi na Plaza Manuel Tolsa. Połowa XIX wieku to dalsze zmiany w wyglądzie placu. Plac podupadał. Dopiero w XX wieku podjęto decyzję o rozpoczęciu na ogromną skalę prac rekonstrukcyjnych i konserwatorskich, które nadały temu miejscu dzisiejszy kształt. Plac jest ogromny. Ma kształt kwadratu o długości boku 240 metrów. Sprawia to, że jest on drugim (zaraz po Placu Czerwonym w Moskwie) pod względem wielkości placem na świecie. Jedyną ozdobą tej ogromnej pustej przestrzeni jest znajdujący się w jego sercu maszt, na którym codziennie podnoszona jest o poranku flaga Meksyku. Wraz z zachodem słońca następuje uroczyste opuszczenie flagi czemu towarzyszy zawsze uroczysta atmosfera.
Spacerujemy po placu i w końcu pora ruszyć do Katedry. Catedra Metropolitana to gmach niezwykły. Wzniesiono tutaj pierwszy kościół w roku 1521 i od tamtej pory trwa nieustanna walka z siłami przyrody, aby uniknąć zapadania się świątyni. Katedra była jednym z pierwszych budynków, jaki Herman Cortes kazał zbudować. Miała świadczyć o potędze tak Hiszpanii jak i nowej wiary. Wzniesiono ją obok miejsca, gdzie znajdowała się najważniejsza w mieście aztecka świątynia — Templo Mayor. Zaraz obok katedry Cortes nakazał też zbudować swój pałac. Niestety ambicja konkwistadora sprawiła, że gmach niemal od razu po zakończeniu budowy zaczął się zapadać w grząskim gruncie. Cortes nie zobaczył świątyni w całej okazałości. Właściwą, obecną, świątynię zaczęto budować w roku 1573. Prace trwały kilkanaście lat, a dokończył je dopiero Claudio de Arciniega, który dzięki swoim zdolnością architektonicznym był w stanie choć odrobinę zniwelować warunki naturalne, na jakich budowano. Prace trwały kolejne dziesięciolecia. W roku 1625 rozebrano kościół z czasów Cortesa, aby zrobić miejsce kolejnym nawom świątyni. Architekci, starali się jak bardziej „rozbudować” katedrę o nowe nawy, aby w ten sposób ustabilizować całą konstrukcję na grząskim gruncie. W roku 1629 miasto Meksyk nawiedziła powódź, która uszkodziła to, co już zbudowano. Prace znów utknęły w miejscu, trzeba było poprawiać już wzniesione mury i fundamenty. Ostatecznie katedra została konsekrowana w roku 1667 i do dziś można oglądać efekty ponad stuletniej walki architektów z siłami przyrody. Ostatnie zmiany w katedrze naniesiono na początku XIX wieku, gdy w końcu po prawie 400 latach od podboju Meksyku przez Hiszpanów ukończono wszystkie zdobienia wewnątrz i na zewnątrz. Obecnie katedra z jednej strony olśniewa zwiedzających, a z drugiej przysparza niesamowicie wiele problemów włodarzom miasta. Różnica w wysokości między ścianami świątyni to prawie półtora metra (wynik osadzania się gruntu). Meksykanie dzielnie walczą każdego dnia o to, aby ta największa na zachodniej półkuli katedra metropolitalna przetrwała kolejne lata. Obok sanktuarium Matki Bożej z Guadalupe jest ona najważniejszym miejscem kultu w stolicy kraju.
Stojąc przed katedrą, można w pełni dostrzec jej ogrom. Witają nas dwie wysokie na 55 metrów wieże. Po wejściu do środka obserwować można grę świateł i cieni. Gmach ma aż 164 okna, a każde wyprofilowano w taki sposób, aby zapewnić optymalne oświetlenie wnętrza kościoła. Biblia Pauperum miała pokazać Indianom potęgę prawdziwego Boga. Katedra to skrzyżowanie renesansu, baroku i neoklasycystycyzmu. Gdyby się uprzeć, znalazłoby się jeszcze co najmniej kilka styli architektonicznych, jakie tutaj na przestrzeni wieków „dołożono”. Co ciekawe, wszystkie elementy w niej się znajdujące niemal idealnie ze sobą współgrają. Dziwne to wszystko. Renesans przechodzi w barok, ten z kolei wspiera się na kolumnach, które mimo że klasycystyczne, to gdyby postawić je przy greckim Partenonie, niejeden specjalista miałby wątpliwości kiedy je wykonano. Spacerujemy, podziwiamy detale architektoniczne. Katedra jest wewnątrz długa na 100 metrów. Jej serce zajmuje wykonany w stylu churrigueresco Ołtarz Przebaczenia. Wykonał go hiszpański artysta Jeronim de Balbas. Jak zwykle przy okazji takich nazw nie mogło zabraknąć legendy, która wyjaśnia pochodzenie ołtarza. Wszystko zaś rozegrało się w XVII wieku… Artysta imieniem Simonie Pereyns, który namalował wiele obrazów, które oglądać można w katedrze, został oskarżony o bluźnierstwo. Zamknięto go w więzieniu. Przebywając w celi, poprosił o farby i płótno. Namalował obraz Matki Boskiej, a piękno dzieła sprawiło, że sędziowie uznali, że człowiek, który tworzy takie wizerunki Maryi, nie może być bluźniercą i został uwolniony. Obecnie obraz ten zajmuje centrum ołtarza i dowodzi, że w istocie artysta był najwyższej próby. Skoro już przy ołtarzu jesteśmy, to nie można nie wspomnieć o innym ważnym elemencie, który go tworzy. Jest nim Senor del Veneo, czyli Chrystus Trucizny. Tu znów nie mogłoby się obyć bez legendy. Rzeźba ukrzyżowanego Chrystusa nazwę wzięła stąd, że pewien grzesznik postanowił uśmiercić swojego spowiednika,, gdyż obawiał się, że poznawszy jego grzechy, nie zachowa tajemnicy dla siebie. Grzesznik wiedział, że spowiednik codziennie przed udaniem się do konfesjonału całuje stopy rzeźby przedstawiającej Chrystusa. Postanowił więc uśmiercić go w ten sposób, że posmarował stopy Chrystusa trucizną. Gdy spowiednik chciał pocałować stopy, nagle te poczerniały i zdziwiony duchowny nie ucałował ich, ratując w ten sposób swoje życie.
Przechodzimy do absydy katedry. Znajduje się tutaj imponujący, bo wysoki na 25 metrów, szeroki na 15 i głęboki na 8 Ołtarz Królów. Gigantyczne rozmiary tego trójwymiarowego dzieła sprawiają, że nazywany jest on „La cueva dorada”, czyli „Złota Jaskinia”. Całość robi ogromne wrażenie i można spędzić całe godziny oglądając dzieła sztuki, które się na niego składają. Każdy detal został dopracowany z pietyzmem i z dbałością o to, aby nie odstawał w żaden sposób od całości kompozycji.
Obejrzawszy, niestety pobieżnie, wnętrze złotej jaskini, ruszamy podziwiać skarby znajdujące się w kaplicach, jakie w liczbie czternastu znajdują się w katedrze. Aby zwiedzić kaplice w odpowiednim porządku, cofamy się do wejścia do świątyni i zaczynamy od lewej strony (mając wejście za plecami). Pod zachodnią wieżą znajduje się Kaplica Aniołów. Przedsta§wiono tutaj wizerunki aniołów i świętych, którzy są związani z Meksykiem. Kaplica Aniołów często bywa miejscem pielgrzymek mieszkańców meksykańskiej stolicy, jeśli szukają oni wsparcia u konkretnego świętego, który „wyspecjalizował się” w „załatwianiu” określonych próśb. Druga z kaplic poświęcona została świętym Kosmie i Damianowi. Wzniesiono ją, gdy w Meksyku szalała przywieziona z Europy epidemia. Najważniejszym obiektem w kaplicy jest krucyfiks, który miejscowi nazywają El Senor de la Salud, czyli „Chrystus Uzdrowiciel”. O tym, jak dużą wiarę w jego moc pokładają mieszkańcy stolicy, może świadczyć fakt, że gdy w kraju w roku 2009 roku panowała epidemia grypy A/H1/N1, krucyfiks ten (pierwszy raz od 300 lat!) był noszony w uroczystych procesjach po mieście. Mieszkańcy zgodnie są zdania, że to właśnie on sprawił, że epidemia wygasła. Trzecia z kaplic poświęcona jest św. Józefowi. Słynie ona z tego, że jest w niej przechowywany tzw. Kakaowy Chrystus (Senor del Cacao). Słynął on z tego, że jako jałmużnę, ubodzy mieszkańcy miasta składali tutaj w ofierze ziarna kakaowca. Do dziś mieszkańcy Meksyku szczególną sympatią darzą tego „bezinteresownego” Chrystusa. Kolejne kaplice i kolejne niezwykłości… trochę za mało miejsca na blogu, aby wszystko opisać. Po około 2 godzinach opuszczamy świątynię.
Wychodząc, mijamy pomnij Jana Pawła II, który jest ubrany w szatę z wizerunkiem Matki Bożej z Guadalupe. Zbudowano go z tysięcy kluczy, które przetopiono i nadano masie metalu nową formę. Pomnik oddano w roku 2007 jako zakończenie akcji „Dale la llave de tu corazon” — Daj mu klucz do swego serca.
Oczom naszym ukazuje się Zocalo w popołudniowym świetle… o tym jednak już w kolejnym wpisie. A tymczasem kilka zdjęć…