Zwiedzić Meksyk w 72 godziny — część II. Wokół Zocalo

Katedra za nami. Wychodzimy i oślepia nas meksykańskie słońce, które oświetla Zocalo. Kierujemy się do przyległego do katedry Kościoła Najświętszego Sakramentu. Zbudowano go w połowie XVIII wieku, kiedy to meksykański barok był w szczytowym okresie swojego rozwoju. Kościół jest czasami określany jako najlepszy przykład tego stylu architektonicznego w budownictwie sakralnym w tej części świata. W centralnej części tej wzniesionej na planie krzyża greckiego świątyni znajduje się ośmioboczna kopuła. Kościół, mimo że niewielki, wyposażony został w aż 12 ołtarzy, w tym ten największy — ołtarz główny, który pochodzi z roku 1829, a zaprojektowany został przez Indianina, ucznia słynnego Manuela Tolsy. Kilka zdjęć (tutejsze zabytki mają dziwną przypadłość — można na nie długo się gapić, niemiłosiernie kradną  czas) i wychodzimy.

DSC00624Kierujemy się na północno-wschodnią stronę placu. Już z oddali widać ogromny budynek, który nakazał zbudować dla siebie Herman Cortes. Dzisiaj ma tutaj swoją siedzibę rządowy lombard, a oficjalnie nazywany jest ten gmach Monte de Piedad. Zbieżność z Monte di Pietà, która od XV wieku działała w Italii nie jest przypadkowa. Ten lombard także udzielał niskooprocentowanych pożyczek ubogim. Zaczął swoje działanie w roku 1775 z inicjatywy Pedro Romero de Terrerosa. Ta instytucja finansowa działa do dziś i doskonale prosperuje. Otwierają się coraz to nowe filie w kolejnych meksykańskich miastach. Można tutaj otrzymać pożyczkę pod zastaw niemal wszystkiego. Obejrzawszy gmach, ruszamy na południe. Po kilkuset metrach docieramy do kościoła pod wezwaniem św. Filipa Nereusza, którego miejscowi określają mianem La Profesa. Postać Filipa jako patrona kościoła zaskakuje. Ten włoski duchowny był wszak jednym z przywódców kontrreformacji, ale… jak to się wiąże z Meksykiem? Okazało się, po głębszym szperaniu i zaczerpywaniu języka, że tu nie o heroizm w obronie wiary chodzi, lecz o bliską sercu każdego Meksykanina muzykę. Filip Nereusz zapisał się w historii muzyki jako twórca i propagator oratorium — organizował on nabożeństwa połączone ze śpiewaniem pochwalnych pieśni religijnych (laudes) w formie dialogowanej. Od nazwy domu (oratorio), w którym wykonywano te nabożeństwa, przyjęła się nazwa tej formy muzycznej. Jezuici nieprzypadkowo wybrali właśnie Filipa na patrona świątyni. Gdy wzniesiono kościół, okazało się, że jest on w fatalnej z ekonomicznego punktu widzenia lokalizacji. Ze wszystkich stron otaczały go kościoły i klasztory. Na zachód od jezuitów wznosi się potężna świątynia Franciszkanów, na północ ogromny kościół Dominikanów, a na południe… wystarczyło przejść kilkaset DSC00381kroków, aby dotrzeć do przybytku wzniesionego przez Augustianów. Jezuici, aby przyciągnąć wiernych (i datki) do kościoła, chcieli się wyróżnić, a uczynili to poprzez niezwykle „muzykalnego” patrona świątyni. Pierwotna świątynia została zniszczona w czasie powodzi w roku 1629. Jedynym wspomnieniem po pierwotnym kościele jest fragment dachu, wzniesiony w stylu mauretańskim (trzeba go wypatrywać tuż przy prezbiterium). Jezuitów wygnano z Nowej Hiszpanii w roku 1767, a świątynia weszła w skład dóbr hiszpańskiej korony. W roku 1774 przekazano kościół zakonnikom z Oratorium św. Filipa Nereusza, a na początku wieku XIX jezuici powrócili tutaj. Świątynia zbudowana na planie krzyża łacińskiego posiada bardzo charakterystyczne dwie wieże. Główną fasadę zdobi okazały portal z przedstawieniem wizji św. Ignacego La Storty z 1537 roku. Przedstawiono dokładnie ten moment, gdy Ignacy Loyola, który założył zakon jezuitów, ujrzał krzyż, pod którym ugina się zmęczony Chrystus. Centrum świątyni stanowi piękny marmurowy ołtarz ku czci Filipa Nereusza, w którego części podziwiać można relikwie świętego. Obejrzawszy kościół, kierujemy się na południowy wschód, aby zobaczyć jeden z najbardziej znanych hoteli na świecie — Gran Hotel de la Ciudad de Mexico. Wzniesiony został w stylu Art Nouveau. Nieco dalej natrafiamy na Antiguo Ayuntamiento, czyli dawny ratusz miejski. Jest to najprawdopodobniej najstarszy zachowany świecki budynek w mieście Meksyk. Pierwotny gmach spłonął w roku 1692, jednak już w roku 1724 został odbudowany. Obecny kształt uzyskał on w pierwszej połowie XX wieku, gdy gruntownie go przebudowano, dodając dwa piętra. Na ulicy obok zbudowano bliźniaczy gmach — Suprema Corte de Justicia, czyli Sąd Najwyższy. Przechodzimy na wschodnią stronę placu. Niemal w całości zajmuje go gmach Palacio Nacional. Wchodzimy do środka. Obecnie mieści się tutaj między innymi główne archiwum państwowe.DSC00306 Budynek ten, chyba jak żaden inny, pozwala zobaczyć historię Meksyku. Pierwotnie, w czasach przedhiszpańskich w jego miejscu wznosił się imponujący pałac króla Montezumy II. Herman Cortes nakazał pałac zburzyć, a w jego miejscu zbudować swoją siedzibę. Gdy władza Hiszpanów nieco okrzepła, okazało się, że gmach wzniesiony dla Corteza jakoś nie za bardzo pasuje swoją skromnością do majestatu wicekróla Nowej Hiszpanii. Wzniesiono nowy pałac, który można dziś oglądać. Gdy Meksyk odzyskał niepodległość, pałac za swoją siedzibę obierali kolejni prezydenci kraju. Kolejni właściciele rozbudowywali i upiększali pałac. Obecny kształt ostatecznie uzyskał on w pierwszej połowie XX wieku. Jest to prawdopodobnie jedna z najbardziej rozległych budowli w Meksyku (nie licząc pozostałości kultur przedkolumbijskich). Ma aż 14 dziedzińców, kilkaset pomieszczeń użytkowych i równie wiele „technicznych”. Po wejściu do środka oczom naszym ukazuje się ogromny mural o powierzchni bagatela 450 metrów kwadratowych. Jest to najbardziej znane dzieło Diega Rivery, a nosi ono tytuł „Meksyk na przestrzeni wieków”. Riviera w niezwykły sposób udokumentował historię kraju. Stworzył coś, co można by nazwać Biblia Pauperum dla niepotrafiących czytać Meksykanów, kolejno w osobnych scenach prezentując historię kraju od czasów prekolumbijskich aż do 1930 roku. Każda scena to inne ważne historycznie wydarzenie, a całość jest w pewien sposób z jednej strony wyrazem tęsknoty do azteckiej potęgi, z drugiej dumy z odzyskania niepodległości. Idąc dalej, docieramy do zrekonstruowanej sali parlamentu, w której ogłoszono proklamację Niepodległości Meksyku w roku 1872. Przed wejściem do niej można obejrzeć kopię tego dokumentu oraz innych ważnych dla historii tworzenia się meksykańskiego społeczeństwa zabytków. Wychodząc z pałacu, zatrzymujemy się na chwilę przy głównym wejściu. Nadal wisi tutaj oryginalny dzwon, w który 16 września 1810 roku uderzył ksiądz Miguel Hidalgo y Costilla, wzywając tym samym do walki o niepodległość. Do dziś co roku w rocznicę tego wydarzenia (które nieco przesunięto, bo Święto Niepodległości Meksyku obchodzone jest 15 września) prezydent kraju wychodzi na balkon, nad którym dzwon wisi i uderza w dzwon, wykrzykując: Niech żyje Hidalgo! Niech żyje Morelos! Niech żyje Allende! Niech żyje Meksyk!.

Opuszczamy pałac i kierujemy się na ulicę Moneda. Natrafiamy na tablicę upamiętniającą prezydenta Benito Juareza, który zmarł 18 lipca 1872 roku w swoim gabinecie w czasie pracy. Naprzeciwko tablicy znajduje się Pałac Arcybiskupi. Budowlę wzniesiono dokładnie w miejscu, gdzie stała w czasach prekolumbijskich chyba najważniejsza świątynia Tenochtitlan — świątynia Tezcatlipoca. Tuż obok pałacu kolejne ciekawe miejsce — dawny klasztor pod wezwaniem św. Teresy. Historia tego miejsca stanowi gotowy scenariusz filmu przygodowego. Niestety nie ma miejsca tu, aby opisać ją w szczegółach, ale bardzo skrótowo ujmując, wygląda ona następująco:

DSC00281Klasztor zbudował w roku 1616 Juan Perez de la Serna. Był on zamożnym i szanowanym biskupem, który jednocześnie miał słabość do wydawania pieniędzy. Biskup płynął statkiem do Meksyku, ale spotkał go potężny sztorm. Statek zaczął tonąć. Biskup zaczął intensywnie modlić się do świętej Teresy z Avilii, twierdząc, że jeśli przeżyje, to po pierwsze nie będzie już rozrzutny, a po drugie zbuduje najpiękniejszy klasztor, jaki widział świat. Rzeczywiście — barokowa budowla robi spore wrażenie. Niestety z dawnej budowli zostały w gruncie rzeczy tylko ściany. Pod koniec XX wieku przekształcono zsekularyzowany obiekt w centrum sztuki współczesnej i do dziś pełni on tę funkcję. Niemniej warto popatrzeć na gmach choćby z zewnątrz, aby przekonać się, jak piękny musiał być w czasach świetności. Kilka zdjęć i ruszamy dalej. Przechodzimy około 200 metrów, a naszym oczom ukazuje się Kościół pod wezwaniem św. Agnieszki. Historia tego kościoła jest przykładem dość oryginalnie pojmowanej przedsiębiorczości. To, co dziś oglądamy, to pozostałości po znacznie większym kompleksie, który obejmował m. in. klasztor i sporo budynków gospodarczych. Cała historia zaczęła się w roku 1599. Wówczas to jeden z najbogatszych ludzi w mieści wymyślił sobie, że byłoby rzeczą pożądaną, gdyby osoba o jego pozycji ufundowała klasztor. Pomysł szybko wcielił w życie, ale… natura przedsiębiorcy sprawiła, że nie bardzo miał ochotę łożyć na utrzymanie około 30 sióstr, które tutaj zamieszkały. Zaproponował lokalnym kupcom i szlachcicom następujący „deal”. Każdy, kto miał ochotę, mógł wspierać klasztor niewielkimi sumami, a w zamian siostry gwarantowały, że określoną ilość swojego czasu w ciągu dnia (odpowiednio dużo czasu naturalnie w stosunku do wysokości datków) przeznaczaną na modlitwę wyłącznie w intencji darczyńcy. Bardzo szybko okazało się, że interes kręci się doskonale. Chętnych nie brakowało, a siostry było stać nawet, aby wznieść kościół, który ufundowano pod wezwaniem św. Agnieszki. Dzisiejszy kształt kościół uzyskał w XVIII wieku, gdy zlecono gruntowną jego przebudowę Manuelowi Tolsie. Cechą charakterystyczną gmachu jest kopuła — wyjątkowa w Meksyku. Z zewnątrz uwagę zwracają rzeźbione drzwi oraz bogato dekorowana fasada świątyni. Kilka zdjęć i — ku naszemu przerażeniu — stwierdzamy, że dzień zbliża się ku końcowi. Pora znaleźć miejsce na obiadokolację i powoli wracać do hotelu. Nocą robimy jeszcze kilka zdjęć okolic Zocalo. Jutro kontynuujemy zwiedzanie a tymczasem efekty naszego spaceru. J

Comments

comments