Ateny. Wyprawa do kolebki demokracji.

Kolejna promocja w Polskich Liniach Lotniczych LOT sprawiła, że możliwy stał się wyjazd do Aten zaledwie kilka dni po powrocie z Nicei. Godzina 5.45 samolot z Poznania do Warszawy. Mimo, że mrozy nieco puściły na lotnisku jest bardzo zimno. Samolot jak zwykle, niezbyt komfortowy, ciasny i bardzo głośny w środku. Poczciwy ATR leciał do stolicy nieco ponad 30 minut. Dla porównania pociąg jedzie ponad 3 godziny. Cena samolotu 60 zł. Cena PKP (najtańszej TLK-i, w drugiej klasie) 56 zł. Expresy i Intercity ponad 100 zł.  Jeśli do tego doliczyć 3.8 zł, bo tyle kosztuje bilet autobusowy w jedną stronę z dworca centralnego w Warszawie do Lotniska Chopina  to wychodzi na to, że… nie opłaca się jeździć koleją. Ponadto nigdy nie wiadomo czy pociąg się nie spóźni, a samolot nie poczeka. Cóż… PKP. W każdym razie na lotnisku w Warszawie melduję się o godzinie 6.40. Do Aten samolot odlatuje o godzinie 11.00. Jest czas, aby obejrzeć strefę bezcłową, popatrzeć jak zmienia się siatka przylotów i odlotów z Warszawy. Słowem czas mija szybko (oczekiwanie skraca drzemka). Samolot wystartował jak zwykle kilka minut po czasie. Myślę sobie, że opóźnienie zapewne zniweluje w powietrzu – i tak się rzeczywiście dzieje. LOT jak zwykle nie zaszalał jeśli chodzi o wyżywienie na pokładzie. Powiększona bułka, kubek kawy i sok. Obiad dość marny (pobudka była w środku nocy). O 14.30 wylądowałem w Atenach. Lotnisko robi miłe wrażenie. Pora poszukać autobusu (X95) do miasta. Jest to najtańszy sposób dojazdu do centrum Aten. Koszt 5 euro, czas podróży nieco ponad pół godziny. Można jeszcze do placu Omonii dostać się linią niebieską metra za 8 euro. Po odnalezieniu hotelu okazuje się, że niedługo będzie ciemno i pora pomyśleć o zaopatrzeniu się w kolację i coś do picia. Krótki spacer połączony z zakupami i do łóżka. Jutro czeka zwiedzanie od rana!

Comments

comments