Długa podróż do Republiki Palau

Pobudka wcześnie rano – w sumie w środku nocy. Po zaledwie godzinie snu, o 3 nad ranem budzik nakazuje zerwać się z łóżka. Szybkie ostatnie pakowanie, ogarnianie się, bo o 4:30 taksówka zabiera nas na lotnisko Ławica w Poznaniu. Pierwszy etap podróży wiedzie przez Monachium do Amsterdamu. Lecimy Lufthansą. Muszę przyznać, że nieco poprawił się serwis pokładowy w tej linii. Jeszcze rok temu na fali cięć kosztów nie można było liczyć na darmowy serwis pokładowy. Teraz dostajemy kawę/herbatę, sok oraz ciastko à la drożdżówka. Nieźle – krok w dobrą stronę. Szybka przesiadka w Monachium i po kolejnych 90 minutach lotu lądujemy w Amsterdamie. Mamy tutaj nocleg w całkiem niezłym hotelu, który zapewnia nam transfer z lotniska. Jest 11.00, gdy się meldujemy, więc mamy cały dzień na zwiedzanie. Pogoda nam sprzyja – niemal 17 stopni, słonecznie. Naszą przechadzkę zaczynamy od rynku, potem szwendając się po zaułkach miasta obserwujemy życie mieszkańców. Jest czas zarówno, aby zajrzeć do dzielnicy Czerwonych Latarni (jak się okazuje wycieczka tutaj i poprzyglądanie się wystawom okiennym, a konkretnie paniom tam stojącym, gwarantuje iż każda kobieta będzie dla nas okazem urody i wdzięku), jak i na spróbowanie miejscowych lizaków i ciastek. Czas mija szybko – wieczorem wracamy do hotelu i padamy na łóżko po intensywnym dniu. Budzimy się znów przy dźwięku budzika. Szybkie śniadanie i na lotnisko. Pierwotnie założyłem sobie, że w ciągu maksymalnie godziny się uwiniemy i półtorej godziny przed odlotem spędzimy w saloniku business class, ale niestety okazało się to mrzonką. Ogromne kolejki do kontroli bezpieczeństwa sprawiają, że niemal 2 godziny schodzi nam na „formalności” lotniskowe. W końcu, zmęczeni siadamy w Business Lounge. Wstęp zapewnia nam karta Priority Pass. Salonik jest raczej skromny, ale z ładnym widokiem. W końcu, godzina 13:30, zaczyna się boarding. Pierwszy raz będę miał okazję lecieć liniami China Airlines.

Krótka recenzja.

Na początek ogólne wrażenie: 3+ w sześciostopniowej skali. Samolot wiozący nas do Bangkoku jest dość stary, system rozrywki pokładowej niestety fatalny. Wyświetlacze do oglądania filmów maleńkie, a wybór skromny. Plusem jest to, że linie lotnicze mają w ofercie filmy z całego świata, w tym był jeden film po polsku – Carte Blanche z 2015 roku. Jeśli chodzi o jedzenie, to tutaj znacznie lepiej. Wybór nie jest duży (2 rodzaje obiadów), ale smaczne i świeże.

Lądujemy w Bangkoku i kierujemy się do business lounge linii Oman Air. Faktycznie, jest on najlepszym z tych, które mamy tutaj do dyspozycji. Przestronny, duży wybór jedzenia i alkoholi. Czas mija szybko. Wsiadamy do kolejnego samolotu – tym razem do Tajpej. Znów ciasno, wybór filmów niewielki. W gruncie rzeczy samolot gorszy niż poprzednio. Po 4 godzinach lądujemy na Tajwanie. Mamy tutaj postój – 24 godziny. Łapiemy autobus do centrum miasta – koszt w przeliczeniu 13 zł za osobę, po godzinie wysiadamy niedaleko naszego hotelu. Wybraliśmy obiekt Beauty Hotels – Hsuanmei Boutique. Dzięki kilku kombinacjom z Biblii Taniego Spania – udaje się go zarezerwować za niecałe 30 dolarów za 2 osoby za noc ze śniadaniem. Pokój jest wygodny, śniadanie smaczne, a Internet działa bez zarzutu. Co ważne, hotel jest w miarę w „centrum” – jeśli można użyć takiego stwierdzenia w stosunku do Tajpej – miasta, co oznacza, że jest w okolicy kilka sklepów, straganów, można pospacerować i choć na chwilę poczuć atmosferę tej metropolii. Następnego dnia, kilka minut po 9.00 opuszczamy hotel i tym samym autobusem, który nas przywiózł, wracamy na lotnisko. Kontrola bezpieczeństwa idzie sprawnie, krótki odpoczynek, obiad w saloniku business class i wzbijamy się w przestworza. Prawie 4 godziny lotu nad oceanem, podziwianie zachodu słońca i po zmroku lądujemy na lotnisku Koror o wdzięcznej nazwie: Roman Tmetuchl International Airport. Krótka kontrola bagażu i hotelowy bus zabiera nas w głąb jednego z najrzadziej odwiedzanych krajów świata… Pora odpocząć po podróży, by z samego rana ruszyć na zwiedzanie! 🙂

Comments

comments