Intensywny dzień w Nowym Jorku…

Pobudka wcześnie rano. Dziś ostatni dzień w tej części wyjazdu w Nowym Jorku. Jutro ruszamy do Waszyngtonu. Trzeba zatem jak najlepiej wykorzystać ten dzień. Plan na dziś: Zwiedzić Upper Midtown. Trudno wyobrazić sobie innego punktu startowego (nie tylko z uwagi na to, że kilka stacji metra jest w okolicy) jak słynna Saint Patrick Cathedral. Paradoksalne jest to, że początkowo wcale nie chciano budować tutaj żadnej świątyni. W połowie XIX wieku w planach zagospodarowania przestrzennego, Kościół postulował utworzenie tutaj cmentarza. Nie zgodziła się na to miejscowa społeczność. W takiej sytuacji w roku 1850 biskup John Hugles zdecydował o budowie tutaj katedry. Wizja biskupa (uznano go za wariata bo było stąd bardzo daleko do wszystkich najważniejszych miejsc w mieście) zrealizowano z ogromnym rozmachem. Powstała tutaj największa rzymskokatolicka katedra w USA. Może ona pomieścić 2500 osób. Pracami budowlanymi kierował architekt James Renwick. Budowę ukończono w roku 1878 a charakterystyczne wieżyczki (miałem pecha, bo akurat były w remoncie) dodano w roku 1888. Stojąc przed katedrą uwagę zwracają ogromne drzwi z brązu. Ponieważ był remont to jedno ze skrzydeł było wystawione z ramy i można się było im bliżej przyjrzeć. Drzwi ważą ponad 9 ton (trochę zdziwił mnie dźwig hydrauliczny przed katedrą, którym podnoszono jedno ich skrzydło). Po wejściu do świątyni warto się odwrócić. Ujrzymy piękną fioletowo-złotą rozetę. Ma ona ponad 8 metrów średnicy a jej zadaniem jest oświetlanie nie tyle kościoła co gigantycznych, mających 7 tysięcy piszczałek organów. W świątyni warto zwrócić też uwagę na wielki baldachim nad ołtarzem. Wykonany został w całości z brązu. Wspiera się na czterech kolumnach na których ustawiano rzeźby czterech ewangelistów oraz liczne płaskorzeźby prezentujące postacie i sceny z biblii. Obok znajduje się tzw. Lady Chapel. Jest to kaplica poświęcona Przenajświętszej Maryi Pannie. Przyjrzeć trzeba się bliżej witrażom w oknach – każdy z nich przedstawia tajemnicę światła. Wychodząc warto zwrócić uwagę na dość nietypową Pietę. Pochodzi ona z roku 1906 a wykonał ją amerykański rzeźbiarz William O. Partridge. W świątyni znajdują się też bardzo realistycznie wyrzeźbione stacje drogi krzyżowej. W czasie wystawy światowej w Chicago w roku 1893 rzeźby te zostały uznane za najdoskonalsze przykłady sztuki sakralnej jakie powstały w tym roku.

Opuszczamy katedrę. Kroki kierujemy do niewielkiego kościółka utrzymanego w bizantyjskim stylu – St Bartholomew’s Church. Zanim jednak o tej świątyni warto powiedzieć kilka słów o okolicy. W tle kościółka wznosi się imponujący gmach General Electric Building. Architekci, którzy drapacz chmur zaprojektowali otrzymali w roku 1931 jasne zadanie: Wieżowiec musi dobrze pasować do niewielkiego kościółka. O dziwo… im się do udało. Budynek General Electric jest uważany za swoiste dzieło sztuki. Ta perła architektury art deco lśni w panoramie Nowego Jorku od marmurowego hallu aż po wieńczącą go koronę z „fal radiowych”. Niedaleko znajduje się kratka wentylacyjna znana z filmu „Słomiany wdowiec” z Marylin Monroe – ze sceny kiedy biała sukienka aktorki unosi się, gdy przejeżdża pod ziemią metro. Inną budowlą widoczną w okolicy jest słynny w świecie Plaza Hotel. Został on zaprojektowany przez Henry’ego J. Hardenberga. Ukończono go w roku 1907. Uznano go wówczas za najlepszy hotel na świcie a sam koszt budowy (prawie 13 milionów dolarów) był jak na owe czasy astronomiczny (pensja wynosiła nierzadko kilkadziesiąt dolarów). Jest tutaj 800 pokoi. Celem architektów było stworzenie czegoś na kształt zamku francuskiego, na który patrzymy przez szkło powiększające. Większość elementów z których go wykonano przywieziono specjalnie z Europy.

Wróćmy do kościółka świętego Barłomieja. Zbudowany został w roku 1919. Ten nawiązujący do stylu bizantyjskiego kościółek zaprojektował Bartram Goodhue. Kościół słynie z imprez muzycznych tutaj organizowanych. Idziemy dalej. Celem jest niewielki kościół świętego Tomasza. Niestety zamknięty… kilka przecznic dalej przy zachodzie słońca można podziwiać słynny Empire State Building. Jest to chyba najbardziej znany symbol Nowego Jorku. Budowa tego kolosa rozpoczęła się w najgorszym możliwym momencie dla gospodarki – kilka tygodni przed wielkim krachem na giełdzie w roku 1929. Stąd wzięła się żartobliwa nazwa budynku – Empty – Pusty. Chodziło o to, że w czasach ogromnego kryzysu większość pomieszczeń stała pusta, gdyż nie było firm stać na wynajęcie powierzchni w gmachu. Doszło nawet do takich momentów, że jedynym źródłem utrzymania budynku w stanie surowym były opłaty pobierane za wejście na taras widokowy… Szkielet budynku stanowi 60 tysięcy ton stali. Stawiano go zaledwie 23 tygodnie. Na wzniesienie całości zużyto 10 milionów cegieł i 200 żelbetonowych słupów go stabilizujących. Pierwotnie budynek miał mieć 86 pięter. Dodano jednak 46 metrowy maszt, który miał służyć do cumowania zeppelinów. Obecny masz ma 62 metry i dzięki niemu nadawany jest sygnał telewizyjny i radiowy w promieniu setek kilometrów. Budynek można zobaczyć w wielu znanych filmach. Pierwszym był King Kong z roku 1933. Z budynku rozciąga się jeden z najlepszych widoków na panoramę miasta. Przy bezchmurnej pogodzie można dostrzec obiekty odległe o nawet 100 kilometrów i więcej. Widać stąd 4 sąsiednie stany.

Robi się późno… za późno, aby wspinać się na szczyt. Pora wracać do hotelu i regenerować siły, przed jutrzejszą wyprawą do stolicy USA.

Comments

comments