Peleliu – wyspa, gdzie II wojna światowa zakończyła się w latach 70.

Wczesnym rankiem jedziemy do starej przystani rybackiej, która obecnie służy za port, z którego wyrusza 4 razy w tygodniu statek transportowy na Peleliu. Wysiadamy z samochodu (hotel zapewnił nam za darmo podwózkę) i kierujemy się ku niewielkiej łodzi. Wygląda trochę jak miniprom. Służy do dostarczania na Peleliu wszystkiego, co niezbędne do życia mieszkańców. Większość miejsca zajmują beczki z paliwem, kartony z żywnością, jest też sporo zgrzewek piwa. Teoretycznie prom może zabierać 5 pasażerów, ale nikt nie zwraca na to uwagi i w sumie płynie ponad 20 osób. Ruszamy. Podróż zajmuje w sumie 3 godziny. Bilet kosztuje 15 dolarów + dolara za każdy bagaż (plecak, walizka itp.). Czas mija bardzo szybko – płyniemy między pięknymi skalnymi wyspami (Rock Island) znanymi z niemal każdej pocztówki z Palau. Kilka minut po 17.00 dobijamy do przystani na Peleliu i nasz host, którego znaleźliśmy poprzez serwis Airbnb, odbiera nas busem.

Większość mieszkańców Peleliu mieszka w jednym miejscu. Jest tutaj kilka sklepów, kościół, szkoła podstawowa. To wszystko. Na drzwiach kawiarni, w której jemy kolację, widzimy kartkę: „Najbliższa pomoc medyczna – na wyspie Koror”. Jak radzą sobie mieszkańcy, gdy ktoś bardzo zachoruje albo np. złamie nogę, gdy nie ma w promu ani wolnego samolotu (latają tutaj awionetki)? – nie mam pojęcia. Nasze lokum jest skromne, ale niczego tutaj nie brakuje (nawet klimatyzacji). W cenie noclegu mamy 3 posiłki (biorąc pod uwagę ubogą infrastrukturę oraz ceny – hamburger w jednym z 3 miejsc, gdzie można kupić obiad kosztuje 10 dolarów), warto brać tylko takie opcje. Kolacja – i do spania. Wczesnym rankiem, kilka minut po 6.00 pobudka, chwilę późnej jemy śniadanie. Posileni bierzemy rowery i ruszamy zwiedzać. Plan mamy ambitny, ale w pełni wykonalny. Chcemy objechać całą wyspę i zobaczyć wszystkie zabytki i miejsca godne uwagi. Do przejechania mamy około 20 kilometrów. Mijamy kościół z XIX wieku i wyjeżdżamy z jedynej osady na wyspie. Pierwszym „zabytkiem”, na jaki się natykamy jest niewielki kopczyk z japońskim hełmem wojskowym na szczycie. Pomnik ten upamiętnia żołnierzy japońskich, którzy nie uwierzyli, że II wojna światowa dobiegła końca. Wszystko zaczęło się  24 listopada 1944 roku, kiedy japoński garnizon został umiejscowiony na Peleliu. Liczył on 34 żołnierzy. Po poddaniu się Japonii nie uwierzyli jednak w koniec wojny, lecz walczyli aż do 21 kwietnia 1947 roku, gdy poddali się przeważającym siłom amerykańskim. Dwóch żołnierzy japońskich uciekło jednak i przez kolejne lata walczyli, tworząc dwuosobową partyzantkę.

Wsiadamy na rowery i jedziemy dalej. Po około 10 minutach dojeżdżamy do muzeum II wojny światowej, które mieści się w… bunkrze! Co ciekawe wygląda on z zewnątrz dokładnie tak, jak w chwili, gdy został zbombardowany. Gdyby nie wystające urządzenia klimatyzacyjne można by uznać, że jest opuszczony. Muzeum poświęcone jest niemal w całości Palau oraz jej znaczeniu i udziałowi w II wojnie światowej. Zebrano tutaj informacje o poszczególnych żołnierzach, tak japońskich, jak i amerykańskich, którzy walczyli na wyspie oraz całkiem sporo broni i wyposażenia.

Wsiadamy na rowery i kontynuujemy wycieczkę. Po kilkunastu minutach napotykamy na pozostałości po japońskim czołgu z czasów II wojny światowej. Kilka zdjęć i ruszamy na plaże. Są one piękne i dzikie… niestety rafa koralowa jest tak blisko, że nie bardzo mamy jak popływać bez odpowiednich butów. W końcu docieramy na koniec wyspy Peleliu, gdzie znajduje się coś w rodzaju skansenu. Upał daje się we znaki. Odpoczywamy w cieniu drzew i znów wsiadamy na rowery. Gdy jesteśmy na najdalej na północ wysuniętym skrawku wyspy, gdzie zbudowano pomnik poświęcony wszystkim tym, którzy zginęli w czasie wypraw morskich, dopada nas burza. Ulewny deszcz to nie problem, problemem jest stan dróg. O ile są one utwardzone, to po deszczu „asfalt”, a właściwie to, czym pokryto drogi, staje się śliski jak lodowisko. Jazda rowerem jest dość karkołomna – kilka upadków po drodze i obić. Po południu szczęśliwi, że obejrzeliśmy całą wyspę, wracamy do naszego hotelu…

Peleliu to wyspa ciekawa, o barwnej historii. Można ją spokojnie zwiedzić rowerem w jeden dzień. Jutro musimy wracać – ostatni w tym tygodniu prom na Koror odpływa z samego rana.

 

Comments

comments