San Pedro de Atacama – miasto pośrodku niczego

Miasto pośrodku niczego. Miasto na pustyni. Miasto będące jednocześnie centrum turystycznym w tej części Chile. Sercem miejscowości jest Plac Centralny. Plac to pewnego rodzaju nadużycie w stosunku do tej struktury, ale niech będzie „Plac Centralny”. Kilka drzew, pomnik, ławki otaczające całość. Ławki zazwyczaj okupowane albo przez turystów, którzy czekają na jaką wycieczkę, albo przez śpiących ludzi (nieco cienia nie może się zmarnować!), albo – w końcu – przez bezpańskie psy (a może pańskie, ale szwędające się bez celu?). Plac jest niewielki. Tuż przy nim znajduje się Iglesia de San Pedro. Kościół ten zbudowano w roku 1774. Obecnie, po licznych trzęsieniach ziemi, jest w permanentnej renowacji. Faktem jest, że prawie dwustupięćdziesięcioletnia świątynia pośrodku najsuchszej pustyni świata to nie lada zabytek – wręcz unikat! W XIX wieku dobudowano do świątyni dzwonnicę. Całość, o ile mi wiadomo, jest najdłużej stale użytkowanym kościołem znajdującym się na terenie tak nieprzyjaznym człowiekowi. Po drugiej stronie placu, naprzeciwko kościoła, mieści się najstarszy budynek w mieście (obecnie sklep z pamiątkami) Casa Incaica. Wszystko, co kolonialne miasteczko z kolonialnym placem mieć powinno, tutaj się znajduje. Zatem Plac, Kościół i Gmach Użyteczności Publicznej (pisane celowo wielkimi literami). W tym miejscu warto napisać dwa zdania o budowie miast kolonialnych. Hiszpanie budowali je zawsze tak samo, co sprawia, że łatwo odnaleźć się w dowolnym mieście, które oni właśnie założyli. Zatem najpierw stawiano plac centralny wraz z budynkami wymienionymi wyżej. Od czterech ścian placu wytyczano ulice prostopadłe do siebie. Ulice biegnące z północny na południe otrzymywały nazwę avenida, natomiast ulice biegnące ze wschodu na zachód nazywano calle. Avenidy przecinały się z calle co 100 metrów. I tak już zostało. W konsekwencji, jeśli jesteśmy w dowolnym mieście, które założyli Hiszpanie i stoimy np. na calle nr 139, a nasz hotel znajduje się na calle XYZ, ale pod numerem 458 to łatwo policzyć, że musimy przejść jakąś avenidą 300 metrów (3 przecinające ją calle) aby dotrzeć do budynków numerowanych od 400 do 500. Nieubłagana matematyka w architekturze przestrzennej miast kolonialnych. Oczywiście od tej reguły zdarzały się wyjątki (np. La Paz w Boliwii – będzie o tym w jednym z kolejnych wpisów), ale były to wyjątki rzadkie i zawsze podyktowane jednym – niezwykle trudnym (czytaj górskim) terenem.

Wróćmy jednak do naszego San Pedro de Atacama. Miasto świętego Piotra. Na wspomnianym placu centralnym, w jego rogu naprzeciwko kościoła znajdziemy informację turystyczną. Staff mówi po angielsku (rzadkość w Chile!). Można zasięgnąć języka, zorganizować sobie trasę wypraw i dalszej podróży, w końcu zarezerwować nocleg (chociaż pewnym szaleństwem jest przyjeżdżać tutaj bez noclegu i ryzykować noc na pustyni na dworze, brrr…..). Z instytucji wartych uwagi, które znajdują się w mieście, wymienić w końcu trzeba także Museo Arqueológico Gustavo Le Paige. Bilet kosztuje 2000 pesos, a zwiedzać można codziennie od godziny 9.00 do 18.00. Posiada ono ogromne zbiory ponad 400 tysięcy eksponatów z całego regionu. Wystawiana jest zaledwie niewielka ich część. W końcu ostatni element, bez którego żadne miasto nie mogłoby się obyć – cmentarz. Można odnieść wrażenie, że jest on nieproporcjonalnie duży w stosunku do samego miasta i zapełniony tylko w połowie. Pustynia zbiera tragiczne żniwo…

Spacerujemy godzinami po mieście. Obserwujemy jego życie. Między jednym a drugim wypadem poza jego granice (w samym San Pedro z uwagi na ceny, niewielką liczbę zabytków – słownie sztuk trzy oraz temperaturę niewiele można robić). Mimo to warto pospacerować. Warunki życia tutaj panujące wymusiły na mieszkańcach niezwykle sprawną organizację oraz dostosowanie siebie (raczej trudno byłoby w jakikolwiek sposób dostosować pustynię do siebie) do panujących tutaj warunków. Wszystko jest ciekawe, daje do myślenia. Po całym dniu włóczenia się po mieście zakończonego obserwacją gwiazd na południowej półkuli (ech… jakoś mam sentyment do Krzyża Południa), wracamy do hotelu. Zimno, bardzo zimno. Jak najszybciej pod grubą warstwę koców. Rzadko się zdarza (właściwie to mi się nie zdarza), aby wieczorny prysznic traktować jak karę za ciężkie zbrodnie. Niemniej, w San Pedro de Atacama, gdy tylko zajdzie słońce właśnie tak do niego podchodzi większość turystów. Swoisty rytuał. Kąpanie się z krzykiem na ustach: „Za jakie grzechy!”. W końcu udaje się zasnąć. Jutro ruszamy na podbój PRAWDZIWEJ Atacamy.

Comments

comments