San Pedro de Atacama, czyli w sercu pustyni.

San Pedro de Atacama to miejscowość niemal na końcu świata. Leży w sercu najbardziej suchej pustyni na ziemi. Jest bazą wypadową dla niezliczonych wypraw eksploracyjnych, które każdego roku śpieszą, aby odkryć tajemnice Atacamy i celem samym w sobie dla tysięcy globtroterów przemierzających każdego roku Amerykę Południową z plecakiem. Wizyta w Chile bez zawitania tutaj chociażby na dzień lub dwa po prostu „się nie liczy”. San Pedro de Atacama, jeśli idzie o popularność, bije na głowę nawet słynną Wyspę Wielkanocną (choć przyznać trzeba, że głownie z uwagi na to, że dotarcie tutaj jest wielokrotnie tańsze niż na słynny skrawek lądu z wielkimi głowami ☺). Dotarliśmy zatem do tak niezwykłego miejsca na ziemi.

Wysiadłszy z autobusu czuję się…. (teraz powinno być coś na zasadzie „wspaniale”, „niezwykle”, „spełniony”, „oczarowany” lub inne wyrażenie zaczerpnięte ze słownika wyrazów bliskoznacznych). Problem polega na tym, że nie bardzo takie słowo pasuje w tym miejscu. Zatem pierwszy kontakt ze słynną Atacamą sprawia, że czuję się… sucho. Bardzo sucho. Niewyobrażalnie sucho. Podobnie jak zdanie, które możemy znaleźć np. w Wikipedii, a które brzmi „miejsce na ziemi, w którym pada najmniej deszczu” jest jakieś takie właśnie „suche”. Pozostaje „suche”, dopóki nie poczuje się na własnej skórze i we własnych nozdrzach mieszanki pozbawionego tlenu powietrza (jesteśmy ponad 2500 m. n. p. m.), gorąca w pełnym słońcu ( i niemal mrozu w cieniu!), wymiocin współpasażerów autobusu, który tutaj nas dowozi (uroki choroby wysokościowej), odoru z autokarowej toalety (niewiele romantyzmu jest w biegunce wywołanej właśnie chorobą wysokościową) i w końcu wdzierających się w każdy zakamarek ciała drobinek piasku przy nawet najlżejszym podmuchu wiatru. Nie jest zaś to zwykły piasek, lecz spieczony przez setki lat piach, który przybiera chwilami charakter kwarcu – niezwykle ostrego i nieprzyjemnego w kontakcie z ludzkim ciałem. Zatem, wysiadłszy z autobusu, który zatrzymał się w centrum miasta czuję się potwornie „sucho”. Mimo iż mamy przy sobie zapas wody i innych płynów, na niewiele się to zdaje. Atacama ma taką dziwną właściwość, że nie chce się pić, a nawet jeśli człowiek coś wypije, to odbija się to „czkawką” w ten sposób, że pragnienie niby zaspokojone, ale tylko na chwilę. Suchy wiatr wysusza usta i skórę sprawiając, że niby chce się pić, ale mózg podpowiada, że wlanie do gardła dowolnej ilości płynu po prostu nic nie da. Nawiasem mówiąc nawet najlepsze i najdroższe kremy z filtrem muszą polec w starciu z siłami tutejszej przyrody. Atacama – brzmi to niezwykle „przygodowo”. Oglądając zdjęcia z pustyni, czy też czytając o niej, mamy wyobrażenie miejsca, które zachwyca w każdym calu, niezwykłe w całej rozciągłości – słowem raj dla globtrotera. Problem polega jednak na tym, że jadąc kilka godzin autobusem przez ten „raj”, mając wokół siebie wrażenia zapachowe wspomniane wyżej i jednostajny krajobraz za oknem autobusu (oraz oślepiające słońce, gdy tylko odsłoni się zasłonę w oknie pojazdu), człowiek dość szybko przedefiniowuje słowo „raj” w swojej głowie. Jeśli do tego dołożyć brak ogrzewania w pokoju hotelowym (wcale nie najtańszym! – 200 zł za dobę) i panujące w nim przerażające zimno, lód na wewnętrznej stronie okien i kilka warstw koców oraz kołder, aby tylko się rozgrzać, łazienkę poza pokojem (wspaniale! Wchodzimy do łazienki, a tam lód na szybie, z kranu leci co prawda wrzątek, ale potem trzeba kombinować jak przejść w przeszywającym zimnie z łazienki do pokoju) no i ceny, nawet podstawowych artykułów, których nie powstydziłaby się piąta aleja w Nowym Jorku (z doświadczenia mogę napisać, że w NYC bywa taniej) – tutaj wszystko trzeba importować, nawet wodę (przykład: litr wody kosztuje ponad 6 zł a smakuje jak zwykła woda z kranu) mamy obraz zupełnie inny niż ten, jaki pojawia się w głowie przeciętnego Polaka, który marzy o tym, aby dotrzeć na Atacamę.

Hotelowy pokój na Atacamie to zjawisko samo w sobie i wymaga kilku linii tekstu i odrębnego potraktowania. Zimno. Byłem w wielu miejscach na ziemi, które można nazwać „zimnymi”. Zdarzało mi się nocować w Himalajach, na Kaukazie, w górach Bałkanów. Nigdzie jednak słowo „zimno” nie miało tak silnego wyrazu, jak w hotelowym pokoju w centrum Atacamy. Co więcej, pokój wynajęty w San Pedro de Atacama, nie ważne ile kosztuje, charakteryzuje się dwiema rzeczami. Rzecz pierwsza: zawsze panuje w nim taka sama (niska) temperatura. Grube mury, z których buduje się tutaj nawet najbardziej proste budynki, działają jak izolacja doskonała. Nawet tutejsze słońce nie jest wstanie ich ogrzać na tyle, aby wieczorem było ciepło w środku. Z drugiej strony, noce na pustyni zawsze są na tyle chłodne, że to, co zdziałało słońce przez bite 12 godzin grzania dachu (i pomyśleć, że to samo słońce potrafi w ciągu kilkunastu minut wywołać udar słoneczny!), znika w ciągu kilkudziesięciu minut. Druga charakterystyczna rzecz dla pokoju hotelowego na Atacamie: cena. Człowiek zupełnie inaczej podchodzi do słowa „drogi” i „z wygodami”, po przespaniu się tutaj kilku nocy w warunkach polskiego (bardzo lichego) schroniska młodzieżowego w przeraźliwym zimnie, płacąc za tę przyjemność kilkaset złotych za dobę… Można oczywiście wydać kilka tysięcy złotych za dobę w kilku „luksusowych” tutejszych hotelach, ale: 1. Nie ma gwarancji, że będzie ciepło; 2. Nawet jeśli będzie ciepło, to mamy gwarantowaną jakąś chorobę związaną z układem oddechowym (zapalenie zatok, katar, zapalenie oskrzeli, itp.). Pustynia chyba bardzo nie lubi, gdy się podgrzewa powietrze pozbawione wilgoci, a następnie wtłacza do pomieszczeń mieszkalnych – wyobraźmy sobie, że śpimy w szwedzkiej saunie (przyjemność wątpliwa – aczkolwiek wrażenia na pewno niezapomniane).

Zatem udało się dotrzeć na tą owianą mgłą tajemnicy pustynię. Skoro już udało się tutaj dojechać, pora wyruszyć eksplorować miasto i okolice. Mimo wszystkich przeszkód, niedogodności i rozwianych w brutalny sposób wyobrażeń o tym zakątku świata, nie wypada przecież siedzieć w hotelu (nie tylko dlatego, że wątpliwą przyjemnością jest oglądanie zawartości żołądków lokatorów hotelu, które pozostawili oni we wspólnej toalecie na muszli klozetowej i w jej okolicach, nie mając sił z powodu choroby wysokościowej, aby po sobie posprzątać). Pora ruszyć eksplorować miasto! Na początek samo San Pedro de Atacama. O tym jednak w kolejnym wpisie ☺

Comments

comments