Po dwóch dniach mieszkania niemal przy samej katedrze zmieniamy hotel na jedną noc. Przenosimy się w okolice najstarszego parku w mieście — Alameda. Przewozimy rzeczy z samego rana i ruszamy na Zocalo napić się kawy. Stąd powoli kierujemy się z powrotem ku parkowi, zwiedzając po drodze. Pierwszym napotkanym przez nas zabytkiem jest Kościół Niepokalanego Poczęcia. Jest to jedna z niewielu świątyń w mieście, które powstały za czasów Cortesa i przetrwały do dziś. Zbudowano ją obok szpitala, który nakazał wznieść przywódca konkwistadorów w miejscu, gdzie po raz pierwszy spotkał się z Montezumą. Kościół ten nie jest najpiękniejszy, ani najbardziej imponujący. Jednak to tutaj spoczęły doczesne szczątki Hermana Cortesa. Pierwotnie został on pochowany w Sewilli, ale po 20 latach sprowadzono jego ciało do Meksyku. Miejsce, gdzie złożono najbardziej znanego z konkwistadorów, przypomina pamiątkowa tablica.
Naprzeciwko kościoła wznosi się rzadko odwiedzane Muzeum Miasta Meksyk. Umiejscowiono je w XVIII wiecznym barokowym gmachu. Sam budynek wart jest odwiedzenia z uwagi na fakt, że jest jednym z najlepszych przykładów architektury, jaką upodobała sobie osiemnastowieczna szlachta. Muzeum otwarto w roku 1964 i skupia się ono przede wszystkim na okresie XVII–XIX wieku. Wydaje mi się, że całkiem słusznie władze muzeum ograniczają okres przedhiszpańskiego Meksyku — inne instytucje muzealne poświęcają mu wystarczająco czasu. Czytaj więcej
Z samego rana ruszamy do niemal przylegającego do naszego hotelu jednego z największych terenów wykopalisk archeologicznych w tej części Meksyku. Chcemy zwiedzić miejsce, gdzie 500 lat temu wznosiła się ponad jedna z największych świątyń w tej części świata — Templo Major. Ta budowla właśnie zrobiła na wkraczających do Meksyku Hiszpanach największe wrażenie. Było to najważniejsze centrum religijne i polityczne tej części świata w XV wieku. Podczas określonych świąt w azteckim kalendarzu (wbrew potocznym wyobrażeniom — nie codziennie) w Templo Mayor składano krwawe ofiary z ludzi w celu przebłagania bogów i zapewnienia pomyślności społeczeństwu Azteków. Kapłani wycinali ofiarom serca (jak obliczono wyrwanie serca mogło zajmować wprawnemu kapłanowi około 10 sekund), skrapiali posągi bogów krwią i wrzucali serce do kamiennej misy z kanalikami odprowadzającymi krew. Ciało wyrzucano na schody świątyni. Ofiarami byli najczęściej jeńcy wojenni.
Na wkraczających do Tenochtitlan Hiszpanach Templo Mayor zrobiła największe wrażenie. Cortes, po tym jak Montezuma wprowadził go na szczyt budowli, zażądał, aby na jej miejscu zbudować świątynię ku czci Najświętszej Maryi Panny. Montezuma odmówił. Cortes, widząc, że nie ma możliwości, aby walczyć z niepomniernie większą liczbą Azteckich wojowników, nie oponował, lecz wycofał się z miasta. Pół roku później, gdy Montezuma był już więźniem, przywódca konkwistadorów wcielił w życie swój plan. Na miejscu bogów azteckich stanął zaimprowizowany kościółek ku czci Maryi, a obok kaplica pod wezwaniem św. Krzysztofa. Aztekowie, wywoławszy powstanie, wyparli najeźdźcę ze swej stolicy. Pojmanych żołnierzy Cortesa zaprowadzono na szczyt świątyni i wyrwano im serca. W odwecie Cortes po odbiciu miasta nakazał zrównać z ziemią Templo Mayor, co było wyzwaniem tyleż odważnym, co karkołomnym. Wbrew pozorom to, co dziś oglądamy nie jest dziełem Hiszpanów — nie byliby oni w stanie zrównać z ziemią tak potężnej piramidy (po lewej rekonstrukcja). Hiszpanie zniszczyli ją dość powierzchownie. Reszty dopełnił zapadający się grunt oraz liczne budowle, które powstały w okolicy — stąd czerpano materiał budowalny w postaci kamieni pozostałych po dawnej świątyni. Na całe stulecia zapomniano o Templo Mayor… Czytaj więcej
Katedra za nami. Wychodzimy i oślepia nas meksykańskie słońce, które oświetla Zocalo. Kierujemy się do przyległego do katedry Kościoła Najświętszego Sakramentu. Zbudowano go w połowie XVIII wieku, kiedy to meksykański barok był w szczytowym okresie swojego rozwoju. Kościół jest czasami określany jako najlepszy przykład tego stylu architektonicznego w budownictwie sakralnym w tej części świata. W centralnej części tej wzniesionej na planie krzyża greckiego świątyni znajduje się ośmioboczna kopuła. Kościół, mimo że niewielki, wyposażony został w aż 12 ołtarzy, w tym ten największy — ołtarz główny, który pochodzi z roku 1829, a zaprojektowany został przez Indianina, ucznia słynnego Manuela Tolsy. Kilka zdjęć (tutejsze zabytki mają dziwną przypadłość — można na nie długo się gapić, niemiłosiernie kradną czas) i wychodzimy. Czytaj więcej
Zwiedzenie Meksyku to rzecz trudna. Mówi się, że co najmniej tydzień trzeba na to, aby się z tym miastem oswoić, rok na to, aby się z nim zaprzyjaźnić, a życia nie wystarczy, aby poznać je w każdym calu. My na stolicę mamy tylko 3 dni. Bardzo mało. Mało czasu powoduje, że trzeba wybierać. Aby zoptymalizować czas zwiedzania, hotel wynajęliśmy przy samym Plaza de la Constitucion. Dzięki kilku trickom z Biblii Taniego Spania, kosztował on nas 40 euro za dwie noce dla dwóch osób ze śniadaniami. Trzeci hotel wzięliśmy w innej części miasta — o tym jednak później.
Zwiedzanie zaczynamy od najważniejszego placu w mieście — Plaza de la Constitucion. Zocalo, bo tak jest on także nazywany, leży w miejscu, gdzie pół tysiąca lat temu wznosiło się serce dumnej i potężnej stolicy Azteków — Tenochtitlan. Obecną nazwę wziął on stąd, że tutaj właśnie miało miejsce zaprzysiężenie konstytucji w roku 1812. Mało kto jednak używa tej oficjalnej nazwy. Plac to po prostu: Zocalo. Nazwa ta, jeśli tłumaczyć ją dosłownie, oznacza „cokół”. Dość trudno zrozumieć, jak to możliwe, że nazwa ta przetrwała. Kilka słów o historii tego miejsca pozwoli Ci, drogi czytelniku, zrozumieć moje zdumienie. W roku 1843 planowano zbudować w centrum placu ogromny pomnik niepodległości. Jak zaplanowano, tak też uczyniono. Niestety prac nie dokończono, a najbardziej imponującą częścią pomnika pozostał cokół, na którym go ustawiono, a którego dzisiaj już nie ma. Budowniczowie nieco przeliczyli się w swoim optymizmie. Założyli, że finansów wystarczy na gigantyczny pomnik. Postawiono kolosalny cokół, a na nim… niewielki pomnik. Karykaturka ta została dość szybko rozebrana. Wróćmy jednak do samego placu. W czasach Azteków obszar ten był sercem politycznym i religijnym miasta. Tutaj stała Templo Mayor (o tym nieco później), którą Cortez nakazał zniszczyć. Z kamieni z tej budowli zbudowano obecną katedrę. Po podboju Meksyku przez Hiszpanów plac podupadł. Większą jego część do końca XVII wieku zajmowały targowiska. Początek XVIII wieku to ogromne zmiany w architekturze i funkcji placu. Pojawiły się tutaj ekskluzywne sklepy, które oferowały importowane z Europy towary. Plac odegrał także ważną rolę w rozwoju architektury i sztuki Meksyku. Tutaj na początku XIX wieku wzniesiono pomnik konny Karola IV. Wykonał go Manuel Tolsa, a sam pomnik zyskał nazwę El Caballito. To najbardziej znane dzieło tego wielkiego artysty dało początek stylowi neoklasycystycznemu w Meksyku. Pomnik dziś stoi na Plaza Manuel Tolsa. Połowa XIX wieku to dalsze zmiany w wyglądzie placu. Plac podupadał. Dopiero w XX wieku podjęto decyzję o rozpoczęciu na ogromną skalę prac rekonstrukcyjnych i konserwatorskich, które nadały temu miejscu dzisiejszy kształt. Plac jest ogromny. Ma kształt kwadratu o długości boku 240 metrów. Sprawia to, że jest on drugim (zaraz po Placu Czerwonym w Moskwie) pod względem wielkości placem na świecie. Jedyną ozdobą tej ogromnej pustej przestrzeni jest znajdujący się w jego sercu maszt, na którym codziennie podnoszona jest o poranku flaga Meksyku. Wraz z zachodem słońca następuje uroczyste opuszczenie flagi czemu towarzyszy zawsze uroczysta atmosfera. Czytaj więcej
Wcześnie rano i bardzo zimno. Kilka minut przed 4.00 ruszamy na dworzec autobusowy w Poznaniu. Wysiadamy z taksówki i mamy jeszcze kilka minut do odjazdu PolskiegoBusa do Berlina. Cena biletu: 2 zł za osobę! J Oficjalnie zaczął się kolejny wyjazd! 🙂 Jedziemy do miejsca, które odwiedzić zawsze chcieliśmy, do Meksyku. PolskiBus to niestety nie najwygodniejszy środek transportu. Ciasno, internet nie chce działać. Trzy godziny podróży dłużą się niemiłosiernie. Jak się potem okaże, były to najbardziej niewygodne trzy godziny. Berlin przywitał nas równie chłodno jak poznański dworzec. Wysiadamy na lotnisku Schönefeld kilka minut przed 8 rano. Samolot o 10.45 więc nie musimy długo czekać. Nadajemy bagaże, jemy śniadanie i po 10.00 czekamy na zamknięcie bramek. Niedługo po tym wzbijamy się w przestworza — kierunek Madryt! Zauważyłem, że w Ryanair znacznie poprawił się serwis na pokładzie. Jeszcze rok temu kawa była „taka sobie”. Obecnie, w całkiem rozsądnej cenie, można kupić świeżo parzoną kawę. Plus dla taniego irlandzkiego przewoźnika. Bilet na trasie Berlin–Madryt kosztował nas 18 euro za osobę. Drogo, to prawda. Cena jednak wynika z faktu, że… musieliśmy zakupić bagaż rejestrowany. Niestety z wiekiem człowiek coraz więcej taszczy ze sobą medykamentów i innych drobiazgów, które w bagażu podręcznym nie sposób przewieźć.
Madryt — od razu przyjemniej. Chwilkę przed 14.00 nasz samolot dotyka płyty lotniska i ruszamy do hotelu J! Z małym zamieszaniem i narzekając nieco na koszty metra w stolicy Hiszpanii docieramy do naszego locum. Koszty metra są zaś niebagatelne. Za bilet „dobowy”, który jest ważny tylko do 5.00 rano (czyli w naszym przypadku kilkanaście godzin) płacimy 8,60 euro. Europa… L Na pierwszą noc zarezerwowałem hotel w samym centrum — tuż przy Gran Via. Trzy gwiazdki i smaczne śniadanie. „Biblia taniego spania” pozwoliła znaleźć lokum za 28 euro zamiast prawie 60. Kilka godzin spaceru nocą pozwala zobaczyć miejsca, które wcześniej widywaliśmy tylko za dnia. Dzień drugi pobytu w Madrycie to wczesna pobudka. Uroki nieprzespanej nocy nadal dają się we znaki, ale to nic. Dajemy radę! Przed 8.00 meldujemy się na śniadaniu. Dziś luźny dzień. Trochę zwiedzamy, trochę planujemy, odrobinę filmujemy. Już o 18.00 wracam do hotelu i o 20.00 prowadzę szkolenie z cyklu Biblia Taniego Latania (więcej informacji tutaj). Czytaj więcej
Udzieliłem wywiadu dla portalu Bankier.pl . Porozmawialiśmy sobie o tanim lataniu i nie tylko. Całość w pięknym otoczeniu lotniska Chopina w Warszawie – miałem okazję odwiedzić terminal, gdzie rzadko bywam. Cały wywiad TUTAJ, a w formie video poniżej 🙂
Dzięki super TANIM biletom lotniczym znalezionym dzięki „Biblii taniego latania” już 28 lutego lecimy do Meksyku! Cena za przelot dla jednej osoby na Trasie: Berlin–Madryt–Amsterdam–Meksyk–Cancun–Amsterdam–Madryt–Berlin zamknęła się w… 1000 zł! Niesamowicie niska cena.
Wstępny plan zwiedzania już jest. Oprócz Mexico City jedziemy do Acapulco, a następnie od Zachodniego Wybrzeża ku Jukatanowi lokalnymi autobusami. Po drodze, jeśli czasu wystarczy, zajrzymy do Belize. Czas pakować plecaki, czytać przewodniki i planować! Za 3 tygodnie będziemy w autobusie do Berlina (koszt przejazdu to… 2 zł 🙂 ). Trzymajcie kciuki!