Poranek. Łapiemy autobus i ruszamy. Naszym celem jest jeden z najbardziej niezwykłych kompleksów ruin w Meksyku — słynne tak w przeszłości, jak i dziś — Monte Alban. Po dotarciu na miejsce nieco rozpadającym się busikiem kupujemy bilety i wchodzimy na teren wykopalisk. Wielki obszar sprawia, że turystów jakby nie było widać, a dodatkowo wrażenie ogromu miasta wzmaga świadomość, że to, co widzimy, to około 10% całego kompleksu. Ogromne i „rozłożyste” piramidy pną się ku niebu i w pewien sposób „rozpełzają” po całym kompleksie. Wkraczamy między ruiny, które chyba jak żadne dotychczas przytłaczają swoim rozmiarem. Czytaj więcej

Opuszczamy Pueblę i autobusem ADO ruszamy w 350-kilometrową podróż na południe. Naszym celem jest miasto Oaxaca de Juárez, które mało kto tytułuje pełną jego nazwą. Oaxaca to miasto, którego nazwę równie trudno wymówić poprawnie (czyli tak jak miejscowi), podobnie jak dla nie-Polaka brzmi słowo „Chrząszczyce”. Niemal niemożliwe, a jednak po dłuższym ćwiczeniu wykonalne. Autobus nieco mniej wygodny niż poprzednio, kupiliśmy bilety drugiej klasy. W południe dojeżdżamy w końcu na miejsce. Wysiadamy na nowoczesnym dworcu i łapiemy taksówkę do naszego hotelu.

Wybraliśmy lokum nieopodal centrum miasta. Nie najnowszy, ale w gruncie rzeczy urządzony w stylu prawdziwej hacjendy, urzekający swoim postkolonialnym charakterem obiekt przypadł mi do gustu. Zostawiamy rzeczy, szybki prysznic i ruszamy zwiedzać. Miasto ma typowy dla kolonialnej osady charakter. Centrum zajmuje plac, który w przeszłości służył do ćwiczeń wojskowych, a dziś nosi po prostu miano: Zocalo. Nazwa miasta znaczy dosłownie „miejsce, gdzie rosną tykwy”. Bardzo szybko dostrzeżono niemal idealne klimatyczne położenie miasta. Ani za ciepło, ani za zimno, powietrze bardzo zdrowe, a wysokość 1500 m n.p.m. i położenie niemal w sercu Meksyku sprawiło, że dostrzeżono jego walory tak krajobrazowe, jak i zdrowotne, a w końcu też polityczne. Czytaj więcej

Poranek przywitał nas dziwnym, jak na tę porę roku, chłodem. Śniadanie, najpierw hotelowe, a potem na ulicy. W końcu łapiemy autobus do miasteczka oddalonego pół godziny jazdy od Puebli. Jest nim Cholula — miasto kościołów, miasto rzezi Indian, miasto, które sam Herman Cortes najpierw nakazał zrównać z ziemią,  a potem na nowo odbudować. Przejazd kosztuje zaledwie 7,50 pesos, a busik jest może nie najbardziej przestronny, ale w gruncie rzeczy wygodny.

Cholula… miasto o nazwie tak dziwnej, jak jego historia. W indiańskim języku nahuatl miasto nosiło nazwę Cholöllan lub Chol-öl-tlan co oznacza „miejsce ucieczki, w którym spada woda”. Tutaj schronili się Indianie po szeregu wygranych przez konkwistadorów bitew. Cholula była ważnym ośrodkiem cywilizacji prekolumbijskiej, istniejącym już około 200 lat p.n.e. (wioska istniała co najmniej kilka tysięcy lat wcześniej). W okresie istnienia imperium azteckiego była drugą po Tenochtitlan największą metropolią ich państwa. W chwili przybycia Hiszpanów do Meksyku miasto liczyło prawdopodobnie około 100 tys. Mieszkańców. W 1519 roku Cortés, dowiedziawszy się o spisku przeciwko Hiszpanom, chcąc sterroryzować Azteków, nakazał spacyfikowanie Choluli, w której doszło do straszliwej rzezi tysięcy nieuzbrojonych ludzi. Po masakrze miasto zostało w części spalone. Zgodnie z tradycją Herman Cortes miał tutaj nakazać zbudować tyle świątyń chrześcijańskich, ile dni miał rok — stąd jego nazwa, która upowszechniła się w XIX wieku: Miasto Kościołów. Czytaj więcej

Autobus linii ADO długo jechał do Puebli. Wszak to prawie 300 kilometrów. Na dworzec autobusowy zajechaliśmy kilka minut po 13.00. Szybkim marszem do hotelu i pora wyruszyć na podbój tego jednego z najpiękniejszych miast w Meksyku. Mimo że miasto jest jednym z najprężniej rozwijających się w tej części Meksyku, zachowało swój niezwykły kolonialny charakter i na każdym kroku możemy napotkać niesamowite zabytki. Puebla leży ponad 2000 m n.p.m. Mieszka tutaj ponad 2 miliony ludzi. Miasto zostało założone w 1531 roku przez arcybiskupa Santo Domingo Toribio Benavente jako Puebla de los Ángeles (Miasto Aniołów). Legenda mówi, że to aniołowie mieli zstąpić z niebios i wyznaczyć mury miasta oraz układ jego ulic. W roku 1832 Puebla na krótko stała się stolicą Meksyku. Całe centrum historyczne od 1987 roku jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Czytaj więcej

Zrzut ekranu 2016-02-28 o 21.28.27Wczesnym rankiem łapiemy z dworca del Norte autobus linii ADO do Papantli. Niestety, autobus nie jest najtańszy, ale za to bardzo wygodny. Linia Autobuses de Oriente ma kilka rodzajów pojazdów. Najdroższe to ADO Platinum (rozkładane fotele, gniazdka elektryczne, darmowa kawa w czasie podróży itp.), niżej są zwykłe „pierwszej klasy” – wygodne, ale bez dodatków i takim właśnie jedziemy. Mimo że mam ponad 2 metry wzrostu, nie czuję związanego z długim przejazdem dyskomfortu. To jeden z największych plusów Ameryki Południowej — bardzo wygodne autobusy. Przejazd tego trzystukilometrowego odcinka zajmuje nieco ponad 5 godzin. Wieczorem meldujemy się w hotelu i zwiedzamy miasto. Następnego dnia z samego rana ruszamy do słynnych, aczkolwiek, jak się szybko okazuje, bardzo pustych… ruin. Najpierw jednak słów kilka o hotelu. Wybrałem na naszą bazę hotel Tajin. Mieliśmy w planie nocować tylko jedną noc tutaj i ruszyć na południe, do Puebli. Jednak bardzo szybko okazało się, że piękny hotel (aczkolwiek nie najnowszy) i bardzo urokliwe (i bezpieczne!) miasto zatrzymał nas tutaj na dwie noce. Gdy dotarliśmy do hotelu, było już ciemno. Pomyślałem, że nie można marnować czasu i z aparatem wybrałem się na krótki spacer — efekty można podziwiać poniżej. Miasto jest wyjątkowo żywe, po zmroku jest niemal nie do poznania. Ludzie siedzą na rynku, piją kawę, jedzą albo pizzę, albo miejscowe przysmaki i rozmawiają. Zasypiamy, słysząc odgłosy miasteczka… Czytaj więcej

Teotihuacán jest jednym z symboli Meksyku. Jest to też najczęściej odwiedzane stanowisko archeologiczne w tym kraju. Nawet Chichén Itzá nie może się równać z nim pod względem tłumów, jakie tutaj przybywają każdego dnia. Ponieważ zaś być w Meksyku i nie odwiedzić tych piramid to trochę „się nie liczy”, z samego rana łapiemy autobus z dworca del Norte i jedziemy zobaczyć to miejsce „must visit”. Złapać autobus to żaden problem. Codziennie dziesiątki jeżdżą w kierunku Zona Archeologica. Wysiadamy z metra, kilkadziesiąt kroków i kupujemy bilety. Ważne jest tylko to, aby kupić bilet właśnie do tej Zony, a nie do pobliskich miejscowości. Godzinę w wygodnym i nazbyt klimatyzowanym pojeździe i stajemy pod bramą parku archeologicznego. Kupujemy bilety i… przeraża nas ogromny tłum oraz wszechobecni sprzedawcy wszystkiego. Zanim o samym stanowisku, słów kilka o miejscu, które przyciąga takie mrowie ludzi.

Według legend miasto to zostało zbudowane przez olbrzymów, zwanych quinametin, którzy mieli żyć przed pojawieniem się ludzi i zostali zniszczeni przez wielką katastrofę. Jedna z wersji legendy mówi o ogromnym potopie. Mieli oni zbudować to jedno z największych miast w tej części świata. Największy rozkwit miasta przypada na okres od IV do VI wieku po Chrystusie. Jego część mieszkalna została zaplanowana na prostokątnej siatce ulic. Przeprowadzono regulację rzeki San Juan, zbudowano zbiorniki wody deszczowej. W kompleksie miejskim powstały place targowe, spichlerze, teatry i boiska do gry w pelotę. Plan urbanistyczny miasta miał układ dwuosiowy. Jedna z osi prowadziła w kierunku północ–południe, czyli słynna Aleja Zmarłych, druga oś ciągnęła się ze wschodu na zachód. Według współczesnych szacunków liczba mieszkańców określana jest na około 200 tysięcy. Do IX wieku wpływy centrum obejmowały całą centralną część Wyżyny Meksykańskiej. Dla wielu plemion Mezoameryki Teotihuacán było świętym miastem, do którego przedstawiciele tychże plemion tłumnie pielgrzymowali. Rdzenni mieszkańcy Mezoameryki stworzyli całą kosmologię i kosmogonię związaną z miastem. Według mitów indiańskich tu powstał świat, nastąpiło oddzielenie światła od ciemności, powstało słońce i księżyc. Sama nazwa miasta oznacza dosłownie „Miejsce, gdzie rodzą się Bogowie”. Inna wersja nazwy mówi o tym, że jest to „Miejsce, gdzie ludzie stają się Bogami”. Najprawdopodobniej w Teotihuacan powstał system religijny przyjęty później przez inne plemiona, tu kapłani opracowali kalendarz, według którego liczono czas. W VII w. Teotihuacan został częściowo zniszczony podczas pożaru. Po pożarze miasto nie wróciło do dawnej świetności. Stopniowo opuszczane poddało się kolejnym napaściom koczowniczych plemion północy. Ostatecznie w X wieku opustoszało i zostało pochłonięte przez dżunglę. Czytaj więcej

Z samego rana pakujemy się i jedziemy metrem do leżącego u stóp wzgórza Tepeyac najważniejszego centrum religijnego w Meksyku — Sanktuarium Matki Boskiej z Guadalupe. Sanktuarium zajmuje ogromny obszar (ponad 30 tys. metrów kwadratowych), a na jego terenie znajduje się kilka osobnych budynków.

Według legendy, biskup Juan de Zumárraga, nie dowierzając relacjom Juana Diego o ukazaniu się mu Maryi na wzgórzu Tepeyac oraz jej życzeniu, by na nim została zbudowana świątynia ku jej czci, domagał się przekonującego dowodu potwierdzającego prawdziwość jego relacji. Maryja przyjęła to wyzwanie i poleciła Diego przyjść następnego dnia, wspiąć się na wzgórze i zerwać kwitnące tam kwiaty. Kiedy ten to uczynił, Maryja sama ułożyła te kwiaty w wiązankę i ukrytą pod osłoną tilmy poleciła mu zanieść ją do biskupa. Kiedy Juan Diego zjawił się w rezydencji biskupa i odsłonił tilmę, kwiaty wypadły na podłogę, a na tilmie biskup ujrzał niezwykły obraz Maryi, przed którym upadł na kolana i ze łzami skruchy przepraszał Maryję za swe niedowierzanie. Świadkami tego wydarzenia mieli być także tłumacz biskupa, Juan Ganzalez, oraz biskup Santo Domingo Ramirez y Fuenleal, jako gość biskupa Zumarragi. Wizerunek ten zobaczyli także wszyscy obecni w rezydencji biskupa. Wkrótce dowiedzieli się o tym niezwykłym wydarzeniu mieszkańcy miasta, a z biegiem czasu coraz szersze rzesze Indian. Biskup zatrzymał ten wizerunek na tilmie u siebie w kaplicy domowej, a w kilkanaście dni potem, w uroczystej procesji przeniósł go 24 grudnia do kaplicy wybudowanej w pobliżu wzgórza Tepeyac, spełniając życzenie Maryi. Obraz określany jest mianem „nieustającego cudu” z racji przekonania, że indiańskie płótno z agawy, na którym powstał obraz, jest w stanie przetrwać najwyżej 20 lat. Po tym czasie ulega biodegradacji. Natomiast obraz pochodzi co najmniej z 1556 roku. Dodatkowo w źrenicach Maryi, przy dużym powiększeniu dostrzec można postać klęczącego Juana Diego. Czytaj więcej