Historia pewnego kapelusza…

Mam dużą głowę. Nie chodzi o to, że chcę się żalić z tego powodu (ani tym bardziej chwalić, chociaż podobno duża głowa = duży mózg, a to z kolei, przy odpowiednich proporcjach w stosunku do wagi całego ciała, świadczyć powinno o inteligencji – stąd np. słonie mimo ogromnego mózgu, ponieważ jest on niewielki w stosunku do wagi ciała, nie grzeszą intelektem), ale mój nieprzeciętny rozmiar głowy (zwłaszcza jej obwód) stał się przyczynkiem do całkiem zabawnej (a może nawet dramatycznej!) historii. Fakt, że w Polsce mamy lato, a w Ameryce Południowej zimę, połączony z tym, że generalnie pakowanie się na wyjazd nie jest najważniejszą czynnością w moim grafiku – nie jest też czynnością najbardziej czasochłonną, gdyż zajmuje maksymalnie kilkanaście minut – sprawił, że zapomniałem zabrać odpowiedniego nakrycia głowy. W końcu lecimy zwiedzać w zimie! No tak, ale zima na pustyni czy w wysokich górach to jednak coś zupełnie innego niż zima w Polsce. Tutaj, w Ameryce Południowej, słońce świeci w najlepsze, a na dużych wysokościach brak nakrycia głowy może skutkować nawet porażeniem słonecznym, udarem czy zapaleniem opon mózgowych. O ile nabycie drogą kupna okularów przeciwsłonecznych to nie problem (i wydatek ledwie kilku złotych – po targach ze sprzedawcami), to z kapeluszem problem jest dużo większy. Jak na złość zapomniałem zabrać doskonałą czapkę, którą nabyłem drogą kupna w Jerozolimie. Czapka to doskonała, gdyż stanowi skrzyżowanie tzw. arafatki z czapką baseballową. Wygląda przyzwoicie i zakrywa ramiona. No tak, ale ja jej nie mam, a pierwszy kontakt z Atacamą pokazał, że nakrycie głowy jest niezbędne. Muszę zatem zakupić kapelusz…

Wypada w tym miejscu napisać kilka słów wyjaśnienia. Generalnie kapelusze w miejscowościach jakkolwiek turystycznych (są bardzo powszednie na każdym straganie) dzielą się na dwie kategorie. Pierwsza to (przepraszam za wyrażenie) turystyczne buble lub, mówiąc z angielskiego, „shit” – aby nie cytować klasyków polskiej polityki (mam tutaj na myśli oczywiście Marszałka Józefa Piłsudskiego). Są to zazwyczaj wyroby masowe, marnej jakości, z nadrukowaną nazwą kraju (miasta), symbolem miejscowości (regionu) i tandetnym wzorkiem wieńczącym całość. Prawdziwe chmary turystów biegają w nakryciach głowy tego typu na wszystkich długościach i szerokościach geograficznych (no, może z wyjątkiem Turkmenistanu, ale o tym kiedy indziej). Turysta taki charakteryzuje się zazwyczaj tym, że na wszelkie możliwe sposoby podkreślić pragnie fakt, że jest turystą (tak w miejscu zwiedzania, jak i po powrocie do kraju). Wyobraźmy sobie zatem osobę, która nosi kapelusz z wielkim napisem PERU, rękawiczki z wyszytą nazwą LIMA, koszulkę z godłem PERU oraz sweter z lamy z napisem I LOVE CUSCO. Mniej więcej o cuś takiego chodzi mi w tym miejscu. Drugi rodzaj kapeluszy to zwykłe, najzwyklejsze w świecie nakrycia głowy używane przez mężczyzn w Ameryce Środkowej i Południowej. Swoją drogą, fascynującym problemem badawczym jest to, jak to się stało, że w Europie nagle zniknęła moda na noszenie tak praktycznego nakrycia głowy jak kapelusz. Chciałem zatem kupić sobie kapelusz. Zwykły kapelusz, wykonany z wełny lamy, doskonały w zimie (grzeje głowę) i wspaniały latem (chłodzi czuprynę, tworząc specyficzny mikroklimat między skórą głowy, włosami i samym kapeluszem). Kapelusz odpowiednio wyprofilowany, aby w przypadku deszczu nic nie lało się za koszulę i do tego bez żadnych ozdobników i „upięknień”. Takie „upiększenie” to jak informacja dla każdego sprzedawcy „pieniądze idą” – trzeba zaproponować cenę co najmniej czterokrotnie wyższą niż normalna, aby po długich targach zgodzić się na dwukrotność standardowego rachunku. Problemem, jaki mam od zawsze, jest rozmiar głowy. Nijak nie pasuje on do nawet największych kapeluszy. Latynosi (nie mówiąc już o Indianach) mają znacznie mniejsze głowy od mojej. Mimo to kapelusz niezbędny.

Odwiedzając jeden stragan po drugim, w końcu udało się! I to w miejscu, w którym za nic w świecie nie spodziewałbym się, że można kupić normalny (nie zaś turystyczny) kapelusz! W Cusco! Mam zatem swój kapelusz. Jego zdobycie samo w sobie było ciekawym przeżyciem. Cusco to miasto dziwne. Z jednej strony chyba najdroższe z miast w Peru, z drugiej ludzie przecież tutaj żyją i nie mogą płacić za wszystko takich cen jak turyści. Jedzą, śpią, pracują no i kupują kapelusze. Pytałem o odpowiednie nakrycie głowy już wcześniej (w Santiago de Chile, Calamie, San Pedro de Atacama, Arica, Tacna i w końcu w Limie – bez skutku). Spacerujemy po Cusco. Odwiedzamy stragany. Nagle na jednym z nich (w dzielnicy nieco na uboczu) udaje się dostrzec kilka kapeluszy jeden na drugim, które sprzedają miejscowe Indianki. Pierwszy, za mały. Drugi, to samo. Podobnie, trzeci i czwarty. W końcu sprzedawczyni wygrzebuje (zdejmuje przy pomocy dość długiego kija) ostatni model. Okazuje się, że pasuje. Wygląda trochę jakby zrobiono go przez przypadek nieco zbyt dużym. Niemniej jest! Brązowy, z ciepłej wełny. Pozostała tylko najbardziej prozaiczna kwestia – zakup. Zakup zaś w całej Ameryce Środkowej i Południowej oznacza ustalenie ceny. Tak, tak, ustalenie. Cena bowiem jest tutaj rzeczą względną, aby nie powiedzieć ulotną.

  • Ile kosztuje sombrero (przypis od autora: sombrero to po prostu po hiszpańsku kapelusz, w Polsce przyjęło się, że to takie coś z wielkim rondem noszone w Meksyku oraz podrzędnych pseudomeksykańskich restauracjach)?
  • Indianka patrzy badawczym wzrokiem
  • 80 soli.
  • Bardzo drogo.
  • [Indianka patrzy]. A jaka jest twoja cena?
  • Mam duuuuużo mniej.
  • To może 65 soli.
  • Ale ja mam DUUUUUUŻO mniej!
  • A ile.
  • 40 soli.
  • [po długiej przerwie, w czasie której chcemy dwukrotnie wyjść ze sklepu). No dobrze, może być 40 soli.

Rozmowa, jakich wiele na straganach w Ameryce Południowej. Mam swój upragniony kapelusz i mogę bez obaw ruszać zwiedzać. Celem kolejnym jest poznanie zabytków Cusco innych niż kościoły… o tym jednak będzie w kolejnym wpisie. 

 

Comments

comments