Powrót z ziemi chilijskiej do Polski…

Nocny autobus z Antofagasty był całkiem przyzwoity. Rano docieramy do Santiago. Piękna pogoda mimo zimy. Ciekawe jest obserwowanie miasta z „poziomu” autobusu. Można patrzeć trochę „z góry”. Wysiadamy na dworcu i zmierzamy do hotelu. Wybraliśmy locum blisko dworca, po pierwsze chcemy jeszcze raz pospacerować po chilijskiej stolicy, zobaczyć to, czego obejrzeć nie udało się na początku wyprawy, a po drugie z hotelu mamy blisko do przystanku, z którego odjeżdża autobus na lotnisko. Zameldowanie, prysznic i popołudnie spędzamy na spacerach, zakupach (nie jestem zwolennikiem pamiątek, ale jednak to i owo miło mieć) no i oczywiście nadrabianiu zaległości jeśli chodzi o zwiedzanie J. Długa podróż oraz fakt, że jest wyjątkowo zimno jednak daje się we znaki. Wracamy do hotelu, aby wypocząć przed bardzo długim powrotem do Polski. Po drodze w końcu chcemy jeszcze zwiedzić Madryt (znowu J). Wcześnie rano ruszamy na lotnisko. Autobus jest tani i jedzie około pół godziny. Odprawa przebiega nad wyraz sprawnie i… jedząc ostatni raz w chilijskiej (no dobrze, półchilijskiej, bo lotniskowej) restauracji czekamy na boarding. W końcu rozpoczęto „załadunek” pasażerów. Miła niespodzianka na pokładzie linii Iberia. Z uwagi na moje niestandardowe ponad 2 metry wzrostu otrzymałem bezpłatnie miejsce przy wyjściu ewakuacyjnym (normalnie trzeba za nie zapłacić). Taki bonus sprawił, że podróż mija miło, można się przespać, nadrobić zaległości filmowe (jeju… jakie one są ogromne, w sumie to filmy oglądam głównie w samolotach).

Iberia tym razem podstawiła całkiem przyzwoity samolot. Jak zwykle prawie pełen. Niestety muszę napisać kilka słów krytyki. Jeszcze pół roku temu (np. w czasie naszego wyjazdu do Gwatemali) mogliśmy zupełnie bezpłatnie wybrać sobie miejsca w samolocie przed odlotem. Teraz niestety okazało się to niemożliwe. Szkoda… To szczegół, drobiazg, ale bardzo istotny z punktu widzenia pasażera. Szkoda, że kolejna linia lotnicza liczy sobie dodatkowo za wybór miejsc. Serwis pokładowy był na niezłym poziomie (aczkolwiek porcje pożywienia starano się  – mam wrażenie – redukować jak tylko można). Jeśli chodzi o obsługę – bez zarzutu, miła, kulturalna, pomocna. Między posiłkami można było otrzymać coś do picia, a nawet kanapkę! J Mimo wszystko jednak, europejskim liniom lotniczym coraz dalej do jakości obsługi np. w Ameryce Południowej (np. w Air Caraibes nie do pomyślenia byłoby, aby nie dać za darmo w klasie ekonomicznej np. alkoholi czy czegoś słodkiego i to nie tylko w czasie posiłków, ale w dowolnym momencie!). Być może coś się w tym względzie poprawi, w końcu coraz więcej ludzi nie patrzy tylko na cenę biletu, ale także na jakość obsługi. Niektóre linie lotnicze to powoli zauważają – miejmy nadzieję, że trend się utrzyma i nie tylko oszczędności będą się liczyć J.

Wracając jednak do tematu. Lądujemy w Madrycie. Mamy 8 godzin czasu – ruszamy znów na szybkie zwiedzanie miasta. Ech… kiedyś będzie tutaj trzeba przyjechać, aby nie zwiedzać „na szybko”. Do tego złapało mnie jakieś okropne przeziębienie. L Jakoś mam pecha przy powrotach z Ameryki Południowej. Europa najwyraźniej mi nie służy. Wieczorem samolot do Berlina, a stamtąd starym dobrym SimpleExpress do Poznania. I znów nadrabianie zaległości filmowych. Niestety, po drodze brutalne spotkanie z polską rzeczywistością. Przejechaliśmy z Niemiec do Polski. Kontrola celna, tzw. „wyrywkowa”. Celnikom nie spodobała się moja walizka. Każą otworzyć. Rozmowa jest fascynująca:

Ja: Jest środek nocy. Dlaczego mam otworzyć walizkę na środku autostrady.

Celnicy: To standardowa kontrola.

Ja: Ale dlaczego akurat moja walizka wzbudziła podejrzenia (doskonale wiem o co chodzi, nie odkleiłem kwitów lotniskowych pokazujących, że z innego kontynentu wracam).

Celnicy: Proszę otworzyć. Skąd Pan jedzie?

Ja: Boliwia.

Celnicy: Co Pan tam robił?

Ja: Nic. Nie Pana sprawa.

Celnicy: Proszę Pana, ale my musimy wiedzieć.

Ja: A Panowie wiedzą w ogóle, gdzie leży Boliwia?

Celnicy: Pan nie żartuje. To nasza praca. Musimy wiedzieć.

Ja: No więc jadę z granicy Boliwii i Meksyku.

Celnicy: No. I wszystko jasne. (Trochę żałuję, że nie powiedziałem, że z granicy Boliwii i Chin… J)

Ja: (po otwarciu walizki) Podoba się Panom moja brudna bielizna?

Celnicy: Pan rozwinie ten koc (pokazuje na moje poncho).

Ja: To nie koc tylko poncho.

Celnicy: Wiemy co to. Proszę rozwinąć.

Ja: Proszę.

Celnicy: Ale czy to nie jest ze zwierzęcia, które jest chronione w Unii Europejskiej?

Ja: Lama nie występuje o ile mi wiadomo na terenie Unii Europejskiej.

Celnicy: Ale może być chroniona.

Ja: Nie jest, skoro nie występuje.

Celnicy: Sprawdzimy (patrzą na siebie znacząco).

W końcu dali mi spokój. Najwyraźniej polskie służby celne bardzo się nudzą, skoro w nocy wykazują się zdolnościami detektywistycznymi i nieznajomością geografii tudzież przyrody. Życie. Wracam do autokaru. Dwie godziny później wysiadamy na dworcu w Poznaniu. Kolejna podróż dobiegła końca…

Comments

comments