Z Poznania na Gwadelupę w styczniu

Podróż na Karaiby w styczniu. Marzenie jeśli nie większości to dużej części mieszkańców mroźnej, zasypanej śniegiem, zimowej Polski. Ogromna promocja w liniach lotniczych Air Caraibes sprawiła, że można było to pragnienie zrealizować. Zanim jednak możliwe było wylegiwanie się na plażach Gwadelupy, kąpanie się w turkusowym morzu i wyławianie korali (i innych skarbów tutejszego Morza Karaibskiego, bądź Oceanu Atlantyckiego z drugiej strony) trzeba było sporo się namęczyć, aby… dotrzeć do samolotu linii Air Caraibes lecącego z lotniska w Paryżu (lotnisko ORLY) na zachód. Zatem po kolei. Podróż zaczęła się fatalnie. Komunikacja miejska w Poznaniu to twór dziwny i na pewno nie można go okreslić mianem tworu XXI wieku. Okazało się bowiem, że dotarcie n Dworzec Górczyn (skąd jeździ do Berlina autobus linii PolskiBus, na którego posiadałem bilet za 1 zł na trasie Poznań-Berlin) jest w styczniu (przy dodatniej temperaturze) rzeczą niesłychanie trudną. Po dotarciu na miejsce okazało się, że… autobus odjechał. Cóż, według rozkładu trasa miała zająć autobusowi miejskiemu linii nr 82 około 15 minut a jechał on… ponad godzinę. Och, Polskie uroki. Konieczny był zatem powrót do punktu wyjścia. Po przeliczeniu czasu i pieniędzy okazało się, że jedynym rozsądnym rozwiązaniem będzie skorzystanie z minibusów jeżdżących między Poznaniem a niemieckimi lotniskami. Koszt takiej wycieczki to 140 zł. Dużo, bardzo dużo, ale wyboru nie było. Podróż minibusem jest przyjemna, trwa trochę ponad 3 godziny. Ogromnym plusem jest to, że wysiada się przy drzwiach terminala odlotów lotniska Tegel. Lotnisko to jest bazą Lufthansy w tej części Niemiec. Po dotarciu na miejsce i czekaniu niemal całą noc o godzinie 5.30 rano rozpoczęła się odprawa na lot do Paryża. Start o godzinie 6.40. Bilet w Lufthansie kupiony w promocji kosztował tylko 29 euro. Niewiele jak na flagowego niemieckiego przewoźnika. Po półtorej godzinie samolot zbliża się do lądowania na lotnisku imienia Charlesa de Gaulle’a. Szybki wyładunek bagażu i można zwiedzić jedno z najciekawszych i największych lotnisk w Europie. Pojawia się nowe zadanie, trzeba przedostać się na inne francuskie lotnisko – Paryż Orly. Można skorzystać z pociągu (kosztuje ponad 22 euro), ale dla Low Costowego podróżnika to suma ogromna (skoro i tak trzeba było wydać 30 euro na dojazd do Berlina zamiast 1 zł!). Trzeba kombinować. Po przekalkulowaniu okazuje się, że najtaniej będzie kombinowanym połączeniem z trzema przesiadkami. Najpierw autobusem (koszt 3.9 euro). Następnie metrem (1.30 euro) przy czym trzeba zmienić linię i kolejnym autobusem (Orly Express), który dowozi pasażerów do wszystkich terminali lotniska które ma w nazwie (koszt 7,20 euro). Jedyna niespodzianka była taka, że bilety na ostatni autobus można kupić w automacie na przystanku z którego odjeżdża, ale automat ów nie przyjmuje banknotów. Na szczęście akceptował karty kredytowe. Lotnisko Orly sprawia wrażenie starego i zaniedbanego. Terminal S, skąd lata Air Caraibes, jest ciasny i mało wygodny. Długa kolejka, ponad godzinę oczekiwania na odprawę. Po jej przejściu miła niespodzinka. W hali odlotów jest McDonald! Cóż, może nie najzdrowiej (pisząc te słowa będe miał świadomość, jak dziwne jest to jedzenie gdy cały tydzień je się tylko zdrowe, świeże i w 100% naturalne rzeczy), ale za to tanio – 1 euro za cheesburgera to kwota niebagatelna jak na lotnisko (kawa w automacie kosztuje 2 euro a pół litra coca coli 2.5 euro!). W końcu udaje się wsiąźć do samolotu. Samolot wygodny, aczkolwiek siedzenia bardzo wąskie i system pokładowej rozrywki dość skromny. Linia Air Caraibes nadrabia to jednak doskonałym menu na pokładzie. Mogę z całą stanowczością powiedzieć, że nie jadłem nigdzie lepiej i większych porcji w klasie ekonomicznej. Dość powszechnie uważa się, że np. Alitalia na długich trasach ma bardzo dobry catering. Mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że Air Caraibes bije narodowego włoskiego przewoźnika na głowę. 8 godzin lotu trochę się jednak dłuży (wąskie siedzenia – trudno spać). Można obejrzeć kilka filmów (wybrałem Epokę Lodowcową 4 – miło, że mają nowości J). W końcu lądowanie. Lądowanie na Martynice, godzina 21.00. Ech… całą noc trzeba siedzieć, bo kolejny samolot dopiero o 6.40. Jak się okazuje lotnisko w Fort-de-France nie jest przyjazne turyście bo po wylądowaniu ostatniego samolotu (czyli po 22) jest zamykane. Cóż, na dworze 25 stopni, trzeba się przenieść na ławkę przed lotniskiem i tam próbować zasnąć. Mniej więcej się to udaje. Rano załadunek do samolotu (och, przepraszam boarding – trzeba tego mądrego słowa używać) i po 40 minutach lotu lądowanie w Pointe-à-Pitre. Dzień dobry Gwadelupo.

Comments

comments